DWIE PIECZENIE NA PATELNI L'ALPE D'HUEZ

Jak zdążyłem już wspomnieć w relacji z wyprawy do rejonu Ardeche czerwcowy wypad do Masywu Cenralnego jakkolwiek piękny krajoznawczo oraz wymagający od strony sportowej dla mnie a także Darka Kamińskiego, Piotra Mrówczyńskiego oraz Zdziśka Wojtyło był tylko przygrywką do lipcowej eskapady we włoskie i francuskie Alpy. Z kolei kulminacją francuskiej części tej przygody miały być starty w najbardziej prestiżowych francuskich wyścigach dla cyklo-turystów czyli La Marmotte oraz L'Etape du Tour. Ten rok był o tyle wyjątkowy pod tym względem, że obie wspomniane właśnie imprezy rozgrywane były niemal w tym samym czasie tzn. 8 i 10 lipca. Co więcej obie kończyły się w tym samym miejscu czyli na podjeździe pod L'Alpe d'Huez - kultowym i bezsprzecznie najbardziej popularnym górskim kurorcie w historii Tour de France. Taką zbieżność czasu i miejsca Piotr przyrównał do rzadkiego zaćmienia słońca co jest o tyle uzasadnione, że jakkolwiek La Marmotte ma stałą scenę, którą jest wielka pętla wokół miasteczka Le Bourg d'Oisans to sam L'Etape nie zaglądał ostatnio w Alpy bowiem Amaury Sport Organisation w latach 2003-05 wybierało dla amatorów odcinki w Pirenejach (Bayonne i Pau) oraz Masywie Centralnym (Saint Flour). Tym razem jednak organizatorzy "Wielkiej Pętli" postawili na Alpy i co więcej z trasy wielkiego Touru wybrali etap piętnasty z Gap do L'Alpe d'Huez co logistycznie bardzo ułatwiło nam całe zadanie.

Przygotowania do kolejnej alpejskiej eskapady nie zaczęły się oczywiście w czerwcu po powrocie z L'Ardechoise. Na dobrą sprawę już w październiku 2005 roku z chwilą ogłoszenia trasy 93. edycji Tour de France stało się dla mnie i dla Piotra jasne, że takiej okazji nie można zmarnować. Skoro jednego w 2005 roku startem w La Marmotte powiedziało się "A" to w następnym sezonie należało powiedzieć "B" i odpowiednio podnieść sobie poprzeczkę. Niemniej mając jeszcze świeżo w pamięci wymagania jakie postawiła przed nami mordercza trasa "Świstaka" zagadką pozostawało jak będziemy potrafili poradzić sobie z dwoma tego rodzaju wyzwaniami na przestrzeni ledwie trzech dni. W styczniu do naszego projektu dołączył Ździsiek wraz z Darkiem swym kolegą z licznych zawodów triatlonowych. Tymczasem Piotrowi dzięki swym francuskim kontaktom udało się wywalczyć cztery egzemplarze formularza zgłoszeniowego do L'Etape du Tour. Dzięki temu do połowy lutego pozostawało nam zrobić niezbędne badania lekarskie po czym wysłać wypełniony formularz wraz z odpowiednią adnotacją lekarza sportowego i dowodem wpłaty na konto organizatorów wymaganej sumki w Euro. Następnie czyli tak naprawdę (z uwagi na długą zimę) od drugiej połowy marca pozostało już tylko robić kilometry na naszych odpowiednio: kaszubskich i mazowieckich drogach by sprostać ambitnemu zadaniu w lipcowych dniach próby charakterów.

Ździśkowy Mercedes Vito załatwiał nam sprawę transportu z Trójmiasta i to wraz z osobami towarzyszącymi płci pięknej mniej zainteresowanymi sportową stroną całego przedsięwzięcia. Dzięki temu Piotr w całą podróż mógł wyruszyć niezależnie od nas czyli ze swojego Pruszkowa zabierając jeszcze po drodze w Zakopanem swego kolegę Michała Stocha - górala tak z urodzenia jak i predyspozycji kolarskich, a na co dzień ścigającego się na szosie w kategorii U-23. Jako, że Michał dołączył do naszej ekipy dopiero późną wiosną drogę do startu w L'Etape du Tour miał niestety zamkniętą. Niemniej bez większych przeszkód przy pomocy naszego "francuskiego łącznika" Piotra zapewnił sobie start w La Marmotte. Wyścig ten zapewne z uwagi na nieco mniejsze zainteresowanie nie piętrzy bowiem przed śmiałkami spoza Francji trudnych do pokonania barier czasowych przy samej procedurze zapisów. Co więcej jak okazało się już na miejscu swój akces do startu w "Świstaku" można zgłosić nawet o brzasku w dniu startu! Aby jednak tegoroczna wyprawa alpejska była ze wszechmiar ciekawsza i bardziej urozmaicona od całkiem bogatej ubiegłorocznej postanowiliśmy po drodze do Francji zatrzymać się na kilka dni w pięknej Italii. Wyszliśmy bowiem z założenia, iż nasz wynik w obu wyścigach jakkolwiek ambicjonalnie jakoś tam ważny dla każdego z nas nie jest istotniejszy od sumy wrażeń i doświadczeń. Dlatego też licząc się z ewentualnym brakiem świeżości w dniach francuskich startów zdecydowalismy się zaliczyć w dniach od 2 do 5 lipca włoskie przełęcze: Monte Giovo, Rombo, Stelvio i Gavia. Natomiast między 12 a 15 lipca w swych wielce ambitnych planach mieliśmy jeszcze dalsze potyczki z górami od Francji po Szwajcarię czyli: Mont Ventoux, Val Thorens, Grand St. Bernard oraz Nufenen i Furka. Z uwagi na rodzicielsko-zawodowe obowiązki Żdziśka nic z tego nie wyszło, ale "nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło" - będzie o czym myśleć planując dalsze wyprawy.

Wyruszyliśmy z Trójmiasta, a dokładnie rzecz biorąc z hacjendy Ździska w Gdańsku-Osowej w sobotnie popołudnie 1 lipca. W składzie jak zdążyłem już wspomnieć dość licznym, bo 6-osobowym czyli Ździsiek wraz ze swymi dwoma nastoletnimi córkami Jaśminą i Zuzanną, Darek ze swą dziewczyną Basią oraz piszący te słowa w roli pilota i naczelnego stratega owej wycieczki. Kilka godzin wcześniej niejako w ramach ostatniego dla nas przetarcia na rodzimych "hopkach" musiałem jeszcze osobiście w siedzibie firmy kurierskiej (!) odebrać zakupiony już w środę z poznańskiego Cykloturu licznik z altimetrem Ciclo Master (CM 436M). Tak to będąc uzbrojony w nowy gadżet i przede wszystkim sprzęt przygotowany przez kolegę mechanika z gdyńskich Karwin (Czarka Fabijańskiego) byłem gotów do swej czwartej alpejskiej wyprawy. W dużej mierze dzięki zaprawie w rejonie Ardeche czułem się nieźle przygotowany do czekajacych nas wyzwań mając przy tym na koncie 3800 kilometrów tzn. jakieś 10% więcej niż przed rokiem na przełomie czerwca i lipca. Tradycyjnie już znając stan polskich dróg nasz szlak do Włoch podobnie jak i ów czerwcowy do Francji wiódł przez Koszalin do Kołbaskowa z noclegiem w hotelu Panorama na wzgórzach koło Szczecina. Potem zaś po niemieckich i austriackich autostradach w kierunku na Berlin, Lipsk, Norymbergę, Monachium oraz Innsbruck aby wjechać słonecznej Italii przez przełęcz Brenner. Stamtąd zaś było już bardzo blisko do pierwszego celu naszej podróży czyli wioski Novale położonej nieopodal głównej drogi ze wspomnianej już przełęczy do pierwszego większego miasteczka po włoskiej stronie czyli Vipiteno (po tyrolsku Sterzing). Na miejsce naszego pierwszego noclegu jednopiętrowego domku z kilkoma apartamentami dotarliśmy około godziny 16.00. Piotr z Michałem zameldowali się tam już wczesnym popołudniem bowiem zdecydowali się na podróż także w godzinach nocnych. Na rozpakowanie się i ulokowanie w wybranych pokojach oraz krótki odpoczynek wystarczyło nam półtorej godziny. Dzięki temu jeszcze tego samego dnia mogliśmy rozruszać swe zmęczone podróżą kości i mięśnie oraz zaczerpnąć świeżego powietrza ruszając ochoczo na pierwszą alpejską wspinaczkę.

