|
WYPRAWA NA ŚWISTAKA CZYLI HARDCORE DLA AMATORÓW Pomysł na tego rodzaju wyprawę zaczął kiełkować już we wrześniu ubiegłego roku podczas Tour de Pologne gdyż obaj z Piotrem Mrówczyńskim choć w różnym charakterze pracowaliśmy na tym wyścigu w roli wolontariuszy. Ja miałem już za sobą dwie, za każdym razem 5-dniowe eskapady alpejskie odbyte wspólnie z trójmiejskimi kolegami z powszednio-weekendowych "treningów" zaczynających się na rondzie koło Castoramy w gdańskiej dzielnicy Osowa. W 2003 roku wraz z Wojtkiem Nadolskim i Krzyśkiem Żmijewskim (mastersami Under-50) zrobiliśmy sobie wyprawę objazdową od austriackiego Tyrolu (z Imst na Gepatsch w dolinie Kaunertal), poprzez włoski Tyrol (rejon przełęczy Stelvio), włoskie Trentino (rejon Canazei i Cortiny) do austriackiej Karyntii (słynny Hochtor-Grosglockner od południowej strony). Rok później wraz z Jarkiem Chojnackim (zbieżność imienia i nazwiska z byłym kolarzem Legii najzupełniej przypadkowa) skoncentrowaliśmy swe działania na sercu włoskich Dolomitów czyli miejscowości Canazei i w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od niej zaliczyliśmy tuzin podjazdów w tym tak słynne przełęcze jak Pordoi (od obu stron), Sella, Costalunga, San Pellegrino czy Fedaia-Marmolada od morderczej południowo-wschodniej strony. Dla Piotra miał to być debiutancki wypad tego rodzaju aczkolwiek miał on już za sobą pomoc przy organizacji etapu Tour de France dla amatorów w roku 2004 był to - wygrany wśród "profich" przez Richarda Virenque - odcinek przez Masyw Centralny z Limoges do Saint-Flour. Dlatego też początkowo prywatne "treningi" we francuskich Alpach chcieliśmy połączyć z udziałem w etapie TdF dla amatorów anno domini 2005 ale po pierwsze organizatorzy podobnie jak w 2003 roku wybrali sobie na tą "zabawę" etap pirenejski, ów wczorajszy szesnasty z Mourenx do Pau, a po drugie z uwagi na olbrzymią popularność tej imprezy współorganizowanej przez miesięcznik "Velo Magazine" moglibyśmy mieć pewne kłopoty z zapisami z terenu Polski. Postanowiliśmy więc zaoszczędzić sobie tej niepewności jak oraz dodatkowych godzin podróży i zadecydowaliśmy, iż wyprawę w Alpy uatrakcyjnimy sobie o wiele bardziej wymagającym i niemal równie popularnym wyścigiem La Marmotte organizowanym przez firmę "sportcommunication", a przy okazji obejrzymy sobie finisz przynajmniej jednego z alpejskich etapów zawodowego Touru - ten pierwszy z metą w Courchevel. Jakkolwiek do Włoch czy Austrii w ubiegłych latach jechaliśmy w ciemno tj. już na miejscu załatwiając sobie nocleg z czym (latem) nie było specjalnych kłopotów o tyle we Francji z uwagi na Tour de France woleliśmy "chuchać na zimne" i z paromiesięcznym wyprzedzeniem Piotr zarezerwował noclegi na cztery osoby. W maju zdecydowało się, iż spośród moich znajomych pojadą z nami jeszcze Jacek Śliwicki z Pucka w sezonie startujący w szosowych maratonach o długości bagatela 300 kilometrów oraz Tomek Wienskowski z Gdańska obecnie startujący w kategorii U-23 głównie na szosie. Piotr w charakterystyczny dla siebie sposób podszedł do przygotowań w sposób w pełni profesjonalny czyli zima narty i basen, a wiosną w sumie 5000 km przejechanych w tym wypady z płaskiego Mazowsza na którym mieszka w Góry Świętokrzyskie, a także Pieniny i Podhale. Ja zrobiłem od początku roku swoje czyli 35 godzin "na sucho" (trenażer) oraz od Wielkanocy w sumie tylko 3500 kilometrów na szosie. Oczywiście pod tym względem student Tomek dla którego kolarstwo ma być wedle zamierzeń zawodem bił nas na głowę. Jacek jak sam przyznawał jeździł nieregularnie, no ale