W rejonie Vipiteno dwoma najciekawszymi podjazdami są przełęcze Monte Giovo (2094 metrów n.p.m.) oraz Pennes (2211 m. n.p.m.) - obie umiejscowione na południe od tego miasteczka. Na początek wybraliśmy łatwiejszą z dwojga tych opcji czyli 15-kilometrowy podjazd pod Monte Giovo o średnim nachyleniu 7,5%. Dla porównania Pennes to byłoby 14,5 km bardziej stromej wspinaczki o średnim nachyleniu aż 8,7%! Z bazy Novale Sopra musieliśmy dojechać do wspomnianej już głównej drogi i dalej zjechać do Vipiteno po czym czujnie wybrać drogę na Casateia i dalej na przełęcz Monte Giovo, którą pamiętałem jeszcze z ekranu Eurosportu z etapu do Merano na Giro d'Italia z 1994 roku. Wtedy to na tej właśnie drodze długo uciekał późniejszy mistrz olimpijski Szwajcar Pascal Richard, zaś blisko szczytu skontrował go młodziutki Marco Pantani jadąc po swe pierwsze znaczące zwycięstwo wśród profich. Podjazd ten ma swój urok będąc w dużej części poprowadzony przez iglasty las by dopiero na ostatnich 3-4 kilometrach wyłonić się pośród alpejskich hal. Darek i Żdzichu w swoim stylu postanowili zacząć podjazd spokojniej kontrolując wskazania swych pulsometrów. Ja zaś będąc pod wrażeniem pięknych okoliczności przyrody jak zwykle zacząłem żwawo ciągnąc za sobą Michała i Piotra. Oczywiście młody góral jakkolwiek w tym sezonie niedotrenowany z uwagi na obowiązki studenckie pokazał mi i Piotrowi plecy na ostatnim kilometrze podjazdu. Dlatego też na szczyt wjechaliśmy pojedyńczo czyli pierwszy Michał, jakieś 0:15 za nim ja i Piotr ze stratą 0:45. Poza "podium dnia" Darek ze stratą 3:30 i Ździchu 4:45 wedle przybliżonych danych zanotowanych przez mój licznik. Te wyniki wskazywały, iż prezentujemy dość zbliżony poziom. Dzięki temu mogliśmy się spodziewać, że nawet na najdłuższych z planowanych podjazdów czyli Rombo (29 km) i Stelvio (24 km) nie powinniśmy na siebie czekać dłużej niż 10, max. 15 minut. Tymczasem jako, że zbliżał się wieczór pozostawało nam już tylko zrobić kilka zdjęć pod restauracją "Edelweisshutte" ulokowaną na samej przełęczy, po czym zawrócić o 180 stopni i zjechać tą samą drogą do Vipiteno i dalej podjechać kawałeczek do Novale. Moi kompani postanowili sprawdzić swą szybkość i potrenować technikę, ja zaś kilkakrotnie się zatrzymując zrobiłem kilka dalszych fotek.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Po wielce zasłużonym noclegu czekał nas w poniedziałek 3 lipca około 110-kilometrowy transfer dolinami: Giovo i Passiria przez Merano i dalej doliną Venosta w okolice położonej u podnóża przełęczy Stelvio miejscowości Spondigna. Po drodze czekał na nas jednak postój w San Leonardo in Passiria i wyprawa na mający ponad 29,1 kilometra długości oraz 1796 metrów przewyższenia podjazd pod przełęcz Rombo położoną na granicy włosko-austriackiej na drodze do Solden. Z Novale do San Leonardo należało dojechać znaną nam już drogą przez Vipiteno na przełęcz Monte Giovo. Tam zrobiliśmy sobie krotki i postój m.in. w celu zrobienia sobie zbiorowego zdjęcia całej 5-osobowej drużyny. Po powrocie do samochodów należało jeszcze zjechać 20 kilometrów w kierunku południowym. Tamże zatrzymaliśmy się na parkingu pod miejscowym basenem, z którego postanowiły skorzystać dziewczyny. Nam zaś pozostało się przygotować na około 3-godzinny górski rekonesans. Podjazd jakkolwiek bardzo długi nie wydawał się szczególnie trudny z uwagi na swe średnie nachylenie rzędu 6,2%. Niemniej muszę przyznać, iż ja akurat przeliczyłem się tego dnia ze swymi siłami. Ze znaczną długością jak i dwoma-trzema naprawdę stromymi fragmentami tego podjazdu przyszło nam się zmagać około południe, a więc w 30-stopniowym upale co skutecznie wysysało z nas siły podczas około 2 godzin wspinaczki. Podjazd zaczęliśmy w tym samym stylu co dzień wczesniej czyli z przodu trójka "młodych", a z tyłu duet doświadczonych triathlonistów. Darek tym razem jednak nie odpuścił i około połowy podjazdu doszedł nas po czym na 4-kilometrowym wypłaszczeniu dobrze widocznym na załączonym poniżej profilu podyktował tempo około 30 km/h nie dając nikomu szansy na wypoczynek.

Niedługo później zaczął się zaś najtrudniejszy fragment tego podjazdu. Pierwszy odpadł Michał zmagający się z jakimiś problemami zołądkowymi. Potem Darek jadący jak zwykle w sposób zdyscyplinowany taktycznie tj. z nieodzowną asysta swego pulsometru. Ja niewątpliwie za długo trzymałem się dotrzymać koła Piotrowi bowiem gdy opadłem z sił i złapał mnie głód oraz niedobór cukru nie byłem wstanie w żaden sposób zabrać się na górę z Darkiem i musiałem się ratować nawet dwoma krótkimi postojami. Na górze wedle relacji Piotra i moich dalszych pobieżnych obliczeń Piotr zameldował się 2:30 przed Darkiem oraz 8:00 przede mną. Ździsiek stracił do naszego nowego "Króla gór" 12:30, zaś najmocniejszy dzień wcześniej Michał na skutek wspomnianych problemów zdrowotnych aż 16:00. Gdy już wszyscy znaleźliśmy się na górze w komplecie przyszła pora zrobienie odpowiedniej dokumentacji naszeych dokonań czyli zrobienie kilku zdjęć tak po austriackiej jak i włoskiej stronie tej przełęczy znanej też jako Timmelsjoch. Na zjeździe tradycyjnie już, choć tym razem w asyście Darka zrobiłem kilka dalszych fotek. Pozostali mieli w drodze powrotnej bliskie spotkanie z lokalną fauną, bowiem Michał o włos tylko uniknął zderzenia z górską kozicą, która wtargnęła na szosę. Po powrocie do San Leonardo pozwoliliśmy sobie na krótki odpoczynek nad miejscową rzeką, ale niezbyt długi bowiem czekało nas jeszcze około 70 kilometrów podróży samochodem, drobne zakupy i znalezienie sobie lokum na kolejne dwa noclegi. Podobnie jak w lipcu 2003 roku udało się je znaleźć w Prato allo Stelvio. Niemniej tym razem z uwagi na liczniejszą ekipę nie szukałem kwatery prywatnej. Ostatecznie zatrzymaliśmy na dwie noce w pasującym nam tak ceną jak i standardem hoteliku wskazanym przez pracownicę miejscowej Informacji Turystycznej.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

We wtorek 4 lipca nie musieliśmy się więc martwić o transport. Czekało nas za to spotkanie z "Jej Wysokością" czyli położoną na wysokości 2758 metrów n.p.m. przełęczą Stelvio. To najwyższa drogowa przełęcz we Włoszech i trzecia pod tym względem w Europie po francuskich Col de la Bonette i Col de l'Iseran. Jako jedyny z naszego kwintetu miałem okazję ją przejechać od tej samej północnej strony podczas swej pierwszej wyprawy w Alpy odbytej trzy lata temu w towarzystwie Krzyśka Żmijewskiego i Wojtka Nadolskiego. Podjazd pod Stelvio choć o kilka kilometrów krótszy od Rombo jest prawdziwym gigantem. Dość powiedzieć, wedle wszelkich danych czyli niezależnie od liczenia początku tego podjazdu w centrum Prato allo Stelvio czy też od rogatek tego miasteczka do pokonania jest przeszło 1800 metrów w pionie. Na początku droga wiedzie doliną Trafoi pośród lasu i wzdłuż rzeczki Soldo, potem pośród górskich hal, zaś blisko szczytu na poboczu szosy są już tylko skały. Na całej długości tego wzniesienia jest aż 49 zakrętów (tornante) - dla porównania na słynnym L'Alpe d'Huez tylko 21! Na szczęście właśnie owe zakręty nieco ułatwiają jazdę gdyż przy ich odpowiednio szerokim pokonaniu można zyskać sekunde lub dwie na złapanie głębszego oddechu. Sama góra nie daje bowiem specjalnych do relaksu gdyż niemal na całej jej długości nachylenie waha się w poważnych granicach 7-8%.

Na szczęście tym razem powietrze było bardziej rześkie niż dzień wcześniej. Tradycyjnie już nasi triathloniści zaczęli podjazd spokojniej, ale po pewnym czasie Darek podkręcił tempo i doszedł naszą trójkę. Michał, Piotr i ja pomni doświadczeń dnia wczorajszego postanowiliśmy w solidnym, lecz równym tempie podążać do położonej w chmurach przełęczy. Darek tymczasem w swoim stylu tnąc po wewnętrznej wspomniane zakręty odhaczył nas i przez dłuższy czas wisiał nam przed oczyma w odległości dochodzącej do 200 metrów. Po dłuższym czasie doszliśmy go i jakiś czas jechaliśmy w czwórkę, po czym na kilka kilometrów przed szczytem Darek zapłacił nieco za swoje wcześniejsze harce i został w tyle wciąż jednak wspinając się w tempie zbliżonym do naszego. Przełęcz około południa znów była pełna ludzi czyli turystów, motocyklistów jak i narciarzy udających się na pobliski lodowiec Ortler. Wjechaliśmy na nią zgodnie we trójkę nie walcząc o punkty na górskiej premii Cima Coppi ;-) Darek stracił do nas tylko 1:00. Na Ździśka przyszło nam czekać dłużej bo 12:00 co oznaczało, że tracił na każdym kilometrze średnio 0:30 do naszej grupki jadącej z przeciętną nieco ponad 13 km/h. Na górze kilka chwil na podziwianie widoków z dachu Italii i oczywiście na zrobienie kilku pamiątkowych zdjęć. Tym razem inaczej niż w 2003 roku pogoda pozwoliła na kontynuowanie jazdy na drugą stronę przełęczy będącej administracyjną granicą Południowego Tyrolu i Lombardii. Nie mieliśmy jednak w planach długiego zjazdu do Bormio. Po zaledwie 3 kilometrach odbiliśmy w prawo by poprzez Umbrailpass wjechać na teren Szwajcarii i zafundować sobie 18-kilometrową wyczieczkę po tym kraju.

Michał z Piotrem pognali szybciej w dół do Santa Maria im Munstertal i dalej ku granicy z Włochami. Natomiast ja wraz z Darkiem i Ździśkiem postanowiłem dokładniej udokumentować polski najazd na ziemię Alpejskiej Konfederacji. Po drodze ucieliśmy sobie krótką pogawędkę z sympatycznym, acz najwyraźniej znudzonym swą pracą celnikiem na tej jednaj z najwyżej położnych europejskich granic - 2501 m. n.p.m! Na 13-kilometrwoym zjeździe do Santa Maria czekały na nas nie tylko roboty drogowe czy też mały peletonik innych kolarzy amatorów. Otóż w słynnącej ze swego bogactwa Szwajcarii po pewnym czasie zabrakło nam pod kołami asfaltu i mieliśmy okazję sprawdzić swe umiejętności zjazdowe na kilkukilometrowym odcinku szutru, który najpewniej pamięta jeszcze czasy Gino Bartaliego i Fausto Coppiego oraz miejscowego duetu Hugo Koblet i Ferdi Kubler. Po zjeździe do Santa Maria im Munstertal wyjechalismy na główna drogę z Davos do Merano, którą juz łagodniej w dół należało zjechać przez Munster, Taufers do Glorenzy, po czym boczną drogą dotrzeć do Prato allo Stelvio. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy urokliwym romańskim kościółku w Munster. Po zjechaniu w dolinę przypomniał się nasz największy wróg czyli upał, który to miał się nam jeszcze dać we znaki niejeden raz. Popołudnie spędziliśmy na odpoczynku, wyprawie do pizzerii i lodziarni, zaś w godzinach wieczornych nasłuchiwaliśmy odgłosów miasteczka. Otóż tego dnia Włosi grali z Niemcami półfinałowy mecz Mistrzostw świata w piłce nożnej. Wiedząc, że miejscowi mówią przede wszystkim tyrolskim dialektem języka niemieckiego zastawiałem się po czy jej stronie będzie ich sympatia. Okazali się wiernymi obywatelami Italii. Klaksony na część zwycięstwa drużyny Marcello Lippiego były tego najlepszym dodowem. Być może reakcje byłyby bardziej dwuznaczne gdyby w półfinale z Włochami zagrali Austriacy?


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Nazajutrz w środę 5 lipca czekała nas powtórka ze Stelvio, lecz tym razem w najzupełniej turystycznej w formie czyli podziwianie okolicy zza okien naszych samochodów. Przełęcz tego dnia z uwagi na wcześniejszą porę naszego wjazdu i gorsza pogodę była nieco opustoszała. Dziewczyny miały tu okazję do zrobienia zdjęć, zaś my wszyscy mogliśmy zakupić okolicznościowe pocztówki i wysłać je prosto ze Stelvio do bliskich osób w kraju. Potem czekał nas 21-kilometrowy, miejscami bardzo kręty zjazd do słynnego z zawodów narciarzy-alpejczyków Bormio. Dalej zaś jeszcze dłuzszy, ale spokojniejszy odcinek doliną Valtellina do miejscowości Mazzo. Na pożegnanie z Włochami chcieliśmy bowiem przejechać Gavię od słynniejszej południowej strony, a przy okazji po drodze do podnóża tej przełęczy przejechać samochodem przez okrutne Mortirolo. Tak jak nie było łatwo znaleźć dróżkę wiodącą pod tą stromą górę tak też nie było łatwo lawirować po jej ciasnych serpentynach szczególnie w Ździśkowym Mercedesie Vito mającym słuszne gabaryty. Co godne podkreślenia nawet na tak morderczej górze nie brakowało śmiałków amatorów mierzących z nią swe siły. My zaś zza okiem samochodu zastanawialiśmy się czy dane nam będziew przyszłości pójść w ich ślady i z jakimi przełożeniami trzebaby tu przyjechać. Po drodze wypatrzyliśmy na szczyt odsłonięty wiosną tego roku pomnik Marco Pantaniego robiąc sobie w tym miejscu krótki postój i sesję zdjęciową. Po czym z braku czasu, jako że czekała nas jeszcze tego dnia co najmniej 6-godzinna podróż do Francji pomknęliśmy czym prędzej do naszej bazy wypadowej pod Gavię czyli miejscowości Ponte di Legno.

Załoga Forda Fusion czyli Piotr z Michałem dotarli tam już półtorej godziny przed nami. Dlatego też w chwili gdy nasz trójmieski tercet wyładował swe maszyny na obrzeżach wspomnianego miasteczka i szykował się do ataku pod straszną Gavię oni zapewne już tam byli. Ja postanowiłem sobie zrobić małą czasówkę pod ten podjazd i pojechać niemal od początku swoim tempem niespecjalnie oglądając się na Darka i Ździśka. Po około 5 kilometrach podjazdu śmignęły mi z naprzeciwka wracające już z niebotycznej przełęczy nasze dwa "Sokoły". Niewiele dalej tzn. na początku siódmego kilometra aczęły się prawdziwe schody. W tym miejscu droga zwęża się do szerokości jednego pasa. Gorsza jest też jej jakość bowiem jezdnia zdaje sie bardziej chropowata i popękana, lecz przede wszystkim jej stromizna przez 400 metrów utrzymuje się na poziomie 16%. Potem jest jeszcze jeden trudny około 300-metrowy odcinek ze średnim nachyleniem 14%. Wszystko to jest jednak do przeżycia gdy ma się odpowiedni respekt przed taką góra czyli jedzie się swoim rytmem na równym oddechu. Podjazd ten jest bardziej odludny od Stelvio bowiem poprowadzony jest drogą drugorzędnego znaczenia. W wyższych jego partiach przy nieco zamglonym powietrzu miałem odczucie jakbym był tam sam. Tylko samotny człowiek i ogrom gór plus droga pnąca się ku niebu.

Najtrudniejszym momentem tej wspinaczki okazał się dla mnie nieoświetlony tunel na jakieś 3-4 kilometry przed szczytem. Jadąc pod górę nie było widać wylotu z niego bowiem około 200-metrowa prosta przechodziła w łuk, zaś wyjazd był dopiero kilkadziesiąt metrów za zakretem w lewo. Po wjechaniu głębiej, a jeszcze przed owym zakrętem kompletna ciemność niczym w kopalniach Morii. Słychać tylko swój własny oddech wcale nierówny po stromizna tej góry wcale w tym miejscu nie popuszcza. W dodatku droga jest śliska i sprawia wrażenie nieco wyżłobionej. Dla świętego spokoju wolałem zejść na chwilę z roweru by się nie przewrócić w tej "czarnej dziurze". Na górę dotarłem ostatecznie w czasie 1h18:09 czyli przy dystansie 16,58 km ze średnią 12,73 km/h. W mojej skali to całkiem niezły wynik jak na blisko 8% średnie nachylenie tego podjazdu. Na górze czyli na 2621 m. n.p.m. należało się niemal od razu cieplej ubrać oraz poczekać kilka minut najpierw na Darka i nieco dłużej Ździśka. Dalej już tradycyjny rytuał czyli zdjęcia w ciekawszych miejscach tak na szczycie (obowiązkowo przy tablicach) jak i podczas postojów na zjeździe (przy tablicy oznaczającej wjazd we wspomnianą strefę 16%). Natomiast po zjechaniu do samochodu początek dłuższej podróży do położonej nieopodal Bourg d'Oisans wioski Envesin d'Oz, w której Piotr wynajął dom letniskowy dla całej naszej ósemki za skromne 200 Euro!