skoro kończył szosowe maratony (ostatnio w Choszcznie) to o kondycję mógł być spokojny i tylko owych niebotycznych gór ze względu na pewną nadwagę się obawiał. Wyruszyliśmy dwoma samochodami: Ford Focus (załoga Jacek kierowca, Tomek pilot) i Ford Fusion (Piotr kierowca, Daniel pilot) 3 lipca o 4.00 rano z Redy. Dla mnie i Piotra zaczęło się pechowo tj. od defektu samochodu pod Nowogardem, który zmusił nas (jako, że była to niedziela) do spędzenia doby postoju w Szczecinie ;-) Piotr odebrał naprawione auto około 14.00 w poniedziałek i przez Kołbaskowo ruszyliśmy w świat. Kolega okazał się wytrwałym kierowcą bowiem wytrzymał jednym skokiem z paroma drobnymi przerwami siedemnaście godzin za kółkiem ze Szczecina przez Niemcy, Austrię, Szwajcarię (tu przełęcz San Bernardino), Włochy, Francja (granica na przełęczy Montgenevre) do Guillestre położonego jakieś 35 kilometrów na południe od Briancon. Dotarliśmy tam nad ranem 5 lipca i przywitaliśmy się z kolegami którzy dotarli do naszej pierwszej bazy dzień wcześniej acz nie mieli większego szczęścia na miejscu co do pogody. Krótka drzemka do południa i wczesnym popołudniem pojechaliśmy z Piotrem na słynna przełęcz Col d'Izoard (2361 m. n.p.m.). Kilkanaście kilometrów dojazdu lekko pod górę, zakręt w lewo i prawdziwa góra jakieś 13,5 km i około 7 % średnio. Ten ostatni odcinek przejechaliśmy w około godzinę, Piotr urwał mnie kilkadziesiąt sekund, jeden jedyny raz poza wyścigiem (La Marmotte), ale byłem zadowolony bo pierwszy test wspólnej jazdy dowiódł, iż obaj jeździmy na bardzo zbliżonym poziomie co zapowiadało wspólne pokonywanie zaprogramowanych podjazdów. Kilka fotek na szczycie, zjazd z zimnego Izoard do Briancon i stamtąd najpierw boczna droga a potem przez krajówkę N94 powrót do Guillestre.
Następnego dnia tj. 6 lipca przejechaliśmy się kilkadziesiąt kilometrów samochodem (częściowo po trasie dwunastego etapu TdF) do Barcelonette po to tylko by stamtąd przez Jausiers dotrzeć na przełęcz Cime de la Bonette (2802 m. n.p.m.) - najwyższą kolarską górę w Europie. Piszę kolarską bo ponoć Austriacy koło Solden wybudowali nieco wyżej drogę a i chyba szosa koło Sierra Nevada na południu Hiszpanii kończy się wyżej niż 2520 m. n.p.m. znane z Vuelta a Espana, ale to na Bonette właśnie najwyżej w Europie wjeżdżali "profi" bowiem gościł tu trzy razy Tour de France - w latach 60. królował na niej "Orzeł z Toledo" czyli Federico Bahamontes, zaś w pamiętnym dla nas TdF 1993 Szkot Robert Millar. 23-kilometrowy podjazd drogą, której budowę ze względów strategicznych zapoczątkowano jeszcze za Napoleona III zajął nam godzinę i trzy kwadranse co też dało przeciętną w okolicach 13 km/h z hakiem. Udało mi się "zrewanżować" Piotrowi za "porażkę" na Izoard bowiem na dach kolarskiej Europy wdrapałem się jakieś pięć minut przed swym kompanem. Była to zresztą największa różnica jaka dzieliła nas na jednej górze podczas wspólnych wypadów co do dodatkowo podkreśla bardzo wyrównany poziom górskich umiejętności jaki prezentowaliśmy. Szczególnie we znaki dał się nam omotani kilometr ze średnią 11% gdzie jechałem już 8-9 km/h, zaś Piotr jak się przyznał 5-6 km/h choć z Polara wynikało, że puls miał pod kontrolą na poziomie 160 uderzeń. Szczyt tej przełęczy przypomina kapelusz i co ciekawe można oczywiście zjechać na jej drugą stronę (droga na Niceę - jakieś 140 km do Morza Śródziemnego), ale po kilometrze można też odbić w lewo i tym samym wrócić na drogę którą się człowiek przed chwilą wspiął od północy - jednym słowem możliwe jest okrążenie wierzchołka owego kapelusza.