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Piotr z Michałem przecierali nam szlak docierając do miejsca przeznaczenia wczesnym wieczorem. My zaś drogą przez Edolo na Bergamo i dalej włoskimi autostradami w ciągłej przebudowie przez Mediolan, Novarę i Turyn staraliśmy się dotrzeć do granicy z Francją na przełęczy Montgenevre. Pod Turynem udało nam się pobłądzić szukając właściwego zjazdu z autostrady A4 w kierunku drogi E70 na Susę. Dzięki temu mogliśmy z paru stron obejrzeć górującą nad tym miastem Supergę czyli górę znaną z trasy klasyku Milano - Torino oraz katastrofy lotniczej, w której przed przeszło półwieczem zginęli piłkarze AC Torino. Na drodze E70 kolejna wpadka pilota (mea culpa) i zamiast zjechać za Susą na Cesana Torinese początkowo przyszło nam zapuscić się w rejon Bardonecchii. Koniec końców do Francji zbliżalismy się około godziny 21-wszej, żaś z radia dobiegały nas odgłosy drugiego półfinału z niemieckich boisk czyli meczu Francja - Portugalia. Ponieważ że w naszym aucie nie było Piotra mogłem się tylko domyslić, że prowadzenie objęła Francja po strzale Zidane'a - najpewniej z karnego. Wynik meczu stał się dla nas z grubsza jasny gdy po zjechaniu do Briancon i dalej minięciu przełęczy Lautaret na ulicach miasteczka La Grave ujrzeliśmy fajerwerki i świętujących zwycięstwo swej reprezentacji Francuzów. Stąd już do Envesin d'Oz pozostało nam jakieś 45 kilometrów drogą przez le Freney, Bourg d'Oisans, Rochetaillee, Allemont i Pourchery, w której to wiosce wraz z Piotrem oraz Jackiem Śliwickiem i Tomkiem Wienskowskim zatrzymaliśmy się na kilka dni przed ubiegłorocznym startem w La Marmotte. Do naszej francuskiej kwatery dotarliśmy mocno podmęczeni dobrze po 23.00. Na szczęście mieliśmy przed sobą dwie doby względnego odpoczynku przed pierwszym z dwóch czekających nas wyścigów.


Pomimo, że do startu w La Marmotte pozostawały jeszcze dwa dni formalności przedstartowe postanowiliśmy załatwić już w czwartek 6 lipca udając się około południa samochodami poprzez Le Bourg d'Oisans do mety tego wyścigu w L'Alpe d'Huez. Na miejscu przekonaliśmy się, że tym razem podczas "Świstaka" będzie nam dane zafiniszować na znanej z Tour de France 300-metrowej, szerokiej i prowadzącej lekko pod górę prostej, a nie jak przed rokiem na położonym nieco niżej placu przed miejscowym Pałacem Sportu. Ponieważ do L'Alpe nie wybraliśmy się w przeddzień zawodów tym razem ominęła nas wielka giełda sprzętu rowerowego i mody kolarskiej. Może to i lepiej bowiem od strony technicznej byliśmy wystarczająco przygotowani, a tak przynajmniej nasze oczy nie zostały wystawione na wielkie pokuszenie, zaś portfele na poważne niebezpieczeństwo. Pośród nielicznych tego dnia stoisk zakupiliśmy tylko niezbędne ilości energetycznych żeli i batonów. Przede wszystkim zaś tych pierwszych gdyż przeżuwanie czekoladowych przy panujących we Francji upałach nie wydawało nam się najtrafniejszym pomysłem. Po zerknięciu na rozpiskę z trasą tegorocznej edycji okazało się, że podobnie jak w 2005 roku organizatorzy postanowili zrezygnować z poprowadzenia wyścigu przed przełęcz Żelaznego Krzyża czyli Croix de Fer (2068 metrów n.p.m.). W zastępstwie ponownie wystąpił pobliski Glandon (1924 m. n.p.m.). Niemniej od strony Allemont to ten sam podjazd tyle, że zaoszczędzone nam zostało ostatnie 2,5 km podjazdu. Druga różnica między obu rozwiązaniami polega na tym, iż od końca zjazdu z Glandon do początku podjazdu pod Telegraphe czyli z Saint Etienne-de-Cuines do Saint Michel-de-Maurienne jest 25 kilometrów w terenie "false flat". Tymczasem po zjeździe z Croix-de-Fer mielibyśmy do pokonania tylko ostatnie 15 kilometrów tego odcinka poczynając od miejscowości Saint Jean-de-Maurienne.

Po powrocie na kwaterę w Envesin d'Oz i obiedzie uwzględniającym kulinarne potrzeby kolarzy popołudnie postanowiliśmy przeznaczyć na ostatni poważniejszy trening przed zawodami. Każdy z nas zrobił kilkadziesiąt kilometrów choć w rozmaitych konfiguracjach. Michał z Piotrem zjechali do Rochetaillee i dalej główną drogą na Grenoble zapuścili się w okolice Sechilliene. Darek pokręcił się bliżej naszej bazy z wykorzystaniem sztywnego i znanego z kobiecej "Wielkiej Pętli" podjazdu do Vaujany. Natomiast ja ze Ździśkiem wyruszyliśmy najpóźniej bo około 18:00 i początkowo pojechaliśmy do Rochetaillee po czym zawróciliśmy mając w planach zrobić "inspekcję" pierwszego z naszych sobotnich podjazdów czyli Col du Glandon. W pewnym momencie mimo zbliżającego zmierzchu wpadliśmy jeszcze na śmiały pomysł dotarcia na szczyt Col de la Croix de Fer. Niestety od realizacji tego planu odwiodło nas załamanie pogody. Deszcz dopadł nas na wysokości około 1600 metrów n.p.m. w okolicach zapory na Lac Maison. Pozostało jedynie zdecydować się na odwrót i w co raz bardziej ulewistym deszczu zjechać do le Verney. Stromy zjazd podczas alpejskiej burzy na szczęście przy umiarkowanej temperaturze oraz z niemal maksymalnym wykorzystaniem hamulców z pewnością na dłużej pozostanie nam w pamięci. Potem zaś przemoknięci i nieco ciężsi od wilgoci musieliśmy się jeszcze wspiąć do Pourchery (2 kilometry przy średnim nachyleniu bliskim 10%) i odbić w boczna drogą prowadzącą już tylko lekko pod górę do Envezin - ogółem 53 kilometry w skrajnych warunkach atmosferycznych. Piątek 7 lipca dla nas wszystkich był z gruntu odpoczynkowy, choć Piotr z Michałem zrobili sobie drobną przejażdżkę. Główną rozrywką tego dnia była jednak wycieczka do Bourg d'Oisans, w tym spacer po tamtejszym deptaku, wizyty w sklepach oraz restauracjach. W znanej mi już sprzed roku księgarni kupiłem zeszyt piąty "Atlas des Cols des Alpes" obejmujący tereny od Flumet po Thonon-les-Bains nad Jeziorem Genewskim. Tym samym uzupełniłem swą kolekcję zeszytów kartograficznych z profilami i opisami kolarskich podjazdów we francuskich Alpach.

Sobota 8 lipca dla całej naszej piątki miała być pierwszym dniem wielkiej próby podczas tej wyprawy. Dla mnie i Piotra była to zarazem okazja do porównania swej tegorocznej formy z ubiegłorocznymi wynikami na tej samej trasie. Naszą teorię o liberalnym podejściu organizatorów La Marmotte do kwestii zapisów przetestował kolega z Trójmiasta Tadek Czepukojć. Wykazując się iście ułańską fantazją po przeszło 20-godzinnej podróży dotarł on wraz ze swą żoną Anią do Bourg d'Oisans o 4:00 na ranem. Po czym jeśli można tak rzec "przespał się" dwie godziny w samochodzie i o szóstej rano zapisał się na start! Nie tylko zresztą wystartował, ale jak przystało na prawdziwego twardziela wyścig ten ukończył. Czas Tadka z pozoru słaby czyli 12h51:57 jest nieco mylący gdyż jadąc w słabszej grupie został on na około połtórej godziny zatrzymany blisko szczytu Col du Glandon z uwagi na prowadzoną juz po przejeździe całej naszej piątki akcję ratowniczą w związku z ciężkim wypadkiem jednego z uczestników. Na dodatek Tadek jako jedyny w naszym gronie nie trenował zanadto regularnie tej wiosny, a poza tym ma posturę "zdrowego faceta" czyli bardziej wioślarza niż kolarza co z pewnością nie ułatwiało mu zadania na niebotycznych alpejskich podjazdach o łącznym przewyższeniu ponad 4500 metrów. Start wyścigu o godzinie 7:15 oznaczał pobudkę około 5:00, śniadanie o 5:30 i wyjazd z naszej kwatery około 6:00 rano. Tym razem mialem numer startowy 2905 (przed rokiem 5507), ale i tak o przyzwoite miejsce startu należało zadbać we własnym zakresie. Jak się później mi, Michałowi oraz Piotrowi udało się wystartować jakieś 9 minut po czołówce (przed rokiem po kwadransie). Nieco lepiej zadbał o siebie Tadek, a najlepiej z nas kombinował Darek startując dobre 7 minut przed naszą trójką, a tylko nieco ponad 2 minuty po faworytach. Na starcie o tak wczesnej porze ledwie 11 stopni, więc należało się przyodziać w kamizelkę oraz założyć rękawki i nogawki.


Copyright: http://www.sportcommunication.com/newsite/profil.php?

Od startu mocne tempo dochodzące na prostej do Rochettaillee do 50 km/h czyli walka o ulokowanie się w jakiejś w miarę mocnej grupce jeszcze przed podjazdem. Na płaskim mijam Tadka, zaś pierwsze wyraźniejsze przegrupowania jak zwykle mają miejsce na krótkim podjeździe pod tamę w Allemont. W okolicach le Verney czyli tuż przed początkiem wzniesienia udało mi się dogonić Michała i Piotra, którym sprawniej niż mi ustawiającemu na ostatnią chwilę paramatery licznika poszedł sam start. Potem zaczynaja się schody i każdy walczy z górą na własny sposób starając się przy okazji w miarę sprawnie wymijajać "spływajacych" do tyłu słabszych konkurentów. Trzeba zaś wiedzieć, że już pierwsze 6 kilometrów tego podjazdu prowadzące do wioski le Rivier potrafiłoby nieźle przystopować śmiałka, który nazbyt śmiało poszedłby od startu. Najtrudniejszy fragment przychodzi jednak po pierwszym z dwóch większych siodeł na południowym Glandon, a mianowicie w okolicach połowy długości tego wzniesienia. Pod koniec tego 2-kilometrowego odcinka minąłem Darka jadącego swoje z iście komputerową precyzją. Dalej należało już tylko uregulować oddech i śmiało zdążać do samej przełęczy. Po drodze wypadało przybrać jeszcze jakąś pełną determinacji pozę dla fotografów z firmy photo-breton polujących na uczestników wyścigu jakieś 2-3 kilometry przed szczytem wzniesienia. Tym razem postanowiłem nie zatrzymywać na umiejscowionym w tym miejscu pierwszym bufecie. Spodziewałem się, że Michał z Piotrem zapewne tracą do mnie niewiele, a jako, że znacznie lepiej zjeżdżają mogłbym stracić kontakt z nimi na zjeździe zanim wszyscy trzej bezpiecznie wylądujemy w Saint Etienne-de-Cuines. Zmobilizowany i nietrapiony tym razem problemami technicznymi ów niebezpieczny 23-kilometrowy odcinek pokonałem dość sprawnie i ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu dopiero na ostatnich kilkuset metrach zjazdu doszedł mnie Michał. Dzięki temu w dolinie mogliśmy trochę porozmawiać i ustalić wspólną taktykę na najbliższe kilkadziesiąt kilometrów.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Niestety zabrakło w naszym gronie Piotra, który właśnie na tym zjeździe miał podwójnego pecha. Na przestrzeni kilku kilometrów przebił on bowiem dwukrotnie dętkę co zaskutkowało łączną stratą około 15 minut potrzebnych na obie zmiany. Z tego powodu umknęła mu nietylko grupa ludzi na zbliżonym poziomie sportowym (vide ja czy Michał), lecz nawet ci spośrod naszych rywali, którzy stracili do nas pod Glandon dobre 10 minut. Co gorsze na górze wstrzymano zjazd kolejnych grup ścigantów by na wąskiej drodze nieutrudniać akcji ratunkowej po nadmienionym wyżej wypadku. Z tej przyczyny 25-kilometrowy odcinek w dolinie Piotrek musiał pokonać niemal w całości samotnie co z pewnością przełożyło się na dalsze 4-5 minut straty do szczęśliwców, którzy tak jak ja czy Michał ów fragment trasy pokonali w jednym z kilkudziesięcioosobowych peletoników. Dla mnie największym problemem na terenie owego międzygórza była mała gimnastyka, którą musiałem wykonać tuż po zakończeniu zjazdu. Polegało to na tym by przy prędkości 40-50 km/h nie tracąc kontaktu z najbliższymi rywalami jednocześnie możliwie szybko zsunąć tak rękawki jak i co trudniejsze nogawki albowiem dochodziła już godzina 10:00 i temperatura zdążyła już znacznie przekroczyć 20 stopni. Do Saint Michel-de-Maurienne dojechaliśmy spokojniew dużej grupie. Nieliczni co bardziej wyrywni śmiałkowie i tak ostatecznie zostali powyłapywani przez nasz peletonik co dodatkowo potwierdzało słuszność mojej taktyki opartej na ubiegłorocznych doświadczeniach. Wraz z początkiem podjazdu pod Col du Telegraphe (1570 m. n.p.m.) przeszliśmy na czoło naszego oddziału, który szybko pękł niemal na tyle części ile było w nim ludzi. W tym gronie wraz z Michałem okazaliśmy się jednymi z mocniejszych aczkolwiek mnie akurat frustrował nieco norweski amator o posturze Thora Hushovda, który wspinał się nieco szybciej od nas świecąc nam przed oczyma swą wcale nie góralską sylwetką. Na przełęcz dotarliśmy zgodnie w czasie niespełna 45 minut czyli przy średniej około 15 km/h. Całkiem nieźle zważywszy na średnie nachylenie tej góry (blisko 7,5%) i fakt, że minęliśmy właśnie półmetek wyścigu.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Na szczycie Col du Telegraphe mały bufet czyli okazja do uzupełnienia bidonów po czym dość łagodny 5-kilometrowy zjazd do Valloire gdzie na dobrą sprawę jeszcze przed strefą drugiego z trzech dużych bufetów (drinki & przekąski) zaczyna się podjazd pod legendarny Col du Galibier (2642 m. n.p.m.). Tu już każdy z nas miał radzić sobie po swojemu. Rozdzieliliśmy się dość szybko na skutek drobnych problemów technicznych tak z mojej jak i Michała strony. Początkowo w dolnej otoczonej łakami części podjazdu przyszło mi nam wszystkim przecierać szlaki, lecz gdy podjazd odsłonił swe gorsze czytaj stromsze oblicze na wykutych w skale serpentynach za miejscem zwanym Plan Lachat górę wzięła młodość i niższa o dobre 12 kilogramów waga Michała. Zakopiańczyk minął mnie około 5 kilometrów przed szczytem, lecz zmagając się z bólem prawej stopy zdołałem utrzymać z nim kontakt zwrokowy do samego szczytu tracąc około pół minuty. Wspomniany ból powodowany był zaś przez zagiętą w trakcie jazdy opaskę elastyczną, którą zwykłem zakładać na dłuższe trasy od czasu skręcenia kostki podczas gry w piłkę halową. Na Galibier czyli na "dachu" tak tego wyścigu jak i tegorocznego Tour de France ponownie uzupełniliśmy bidony, pożywiliśmy się i w możliwie ustronnym miejscu załatwiliśmy swe tzw. mniejsze potrzeby fizjologiczne. Mimo narastającego zmęczenia zdołałem ku pokrzepieniu serca odnotować, że w tym miejscu mam zapas około 45 minut w stosunku do ubiegłorocznego międzyczasu z Galibier. Na początku zjazdu Michał pomknął w dół w tempie, które mi nie wydało się bezpieczne i w ten sposób nasze drogi rozeszły się już do samej mety. Każdemu z nas na swój sposób przyszło pokonać ten ponad 40-kilometrowy zjazd przy ruchu drogowym pół-otwartym prowadzący nieomal do samego Bourg d'Oisans. Ciesząc się ze sporej dawki nadrobionego czasu zacząłem sobie jednak zdawać sprawę, iż zmęczenie narasta, zaś upał dochodzący tego dnia do 36 stopni w cieniu dodatkowo wysysa ze mnie resztki energii. Dlatego też tym razem nie mogłem sobie odmówić nieco dłuższego pobytu na trzecim dużym bufecie usytuowanym tradycyjnie u podnóża finałowego podjazdu do L'Alpe d'Huez. Szybka przekąska (kawałki bananów i pomarańczy, a także suszone morele) oraz kubeczki coca-coli nie od razu jednak przyniosły ratunek.

U podnoża okrutnej L'Alpe zjawiłem się osłabiony i z nieustabilizowanym oddechem. Tu zaś oczywiście jak na złość ciągnąca się w nieskończoność pierwsza prosta do wirażu nr 21 (w tym miejscu na poboczu półprzytomny ze zmęczenia zauważyłem pierwszy duet kibicek czyli Jaśminę z Zuzanną) i niewiele krótsza, a równie stroma druga prosta do wirażu nr 20. Osłabiony nie zdołałem się oprzeć pokusie krótkiego postoju i przyznam, że do półmetka podjazdu ów obronny manewr powtórzyłem jeszcze chyba ze trzy bądź cztery razy. Podczas jednego z nich minął mnie nie widziany już dawno Darek. Na szczęście kryzys i mi odpuścił, więc byłem w stanie kontynuować wspinaczkę w miarę przyzwoitym tempie. Około 4 kilometry przed metą musiałem zrobić jeszcze jeden, ostatni postój z uwagi na drobne skórcze, lecz cały wyścig aczkolwiek zmęczony ukończyłem we wcale dobrym zdrowiu. Dość powiedzieć, że na ostatniej prostej zachęcony okrzykami drugiego duetu fanek (Anii i Basi) byłem jeszcze w stanie pokusić się o mały finisz i wyprzedzić kilku swych rywali. Na mecie miłe zaskoczenie, bo pomimo m/w o 10 minut gorszego niż przed rokiem wjazdu pod L'Alpe czas rzeczywisty zdecydowanie lepszy niż w 2005 roku. Na skutek problemów na ostatniej górze nie udało mi się co prawda złamać bariery 8 godzin, ale wynik ogólny więcej niż przyzwoity 595 miejsce w gronie około 6500 uczestników z czasem wyścigowym 8h 12:55. Bardziej wymierny jest tu jednak mierzony chipami czas rzeczywisty tzn. 8h03:38 co oznaczało poprawę o 35 minut i 19 sekund w porównaniu z ubiegłorocznym występem. Na ten czas złożyło się u mnie 7h40:30 samej jazdy oraz 23:08 spędzonych na rozmaitych bufetowo-kryzysowych postojach.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Tabela z wynikami moich kompanów przedstawiała się zaś następująco:
440. Michał Stoch z czasem wyścigowym 7h 58:41 (z rzeczywistym: 7h 49:30);
577. Dariusz Kamiński z czasem wyścigowym 8h 11:30 (z rzeczywistym: 8h 09:19);
716. Piotr Mrówczyński z czasem wyścigowym 8h 22:16 (z rzeczywistym: 8h 13:09);
1244. Ździsław Wojtyło z czasem wyścigowym 9h 10:57 (z rzeczywistym: 8h 59:19).