7 lipca przed południem z Guillestre przez Briancon, przełęcz Lautaret i Bourg d'Oisans dotarliśmy do małej osady Pourchery na stromej drodze do Vaujany gdzie kobiety podczas swojej "Wielkiej Pętli" miewały finisz będący odpowiednikiem męskiego L'Alpe d'Huez. Po południu w ramach ostatniego treningu przed La Marmotte pojechaliśmy przez Bourg d'Oisans do Les Deux Alpes czyli stacji narciarskiej na etapie najbardziej znanej z pamiętnego etapu Tour de France 1998 roku. Wtedy to Marco Pantami w ulewnym deszczu wypracował sobie aż 9 minut przewagi nad Janem Ullrichem zapewniajac sobie generalne zwycięstwo w "Wielkiej Pętli". To była najmniejsza góra w naszym programie - ledwie 1652 metrów n.p.m. i około 700 metrów przewyższenia na 11 kilometrach od miejscowości Le Freney, ale też przed "wielką sobotą" 9 lipca nie chcieliśmy się już zarzynać. Na samym końcu zjazdu już prawie na płaskim odcinku prowadzącym do Bourg d'Oisans potrącili mnie swym samochodem "nieprzytomni" holenderscy emeryci. Trzeba wszystkim wiedzieć, że nie było w tym nic dziwnego, że trafiłem właśnie na rodaków Boogerda, bowiem w okolicach holenderskiej góry L'Alpe d'Huez (zwanej tak od zwycięstw Zoetemelk, Kuipera, Winnena, Rooksa czy Theunisse) jest ich bodaj więcej niż samych Francuzów - przynajmniej w sezonie letnim. W ten sposób dwa dni przed wyścigiem najadłem się niezłego strachu, ale skończyło się tylko "poszlifowanym" prawym boku od barku przez łokieć po pośladek, obtartym siodełku i porysowanym aparacie cyfrowym (obudowa mju w Olympusie 500 wytrzymała jednak ciężką próbę). Mogło być znacznie gorzej bowiem jechałem w tym momencie pewnie jakieś 45 km/h, ale na szczęście nie musiałem skorzystać z dwutygodniowego ubezpieczenia w Warcie jakie załatwił mi na takie przypadki Jacek. Ostatnie 10 kilometrów do parkingu przy tamie w Allemont przejechałem poobijany, ale m/w w tempie 35 km/h czyli wszystko w porządku. Średnia tego dnia wyszła zaskakująco w tym terenie (głównie góra-dół z dodatkiem płaskiego) wysoka tzn. 28,00 km/h na przeszło 70 kilometrach czyli byliśmy nieźle przygotowani.
8 lipca był dla nas dniem odpoczynku i załatwiania formalności startowych (m.in. odbiór chipów do mierzenia indywidualnych czasów startujących) w L'Alpe d'Huez dokąd dojechaliśmy malowniczą boczną droga przez Villard-Reculas i Huez. W słynnej stacji (najpopularniejszym górskim finiszu w historii TdF) w przeddzień zawodów tłumy ludzi, w centrum niedaleko Pałacu Sportu istny kolarski rynek pełen kolarskich strojów (grup obecnych, niedawnych jak i nawet z zamierzchłej przeszłości vide Margnat-Paloma, w której barwach jeździł wspomniany już przeze mnie Bahamontes), sprzętu (stoiska Look' a, Time'a, Campognolo, Shimano czy Stronglight'a) oraz odżywek (płyny, batony, żele) i innych gadżetów (okolicznościowe bidony, czapeczki, koszulki czy słynne opaski Livestrong). Kupiłem jakieś żele i batony Powerbara, ale przede wszystkim bloki do pedałów Shimano SPD SL dokładnie żółtą ich wersję, bowiem w poprzednich tzw. sztywniejszych, czerwonych ułamał się z lekka kawałek lewego bloku. Na dole w