Do mety tego obiektywnie najtrudniejszego spośród francuskich wyścigów dla kolarzy amatorów (cyclosportives) dotarło tym razem tylko 4134 spośród 6500 uczestników. Na mecie mieliśmy więc tylko 63,6% porannej stawki podczas gdy przed rokiem do L'Alpe d'Huez dojechało 71,1% ścigantów. Tegoroczny wyraźnie wyższy odsetek wycofań na trasie spowodowany był jak sądzę strasznym upałem, który dodatkowo utrudniał nam wszystkim jazdę i walkę z własnymi słabościami. Sam wyścig podobnie jak przed rokiem wygrał Włoch Emanuele Negrini w czasie 5h 50:30. Wyprzedził on swego rodaka Stefano Salę (5h 53:27) oraz najmocniejszego z ogromnej rzeszy Holendrów Berta Dekkera (6h 12:38). Całe podium ponownie zajęli zawodnicy z kategorii "D" czyli będący w wieku od 30 do 39 lat. Dodam jeszcze, że pogromca wszystkich czyli Negrini tydzień wcześniej na własnych śmieciach wygrał już po raz trzeci z rzędu Maratona dles Dolomiti dotrzymując koła Raimondasowi Rumsasowi. Nam jednak nie w głowie było się mierzyć z takimi orłami. Plan swój wykonaliśmy o tyle, iż każdy z nas zapracował uczciwie na swój złoty dyplom ("Brevet d'Or"). Darek, Piotr i ja załapalibyśmy się na to "złoto" nawet w najmłodszej kategorii wiekowej ("C" zawodnicy w wieku od 18 a 29 lat), której niezbyt sensownie wyznacza się najbardziej wymagający limit czasu na "złoto" czyli 8h 29 minut. W poczuciu dobrze wykonanego zadania mogliśmy zjeść serwowany na mecie posiłek, zaś za odzyskane 10 Euro z kaucji (za chip) nabyć pamiątkowy medal ze świstakiem ... obowiązkowo złoty. Po wszystkim należało jeszcze zjechać do zaparkowanych w Bourg d'Oisans samochodów. Jechaliśmy oczywiście pod prąd trwającego nadal wyścigu. Przyznam, że szczerze współczułem tym spośród swoich "rywali", którzy mimo upływu około 10 godzin od porannego startu wciąż jeszcze mieli do pokonania spory kawałek podjazdu po L'Alpe d'Huez w tak ciężkich warunkach atmsoferycznych.

Następny dzionek tzn. niedziela 9 lipca był dla nas dniem przerwy w startach, lecz bynajmniej nie okazją do zupełnego odpoczynku. Owszem można było się dłużej wylegiwać, lecz bez przesady bowiem wczesnym popołudniem czekał nas wyjazd z Enversin d'Oz do Gap czyli na start poniedziałkowego wyścigu pod szyldem L'Etape du Tour. Nieoceniony w tego rodzaju sytuacjach Piotr niemal "ad hoc" załatwił nam wszystkim lokum na obrzeżach tego miasta przez co nie musieliśmy się martwić o dach nad głową w miejscowości przeżywającej nalot tysięcy podobnych nam amatorów kolarstwa. Drugim kluczowym członkiem naszej wyprawy na start tej imprezy okazał się Michał. Jako, że dołączył "młody Sokół" dołączył do naszej ekipy późną wiosną nie miał szans na start w L'Etape. Dzięki temu mieliśmy w swym gronie człowieka, który mógł zabrać samochód z Gap z powrotem w rejon Bourg d'Oisans w momencie gdy nasza czwórka będzie zmagać z przełęczami: Izoard, Lautaret i raz jeszcze z podjazdem pod L'Alpe d'Huez na trasie piętnastego etapu tegorocznego Tour de France. Z tych względów przeszło 120-kilometrowa droga do Gap stała się dla Michała próbą generalną za kółkiem Ździśkowego Vana. Po minięciu Rochetaillee, Sechilienne dojechaliśmy do Vizille by w tym miejscu po drobnym kluczeniu skręcić na prowadzącą prosto na południe słynną drogę Bonapartego (Route Napoleon) czyli drogę, którą cesarz Francuzów wracał do Paryża z Elby, miejsca swego pierwszego zesłania. To na pierwszych kilometrach tego kawałka naszej drogi czyli na dość niepozornym podjeździe pod Laffrey 35 lat wcześniej Hiszpan Luis Ocana zaatakował "wszechmogącego" Eddy Merckxa by na mecie Orcieres-Merlette wyprzedzić Belga o blisko 9 minut! Inna ciekawostka tego terenu był fakt, iż po minięciu miejscowości La Mure, Corps, Saint Bonnet tuz przed Gap wjechaliśmy na Col du Bayard (1246 m. n.p.m.). Przełęcz ta obok wspomnianej już Laffrey oraz Ballon d'Alsace w Wogezach należała do pierwszych górskich podjazdów w historii Tour de France, bowiem już w 1905 roku poprowadzony został tędy etap TdF z Grenoble do Toulonu!

Po dojechaniu do Gap postanowiliśmy skierować się od razu do dzielnicy, w której organizatorzy L'Etape du Tour przygotowali swego rodzaju miasteczko startowe. W tym miejscu należało potwierdzić swój udział w poniedziałkowym wyścigu odbierając wszelkie gadżety z numerem startowym i nieodzownym chipem w pierwszym rzędzie. Załatwiwszy te formalności daliśmy sobie pół godziny na spacer po polu wypełnionym innymi uczestnikami oraz ich rodzinami, na którym kilkudziesięciu producentów związanych z branżą kolarską wystawiło na pokuszenie naszych oczu swe produkty od odżywek i odzieży, poprzez części rowerowe aż do w pełni wyposażonych bicykli. Niemniej aby stać się kupcem niektórych spośród prezentowanych cudeniek musiałbym chyba zarabiać jakkolwiek tyle co obecnie, lecz koniecznie w euro a nie w złotych polskich. Kilkaset metrów od tego "kolarskiego sezamu" czekał na nas w wielkim hangarze położonym nieopodal miejscowego boiska piłkarskiego posiłek na koszt organizatora, przygotowany na bazie nieocenionego makaronu. Piotr wykorzystał obecność miejscowej telewizji by udzielić krótkiego wywiadu informując wszystkich o udziale w tej imprezie także polskiej drużyny. Jak się później dowiedziałem na podstawie pełnych wyników wyścigów całą trasę tegorocznego L'Etape pokonało jeszcze dwóch Polaków tzn. Mariusz Nowakowski i Artur Baturo. Po posiłku udaliśmy się na poszukiwanie naszej stancji odbierając klucze do niej około godziny 18-tej. Wczesny wieczór spędziliśmy na dopieszczaniu naszych maszyn i montowaniu na nich numerów startowych. Natomiast po kolacji legliśmy przed telewizorem aby obejrzeć finałowy mecz piłkarskiego mundialu pomiędzy Francją a Włochami. Chcąc obejrzeć cały mecz z dogrywką, karnymi i słynną "główką" Zidane'a trzeba było pójść na kompromis z własnymi potrzebami fizjologicznymi i ograniczyć sen przed wielkim dniem do około sześciu godzin biorąc pod uwagę fakt, iż w obliczu startu o godzinie 7.00 czekała nas wszystkich poza Michałem kolejna pobudka o 5.00-5.30 rano.


Copyright: http://www.letapedutour.com/2006/fr/index.htm

Wstajemy o brzasku, po czym szybka toaleta i lekkie śniadanie. Następnie wskakujemy w swe "stroje urzędowe". Ja ze swoich na tak specjalną okazję wybieram komplet Lampre-Caffita od Sylwestra. Jetsem w szczycie formy i wycieniowania, więc potrafię się w niego wcisnąć. Pozostaje nam jeszcze załadować kieszenie swych koszulek: dętkami, łatkami, żelami, batonami i wszystkim co może się tam zmieścić a może się okazać niezbędne na trasie. Do centrum na start wyruszamy tuż po 6-tej, tylko Darek postanawia nieco dłużej zabarłożyć. Na tym wyścigu widać wyższy poziom organizacji choćby po tym, że dojazd miejsca startu jest dokładnie oznakowany i prowadzi do każdego z sektorów inna boczną dróżką. Trzeba po prostu uważać na znaki w kolorze przynależnym danemu, a każdy trafi gdzie trzeba. Muszę powiedzieć, że w tym względzie miałem stosunkowo najwięcej szczęścia. Obaj z Piotrem wysłalismy swe zgłoszenia w pierwszej połowie lutego, a mimo to ja otrzymałem numer 2064 (w sektorze 4), zaś om numer 4380 (w sektorze 5). Z kolei Żdzichu z Darkiem zapisując się nieco później dostali numery odpowiednio: 6332 i 6388 w sektorze 6. Co nie przeszkodziło Darkowi w przeszkoczeniu dwóch sektorów i wystartowaniu o 3 minuty przed Piotrem - cóż "Polak potrafi" ;-) Gdy już się wszyscy usadowliśmy na swych miejscach - ja gdzies w połowie swego sektora, realnie pewnie około 3000 pozycji - należało jeszcze poczekać 15-20 minut na swój start, w moim przypadku przez ostatnie 7 minut powoli przesuwając się niemal na piechotę w stronę linii startu. Początek nerwowy jak zwykle nieprzebrany tłum ścigantów poruszających się na różnych poziomach prędkości. W sumie wystartowało 7548 uczestników, w tym 3007 spoza Francji reprezentujących aż 49 państw. Do 73 kilometra brak poważniejszego podjazdu, ale szosa pomimo zarówno drobnych wzniesień jak i zjazdów stale wznosi się pokonując od Gap do początku prawdziwej wspinaczki pod Izoard blisko 500 metrów w pionie (z poziomu 785 do 1260 metrów n.p.m.). Taktyka prosta tzn. przejść na czoło swego peletonu, od czasu do czasu złapać koło kogoś na zbliżonym do ciebie poziomie i w razie potrzeby przeskoczyć z własnej grupy do kolejnego peletonu pełnego rywali z na ogół niższymi numerami startowymi. Najdłuższy z takich "spawów" zajął mi dobry kilometr, choć oczywiście opłacało się tego rodzaju akcję zmontować wespół z podobnymi mi śmiałkami.

Na krótkich zjazdach prędkość grupy łatwo przekracza 60 km/h, zaś średnia prędkość otwarcia czyli do mostu nad zalewem Lac de Serre Poncon (26 km) wynosi około 38 km/h. Potem co raz więcej hopek i przejazdy przez Savines-le-Lac, Embrun (znany z alpejskiego iron-triathlonu) oraz Guillestre gdzie z ronda, na którym następuje skręt w kierunku Col du Izoard mogę pozdrowić motel, w którym spędziłem dwa pierwsze noclegi w trakcie ubiegłorocznej wyprawy do Francji. Potem już wjazd w malowniczą, otoczoną pieknymi formami skalnymi dolinę Combe du Queyres. Na tym odcinku niejednokrotnie zdaża się nam wpadać "dla ochłody" do zimnych i ciemnych tuneli wydrążonych litej skale. Skręt w lewo o 90 stopni i opuszczamy dolinę kierując się prosto na północ w kierunku na przełęcz. Początek nie jest jeszcze szczególnie trudny, ale niemal od razu widać kto z twoich dotychczasowych kompanów ile może. Prawdziwe schody zaczynają się za wioską Arvieux. Przez kolejne 8 kilometrów aż do pustynnej okolicy zwanej La Casse Desserte prawie nie odpuszcza poniżej 8%. Dalej krótki zjazd i 2,5-kilometrowa poprawka. Poznałem ten podjazd już podczas ubiegłorocznej eskapady, więc m/w wiem jak go jechać. Natomiast za punkt odniesienia obieram sobie człowieka z koszulce reprezentacji Szwajcarii. Czas leci, upał narasta, ale humor mam dobry bo to ja raczej wyprzedzam niż jestem wyprzedzany i tak w stosunkowo dobrej kondycji docieram na szczyt gdzie daję sobie około 2-3 minut na drobny posiłek. Dalej zjazd z początku kręty, potem przede wszystkim szybki bo przez 10 kilometrów do Cervieres cały czas dość stromy. Jadę ostrożnie z rzadka dochodząc do 70 km/h przez co tracę trochę pozycji, lecz pod koniec zjazdu łapię się w grupę i wraz z nią wjeżdżam do Briancon. Tam niespodzianka czyli nakaz skrętu w prawo i kilkaset metrów, a więc m/w połowa sztywnego podjazdu do miejscowej fortyfikacji Vauban znanej z tras Giro czy Touru, a jeszcze lepiej z wydarzeń na Criterium du Dauphine Libere.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Po wyjechaniu z Briancon stworzyła się grupa około 30-40 osobowa i w tempie około 30 km/h po terenie "false-flat" jechaliśmy w kierunku Le Monetier-les-Bains. Gdy kilka kilometrów za tą miejscowością na dobre zaczął się podjazd pod Lautaret nasz peletonik pękł na drobniejsze grupki. Zakładałem, że ten niespełna 10 kilometrowy podjazd o średnim nachyleniu 5% będzie dość "wypoczynkowy" w porównaniu ze wszystkimi górami, które przejechałem już podczas tegorocznej wyprawy. Raz jeszcze okazało się, że wszystko zależy od tempa narzuconego przez konkurentów. Znalazłem się w kilkuosobowej grupce najmocniejszych ludzi z wcześniejszego peletoniku i przez kilka kilometrów musiałem chcąc się w niej utrzymać musiałem jechać w tempie 18-19 km/h. Znalazłem się w towarzystwie prawdziwie międzynarodowym oprócz Francuzów był tu blisko dwumetrowy Holender, jak przypuszczam Nowozelandczyk oraz Anglik z którym widziałem się na trasie tego wyścigu już nie po raz pierwszy. Zapamiętałem Francuza z numerem 6000, który jak się później okazało ukończył ten wyścig na 275 miejscu z czasem 7h 08:22 (realnie zaś był nawet 202. z czasem 6h 54:22). Jednym słowem w przekroju całego wyścigu był on ode mnie szybszy niespełna 22 minuty (realnie ponad 28 minut) z czego blisko 20 minut nadrobił nade mna pod L'Alpe d'Huez. To wszystko może oznaczać, iż pod Lautaret wjechałem najpewniej w czwartej setce. Na tą znaną sobie wcześniej ze zjazdów z Galibier i przejazdów samochodem przełęcz wjechałem sam bowiem nawet wspomniana mała grupka rozsypała nam się dokumentnie. W najtrudniejszych momentach moja prędkość spadała do 16 km/h. Na górze krótki postój i okazja do szybkiego posiłku oraz napełnienia bidonów w obleganej przez wszystkich fontanience.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Potem przyszedł czas na zjazd (z tego miejsca 34-kilometrowy) znany mi już dobrze z dwóch startów w La Marmotte. Jakkolwiek w tego rodzaju terenie nie należę do sokołów tym razem jednak zachęcony powodzeniem dotychczasowej jazdy oraz rozgrzany rywalizacją przeszedłem sam siebie. Mało komu pozwoliłem się dojść czy wyprzedzić. Sam zaś dogoniłem najpierw jedną, a nieco później drugą z kilkunastoosobowych grupek jakie potworzyły się na tym zjeździe. Co więcej na jednym z pagórków w końcówce tego zjazdu jakby od niechcenia zostawiłem cały ten peletonik z tyłu stawiając sobie za cel utrzymanie się na prowadzeniu do końca zjazdu. Ten mały cel osiągnąłem i dopiero na 4-kilometrowym płaskim i prostym odcinku prowadzącym do podnóża L'Alpe d'Huez pozwoliłem się dojść swym rywalom. Na punkcie kontrolnym przed finałowym podjazdem po przeszło 176 kilometrach jazdy pojawiłem się w czasie 5h 56:14 co oznaczało się bliską 30 km/h na trasie z dwoma poważnymi premiami górskimi (najwyższej i drugiej kategorii) i pomimo wspomnianych postojów na obu przełęczach. Co ciekawe Piotr dotarł do tego punktu w czasie rzeczywistym 5h 56:53 co powteirdzało nasz wyrównany poziom i mogliśmy tylko żałować, że na skutek jakiegoś zamieszania organizacyjnego przy zapisach nie wystartowaliśmy w tym samym sektorze. Czułem się dobre, więc tym razem inaczej niż podczas startów w La Marmotte ominąłem przystanek na bufecie w Bourg d'Oisans. Lepiej też zacząłem sam podjazd bo nie od razu chwycił mnie kryzys. Niestety upał i tym razem dał mi się mocno we znaki bo tego dnia dochodził do 38 stopni w cieniu! Niestety mniej też było kibiców chętnych do poratowania nas butelką z wodą. Zabrakło mi obecnego na trasie La Marmotte "wodopoju" w La Garde. Dla uregulowania oddechu znów z czasem musiałem się ratować przystankami co kilka wiraży, zaś bidon napełniać w strumieniach spływających po zboczu tej góry. W połowie podjazdu po wciągnięciu ostatnich żelów wydawało mi się przez kilkanaście minut, że kryzys minął. W tym czasie udało mi się jechać ze średnią około 11 km/h.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Niestety niespełna 4 kilometry przed szczytem byłem już na wpół żywy. Musiałem się zatrzymać w cieniu. Schowałem się na za jakąś drewnianą chatką. W tym czasie przejechał koło niej Piotr, który zdołał mnie zauważyć i zachęcić do dalszej jazdy. Postałem jeszcze minutkę i po może trzech minutach tego postoju ruszyłem dalej w oszałamiajacym tempie około 8 km/h będąc już tak słaby że ledwie rękoma mogłem utrzymać kierownicę. Dowlokłem się w końcu na metę wypłukany z resztek energii. Mimo ogromnego kryzysu przyjechałem na całkiem niezłym miejscu. W wyścigu byłem 578. z czasem 7h 30:15. Czas rzeczywisty czyli 7h 22:52 (25,890 km/h) dałby mi zaś 577 miejsce w realnej klasyfikacji. Gorzej było z czasem samej finałowej wspinaczki. Ostatnie 14,8 kilometra przejechałem w czasie 1h 26:38 czyli z przeciętną zaiste bardzo przeciętną bo 10,25 km/h. Na mecie byłem ledwie przytomny. Miałem kłopot by siedzieć oparty o płot. W końcu poszedłem do jednego z namiotów oparłem rower o stół i położyłem się na ziemii. Zaniepokojeni moim stanem francuscy weterani tego rodzaju imprez podchodzili upewnić się czy wszystko ze mną w porządku i jestem przytomny. Jeden z nich poszedł nawet po służbę medyczną, którą na wpół po włosku i po angielsku zapewniłem że wiem gdzie jestem i aby odzyskać siły muszę po prostu coś zjeść i wypić. Kłopot z tym, że do namiotu bufetowego miałem 200 metrów co wydawało mi się w tym momencie dystansem nie do pokonania. Ostatecznie dotarłem tam i spotkałem Piotra, którego poprosiłem o odebranie mojej porcji żywnościowej. Dzięki temu w ciągu godziny jakoś doszedłem do siebie. Przyszło nam jeszcze poczekać na Darka i na Ździśka. Wszyscy uczestnicy wyścigu, którzy dotarli na metę otrzymywali pamiątkowy medal. Natomiast po odbiór dyplomów dokumentajuących uzyskane przez nas czasy i miejsce (tak wyścigowe jak i rzeczywiste) musieliśmy stanąć w niemałej kolejce po odbiór naszych dyplomów.