Bourg d'Oisans udało mi się nabyć za 35 Euro książkę o "Mityczne przełęcze TdF", którą Krzysztof Wyrzykowski polecał widzom Eurosportu już podczas relacji z majowego Giro d'Italia. Jako "uznany statystyk i geograf" nie odmówiłem sobie też przyjemności nabycia czterech z w sumie pięciu tomów zeszytów ze wszystkimi bodaj przełęczami alpejskimi - piękna rzecz (opisy podjazdów i dojazdów do nich + profile kilometr po kilometrze) szkoda tylko, że po 18 Euro jeden. Nadszedł D-day. Pobudka z kogutami a śniadanie o 5.00 rano. Start wyścigu zaplanowany był na 7.15, lecz odbył się pewnie kilka minut później bowiem my z Piotrem przekroczyliśmy linie startu o 7.37 i z wyników wyścigu zamieszczonych na oficjalnej stronie wyścigu (na której podano czasy wszystkich uczestników od startu czołówki) wynika, iż wyruszyliśmy na trasę 16 minut po faworytach. Na starcie stanęło w sumie 7000 uczestników (rekord tego wyścigu, który odbywa się od roku 1982), w tym 3000 Holendrów, którzy byli bodaj najliczniejszą nacją w gronie startujących. Mieliśmy wszyscy czterej numery około 5500 (Jacek - 5506, ja - 5507, Piotr - 5510 i Tomek - 5520), ale dzięki bałaganowi na starcie można było się przepchnąć przed startem na nieco dogodniejsze pozycje. Przed imprezą zastanawiałem się czy dam radę pojechać te 174,5 km poniżej dziewięciu godzin lub nieco nawet nieco lepiej tj. z przeciętną + 20 km/h. Okazuje się, że nie doceniłem siebie. Obie bariery pękły, ale o tym za chwilę. Pierwsze płaskie kilometry do tamy w Allemont w tempie 36-37 km/h a potem początek podjazdu pod przełęcz Glandon (1924 m. n.p.m.) na której przyszło nam wyprzedzać setki uczestników aczkolwiek zawsze znalazło się paru ludzi poza naszym zasięgiem i kilku m/w w naszym typie do których można było dostosować swe tempo.
Na szczycie Glandon mgła i chłodek zatrzymałem się na ciepłą herbatkę i ... wtedy po raz ostatni na wyścigu widziałem Piotra, który wdrapał się tam może półtorej minuty po mnie, ale porównania lepiej zjeżdżał. Ja natomiast z tej przełęczy jak ostatnia gapa, cóż przyznaje braki w technice, a do tego jeszcze przednie koło zaczęło się dziwnie zachowywać - co jest? Jakoś szczęśliwie dotarłem na dół do St. Etienne-de-Cuines i na kilkunastokilometrowym niby-płaskim (z ang. "false-flat") odcinku przeskoczyłem ze dwie-trzy grupki by dotrzeć w końcu do kolejnej liczącej m/w 25-30 osób, która złapała jeszcze jakiś mniejszy oddział i w ten sposób w około 40-osobowym peletoniku dotarłem do podnóża Col du Telegraphe. Dopiero podczas tej wspinaczki stając w pedałach zdałem sobie sprawę co się dzieje. Poczułem obręcz przedniego koła znaczy powietrze zaczęło schodzić bardzo powoli acz konsekwentnie przez wentyl. Nie bardzo wierzyłem w swoją krótką, podręczną pompkę i może błędnie zdecydowałem się podjechać cały 12-kilometrowy podjazd o wysokości 1566 m. n.p.m. na tych 3 atmosferach mimo kłopotów wciąż zyskując nieco pozycji. Po krótkim zjeździe do Valloire spojrzałem na licznik czas 4h 07' od mojego startu - dobrze jest pomyślałem (zakładałem w tym miejscu 4h 30'), ale czas coś zrobić z tym kołem.
Stanąłem coś zjadłem w spokoju, wciągnąłem żel i z mozołem dopompowałem jak sądzę do 5-6 atmosfer. Żadne to optimum, ale dało się już na tym jechać do samej mety i na drugim długim zjeździe też jakoś żwawiej. Dwa kilometry dalej pierwszy z dwóch oficjalnych dużych bufetów (tzn. picie + jedzenie: ciasto, kawałki pomarańczy, bananów, suszone morele etc.), w którym zatrzymałem się na kilka minut, a w sumie w tych okolicach straciłem jakieś dwadzieścia, choć pewnie kilka było niezbędnych wszak czekał mnie odtąd legendarny Galibier, którego lepiej nie odwiedzać na "głodniaka". Mimo wszystko na tej górze już męczyłem, szczególnie w drugiej trudniejszej części. To był jedyny podjazd na którym miałem wrażenie (być może mylne), że częściej jestem wyprzedzany niż sam wyprzedzam. Udało się dotrzeć na szczyt (2645 m. n.p.m.) z czasem 5h 54'. W tym momencie wiedziałem już że sił starczy na ukończenie tej imprezy o ile obędzie się bez poważniejszych defektów. Kilka kolejnych minut na jedzenie i ubranie czegoś cieplejszego po czym następował przeszło 45 kilometrowy zjazd przez Col du Lautaret, La Grave i le Freney do Bourg d'Oisans. Na nim czułem się już lepiej i bezpieczniej. Po pierwszych kilkunastu (rozpoznawczych) kilometrach przyczepiłem się do jakiejś większej grupki i w tym towarzystwie dojechałem z czasem 7h 18' do drugiego dużego bufetu w Bourg d'Oisans tj. u podnóża L'Alpe d'Huez (15 km przed metą). Parę minut na przekąskę i uzupełnienie bidonów i z czasem 7h 23' na liczniku wyruszyłem forsować finałową ścianę ze słynnymi 21 serpentynami prowadzącą na poziom 1860 metrów n.p.m.
Znów nadrobiłem nieco pozycji, ale wiadomo że łatwo nie było wszak to około 14-kilometrowa góra ze średnim nachyleniem około 8% - w dodatku po 160 kilometrach dystansu (a tyle właśnie dotąd najwięcej jednego dnia przejechałem tyle, że po Kaszubach) i z m/w 3500 metrami amplitudy podjazdów w nogach. Wjechałem ją w jakąś godzinę z kwadransem czyli z przeciętną nieco ponad 11 km/h (na świeżo pewnie dałoby radę 12,5-13 km/h) i czas jaki mi zmierzono wyszedł 8h 38'57". Trochę szkoda teraz tych strat na bufetach i na skutek defektu (czas samej jazdy miałem 8h 07'20"), bowiem niespełna 10 minut zabrakło mi ostatecznie do "złotego dyplomu" w najmłodszej kategorii. Co ciekawe kategoria Piotra (30-39 lat) miała limit 8h 49' choć okazała się najmocniejsza bowiem w czołowej "10" było najwięcej trzydziestolatków, w tym całe podium składające się z dwóch Włochów i Holendra. Po fakcie swoje tegoroczne możliwości oceniam na 8h 10' - 8h 15', ale taki wynik byłby i tak dość odległy od rezultatu uzyskanego przez Piotra czyli 7h 52 czapki z głów przed alpejskim debiutantem! Tomek jedyny "profi" w naszym gronie jechał na czas co najmniej 7h 30', ale w połowie podjazdu po L'Alpe d'Huez "odcięło mu prąd" i musiał stanąć jak stwierdził na pół godziny, potem prowadzić rower (w tym czasie minął go Piotr) a w końcu wsiadł na swą Orbeę i ostatecznie ukończył ów arcytrudny wyścig w czasie 8h 10'. Obaj koledzy zapracowali sobie na "złote dyplomy", zaś pełen obaw (przed wyścigiem) co do swych możliwości Jacek też dzielnie poradził sobie z Alpami kończąc ściganie z czasem 10h 31' co w kategorii czterdziestolatków starczyło mu do drugiego w naszym gronie "srebrnego dyplomu".
Niedzielę 10 lipca przeznaczyliśmy oczywiście na odpoczynek aczkolwiek raz jeszcze udaliśmy się do L'Alpe d'Huez bowiem Jacek miał do oddania chip, zaś do odebrania 10 Euro kaucji za niego i swój dyplom. Przy okazji kolejką pojechaliśmy na najwyższy okoliczny szczyt Pic Blanc (ponad 3300 m. n.p.m.) i kupiliśmy sobie własne zdjęcia z wyścigu zrobione bodaj wszystkim uczestnikom wyścigu na przełęczach Glandon i Galibier przez firmę "photobreton". 11 lipca przez przełęcze Glandon i Madeleine samochodem dotarliśmy do naszej trzeciej bazy noclegowej w Macot la Plagne. Wieczorem tego dnia jak tylko ustał deszcz postanowiliśmy się wspiąć do stacji La Plagne, na której Tour finiszował w latach 1984, 1987, 1995 i 2002 - jako ostatni udanie zwieńczył tam śmiałą ucieczkę Michael Boogerd. Przyznam, że nie czułem zmęczenia wyścigiem a nogi miałem tego dnia rewelacyjne. Wjechaliśmy wraz z Piotrem w tempie około 15 km/h choć góra była 7%-owa górę i o długości 18,5 kilometrów! Ciekawostką jest fakt, iż w centrum Macot można nabyć i podbić w stosownym kasowniku bilet z czasem zegarowym na dole podjazdu, zaś w samej stacji znajduje się ponoć drugi kasownik, który podbija inną część biletu niejako na finiszu piszę ponoć bo go nie znaleźliśmy, choć w poszukiwaniach swych zapędziliśmy się na koniec szosy jakieś 2065 m. n.p.m. czyli jakieś sto metrów wyżej niż swoje etapy kończą kolarze na Tourze.
12 lipca pojechaliśmy z Macot przez Aime, Moutiers i Brides-les-Bains do Courchevel-Altiport (2004 m. n.p.m.) czyli cztery kilometry powyżej głównej części tej stacji. Tam wspinaliśmy się w tłumie kibiców-rowerzystów wśród, których najliczniejsze były różowe koszulki T-Mobile ... oj zawiedli się parę godzin później ci ludzie. Na tle zupełnych amatorów mogliśmy się my trzej z Tomkiem i Piotrem prezentować prawie jak zawodowcy bowiem mijaliśmy całe masy amatorów, a mnie minął tylko jakiś dziarski włoski 40-latek i chłopak z koszulce Paged Scout, który jednak nie wytrzymał tempa mastersa z Italii i po kilkunastu minutach jechał już w naszych kołach. Tuz przed południem, na kilka godzin przed finiszem etapu dojechać można było do 150 metra przed metą, bowiem dalej stali już nieustępliwi żandarmi. Parę chwil spędzonych na opalaniu się w górskim słońcu, robieniu zdjęć w tym na tle mety i czas było poszukać sobie dogodnych miejsc dla Tomka i Piotra do obserwacji, zaś dla Jacka i mnie do zrobienia zdjęć. Piotr przycupnął w końcu na mostku jakieś 1000 metrów przed metą skąd zdał relację dla polskiego Eurosportu. Nasza pozostała trójka znalazła sobie miejsce 700 metrów przed metą, skąd był widok na wcześniejsze 200 i późniejsze 100 metrów. Etap okazał się całkiem ciekawy, fotek strzeliłem całe mnóstwo niektóre rozmazane ... cóż dopiero się uczę współpracy ze swym Olympusem 500 mju. Najważniejsze, iż choć przeoczyłem Rasmussena to jednak na pierwszym planie złapałem Valverde i Armstronga. Po etapie zjazd z takiej góry wśród masy samochodów i rowerzystów był również ciekawym przeżyciem. Samochody prawą, zaś rowery lewą stroną drogi - wszyscy w dół. Pełna kultura, zabezpieczenie ze strony pomocnej policji. Aż do poziomu Brides-le-Bains tj. jakiś 20-25 km poniżej mety nikt nie miał prawa pchać się autem do góry. Taka organizacja może być wzorem dla decydentów z Karpacza ... mam na myśli słynne zakorkowane zjazdy po etapie Tour de Pologne do Biura prasowego w Hotelu Skalnym. Późnym wieczorem z mety w Courchevel do naszej bazy w Macot-la-Plagne dotarł Marek Cegliński z Rzeczpospolitej, który przyjechał do pracy na drugą cześć Touru.
Następnego dnia o 4.00 z samego rana Jacek z Tomkiem zgodnie z planem z uwagi na obowiązki zawodowe tego pierwszego rozpoczęli podróż powrotną do Polski, zaś ja z Piotrem udaliśmy się redaktorem Ceglińskim na metę jedenastego etapu TdF do Briancon - jakieś 300 kilometrów samochodem na około przez Grenoble, tylko od przełęczy Lautaret po trasie tego etapu częściowo znanej nam już z wyścigu La Marmotte jak i przejazdu w druga stronę podczas samochodowego transferu z Pourchery do Macot. Marek załatwił nam jakieś opaski uprawniające do wejścia w strefę techniczną w okolicach mety, aczkolwiek do olbrzymiego Biura prasowego my dwaj "pomocnicy" musieliśmy się dostać "innym sposobem". Niemniej kręcąc się po zastrzeżonej dla wybranych strefie wokół mety można się było natknąć na ludzi, którzy swego czasu sprawiali, iż francuskie kolarstwo liczyło się w świecie znacznie bardziej niż obecnie by wspomnieć tylko Bernarda Hinault, Bernarda Thevenet, Lauranta Jalabert, zaś w samym Biurze prasowym Charly Mottet i Jean-Francois Bernarda. Na finiszu staliśmy z Piotrem dosłownie 5 metrów za kreską po prawej ręce finiszujących kolarzy. Niestety sam finisz okazał się za szybki dla mego aparatu, a może raczej dla mego refleksu. Inna sprawa że pole widzenia było nieco ograniczone a i nie ja jeden chciałem utrwalić finisz dwóch "walczaków" czyli Winokurowa z Botero. Szkoda że metę wyznaczono na płaskim terenie tj. nad rzeką Durance, a nie jak to do tej pory bywało (na TdF, GdI czy CdDL) pod górę do starej części tego miasta bo o ładne fotki byłoby o wiele łatwiej. Przebieg etapu chyba nie tylko mnie mocno rozczarował. Poza kilkoma odważnymi (Winokurow, Botero, Pereiro), którym Discovery Channel pozwoliło odjechać z uwagi na większe straty nikt groźny dla lidera nawet nie wychylił nosa i Armstrong w otoczeniu czterech kolegów (Azevedo, Hincapie, Popowicz i Savoldelli) dojechał na metę bezpiecznie jak w futerale. To niesłychane by na etapie górskim przez Madeleine, Telegraphe i Galibier (!) do mety przyjechała razem aż 26-osobowa grupa z liderem takiej apatii w górach TdF chyba nigdy nie oglądano, ale świadczyło to najdobitniej o strachu tzw. "rywali" Teksańczyka. Tego dnia ostatecznie rozstałem się z wszelkimi wątpliwościami co do tego kto wygra 92. Tour de France. Cóż jeszcze w Briancon było ciekawego? Można było rzucić oko na rower Armstronga, podsłuchać wywiad z "Wino" czy nagranie live programu Velo Club - bodajże dla programu France 5 - Piotr stał się nawet cichym gościem tego programu gdy tylko zwolniło się jedno z miejsc na widowni. Po wszystkim Marek miał pomysł na rozmowę z Ryszardem Kiełbińskim (masażystą Discovery Channel, a wcześniej przez ładnych parę lat US Postal). Ten jednak był prawdopodobnie o tej porze dnia (godzinę-dwie po zakończeniu etapu) zajęty i nas do niego nie dopuszczono. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Otóż nawinął nam się Johan Bruyneel i Piotr z Markiem zadali mu kilka pytań do których ja podrzuciłem jedno odnośnie tego czy mają już jakieś wstępne plany co do składu Discovery na Tour de Pologne. Po chwili zadumy belgijski dyrektor sportowy stwierdził, iż przyjadą mocnym składem i najprawdopodobniej liderami tej ekipy na nasz Tour będą Jarosław Popowicz i Paolo Savoldelli. Pozostaje mieć nadzieję, że Bruyneel dotrzyma słowa i nie zabierze wyżej wymienionych wraz z sobą na Vueltę, dodać bowiem wypada że drużyna na polskich drogach nie pokieruje sam Johan, lecz jeden z jego asystentów. Kolejne 300 kilometrów powrotem z Briancon do Macot zajęło nam ładne cztery godziny poniekąd z uwagi na korek pomiędzy przełęczą Lautaret a La Grave, bowiem do samochodów jadących z mety etapu przyłączyły się na jednopasmowej drodze do Grenoble samochody kibiców zjeżdżających z przełęczy Galibier. Na deser w upalny, świąteczny czwartek 14 lipca zostawiliśmy sobie z Piotrem Col de l'Iseran (2770 m. n.p.m.) czyli druga najwyższą przełęcz drogową we Francji. Góra może nie skrajnie trudna, ale za to bardzooo dłuuuga. Od Bourg St. Maurice liczy sobie 49 kilometrów i niemal 2000 metrów przewyższenia co daje średnio 4% nachylenia. Tak naprawdę jednak ten dystans składa się z czterech odcinków czyli najpierw 9,5 km "false flat" do podnóża właściwego podjazdu w Viclaire, potem 15 km podjazdu do tamy na której jest skręt do stacji narciarskiej Tignes, kolejne 9 km m/w płaskiego terenu do Val d'Isere (po drodze ciemne, mokre tunele o nie najlepszej nawierzchni) i za tą słynną stacją ostatnie 15,5 km wspinaczki około 6 %-owej. Pomimo ubioru zbyt ciepłego jak tą pogodę (martwiłem się raczej o temperaturę na górze niż na dole a wystarczyłoby chyba zabrać rękawki zamiast ubrania koszuli z długim rękawem pod krótki rękaw) udało mi się wjechać te niespełna 50 kilometrów w tempie 19,98 km/h, Piotr dotarł niespełna trzy minuty po mnie więc też spokojnie przekroczył średnią 19,5 km/h - znaczy dobrą formę zachowaliśmy do samego końca.
Podsumowując wyprawa zakończyła się pełnym sukcesem dla mnie była najpiękniejszą i najwszechstronniejszą z dotychczasowych. Udało nam się w jej ramach zrealizować wszystkie zasadnicze cele. Odbyliśmy sześć "prywatnych" treningów i zaliczyliśmy start w chyba najtrudniejszym europejskim wyścigu dla amatorów. Zgodnie z altimetrem Piotra na tegorocznej trasie La Marmotte było przeszło 4800 metrów sumy przewyższeń, zaś na trasie najtrudniejszego z tegorocznych etapów Tour de France (piętnastego do Saint-Lary-Soulan) "tylko" jakieś 4100. W sumie w ciągu tych siedmiu rowerowych dni zdobyliśmy 10 alpejskich szczytów, w tym wszystkie 3 najwyższe we francuskich Alpach: Bonette, Iseran i Galibier. Każdy z tej dziesiątki bywał już używany na "Wielkiej Pętli" mając co najmniej 1 kategorię, a według mojego rozeznania 6 lub 7 z nich nawet rangę HC. Do tego udało się jeszcze obejrzeć z bliska dwa etapy Touru i to na dwa różne, na swój sposób ciekawe sposoby: dziesiąty z punktu widzenia przydrożnego kibica, jedenasty okiem gościa z "obsługi" tej wielkiej imprezy. Po prostu rewelacja. Za rok bogatsi o doświadczenia co do swych możliwości fizycznych i nauczki sprzętowe oczywiście moglibyśmy się zmierzyć raz jeszcze z morderczym "Świstakiem", ale może dla odmiany pojedziemy L'Etap d'Tour ... szczególnie jeśli po latach przerw wyznaczono by go w Alpach. Piotr miał nawet okazję zasugerować pewne ułatwienia w sposobie rejestracji do tej imprezy dla gości z zagranicy napotkanemu w Briancon redaktorowi naczelnemu "Velo Magazine", ale czy te uwagi wezmą sobie do serca? W Pireneje wyprawa wydaje mi się strasznie długa i choć w samochodzie "od pawia aviomarin wybawia" to przynam bez cienia przesady, że wielogodzinna jazda samochodem męczy mnie bardziej niż jazda rowerem po tych wysokich górach. Poza tym zostało nam jeszcze we francuskich Alpach co nieco do przejechania i choć wybrałem na ten rok wiele smakowitych kąsków to jednak Mont Ventoux, Madeleine, Val Thorens czy Joux-Plane by wymienić tylko kilka wciąż na nas czekają. Dziś w środę 20 lipca udałem się na pierwszy trening na kaszubskich drogach, czas się przestawiać na dużą tarczę bo mnie chłopaki urwą w weekend. W miarę spokojne 56 kilometrów, temperatura około 20 stopni, ale wiatr szczególnie w okolicach lotniska Rębiechowo w środku lata niemal taki jak na wiosnę, jakby chciał głowę urwać - to nie dla "górala", choćby naciąganego ... już tęsknię za Alpami.
GALERIA ZDJĘĆ
|