Moi koledzy uzyskali następujące wyniki:
495. Piotr Mrówczyński z czasem wyścigowym 7h 26:14
Miejsce i czas rzeczywisty: 401. / 7h 13:08 (czas pod L'Alpe d'Huez: 1h 16:15);
959. Dariusz Kamiński z czasem wyścigowym 7h 50:46
Miejsce i czas rzeczywisty: 951. / 7h 41:14 (czas pod L'Alpe d'Huez: 1h 21:12);
2393. Ździsław Wojtyło z czasem wyścigowym 8h 54:48
Miejsce i czas rzeczywisty: 2222. / 8h 37:05 (czas pod L'Alpe d'Huez: 1h 35:16).

Cały wyścig wygrał ścigający się na co dzień w kategorii "espoir" 21-letni Francuz Blaize Sonnery z czasem 6h 00:33, który wyprzedził swych rodaków Frederica Perillat (6h 01:01) oraz Jean-Noel Sarlina (6h 02:29). Ogółem wyścig ukończyło 6037 kolarzy spośród 7548 startujących (blisko 80%), w tym 5477 wyrobiło się w zakładanym 11-godzinnym limicie do godziny 18:00. Sonnery od nowego sezonu będzie już zawodowcem w ekipie Ag2R stąd strata realna rzędu około 80 minut wydaje mi się wcale niezłym osiągnięciem. Należy jednak zwrócić uwagę, iż kilka dni później tą samą trasę, acz w silniejszym towarzystwie i przy bardziej umiarkowanej temperaturze zwycięzca etapu TdF Luksemburczyk Frank Schleck pokonał w czasie 4h 52:22 czyli ze średnią 38,376 km/h, zaś nawet ostatni tego dnia Hiszpan Oscar Freire potrzebował na to 5h 28:44! Wychodzi, więc na to iż nawet liderzy w naszym mega-peletonie mieliby kłopoty ze zmieszczeniem się w limicie czasu na profesjonalnym etapie. Jako ciekawostkę dodam, iż znany z zamiłowania do kolarstwa wielki ex-mistrz Formuły 1 Alain Prost był 207. z czasem 6h 59:35. Świetny wynik jak na 51-letniego gością i nie umniejsza tego fakt, że jako VIP startował z pierwszych szeregów pośród asów przez co miał wygodniejszy i z pewnością szybszy start od nas wszystkich. Niewiele lepszy od Prosta był ex-profi 46-letni Holender Steven Rooks, który przed osiemnastu laty był drugi w całym Tour de France i pierwszy na etapie do L'Alpe d'Huez. Tym razem Rooks przyjechał na metę 163. z czasem 6h 54:35.

Potem pozostało nam już tylko zjechać do Bourg d'Oisans gdzie czekał na nas Michał. W zasadzie nasz młody kolega musiał zaparkować kilka kilometrów za tym miasteczkiem, bowiem na drodze do Rochetaillee utworzył się niemały korek. Niestety na zjeździe zagubił nam się Darek, który jak się później okazało miał defekt. i do bazy w Enversin d'Oz musiał dojechać rowerem. Po blisko 200 kilometrach wyścigu ta dodatkowa "wycieczka rowerowa" w skrajnym warunkach pogodowych stała się powodem udaru słonecznego, któremu uległ nasz kolega. Dla większości z nas z powodów o których wspomniałem na wstępie relacji wyprawa ta już się właściwie zakończyła. Nazajutrz czekał nas powrót do Trójmiasta szlakiem znanym z czerwcowego wyjazdu do Ardeche czyli drogą na Lyon, Besancon i Mulhouse oraz dalej przez Niemcy czyli Freiburg, Karlsruhe, Norymbergę (w jej okolicach zatrzymalismy się na nocleg), Lipsk i Berlin aż do granicy w Kołbaskowie. Piotr z Michałem zostali we Francji jeszcze na trzy dalsze dni. Pierwszego dnia Piotr wybrał się w odwiedziny do swego kolegi zamieszkujacego w rejonie Charteuse, zas Michał nadrabiał swe zaległości treningowe. W środę 12 lipca obaj pojechali w kierunku Sechilienne aby poprzez stromą przełęcz Col Luitel dojechać do stacji Chamrousse (1650 m. n.p.m.) znanej z mety górskiej czasówki na Tour de France z 2001 roku. Wycieczka ta nie zakończyła się szczęśliwie dla Piotra gdyż jeszcze na podjeździe upadł on na nierównej, remontowanej drodze i doznał silnego stłuczenia lewego nadgarstka. W tych okolicznościach techniczny zjazd z tej góry jak i czwartkowa wyprawa na przełęcz Croix-de-Fer (2068 m. n.p.m.) nie była dla mojego kolegi szczególnie przyjemnym doświadczeniem. Zdarzenie to zaważyło w pewnym stopniu na wyniku Piotra w późniejszym o dwa tygodnie wyścigu Dookoła Wysokich Tatr ze startem i metą w Popradzie. Pomimo tego również tam pokazał mi plecy podczas burzy w drodze ku Łysej Polanie ... ale to już temat na inną opowieść.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it



GALERIA ZDJĘĆ


Zuzanna, Ździsiek i Jaśmina na postoju przy niemieckiej autostradzie


Basia i Darek w tym samym miejscu


Tablica na przełęczy Monte Giovo


Daniel przed restauracją na Monte Giovo


Kapliczka na wysokości równo 2000 metrów n.p.m.


Uroczy hotelik przy północnej szosie pod Monte Giovo


Opactwo w Vipiteno


Cała ekipa na Monte Giovo


Drużyna w komplecie na granicy z Austrią


Austriacki posterunek graniczny na Timmelsjoch


Drużyna w komplecie pod włoską tablicą


Daniel na zjeździe z przełęczy Rombo


Przedstawiciele lokalnej fauny


Kościółek na przełęczy Stelvio


Północne serpentyny pod przełęcz Stelvio


Stacja Tybet górująca nad przełęczą Stelvio


Wiecznie zaśnieżony Ortler (3905 m n.p.m.)


Ostatnie metry Ździśka na przełęczy Stelvio


Wielki Fausto i goście z Polski


Dla każdego znalazło się miejsce na podium


Trójmiejski tercet przy wjeździe do Szwajcarii


Widok na przełęcz Stelvio od strony szwajcarskiej


Szwajcarski posterunek graniczny na Umbrailpass


Ździsiek i Darek na początku zjazdu


Niespodzianka - odcinek szutrowy na zjeździe do Santa Maria


Koniec zjazdu w miasteczku Santa Maria im Munstertal


Romański kościół w Munster


Ździsiek na przykościelnym cmentarzu


Końcówka północnego podjazdu pod przełęcz Stelvio


Kręty zjazd z przełęczy Stelvio do Bormio


Krowy we mgle


Załoga Mercedesa Vito na tle pomnika Marco Pantaniego


Pomnik Marco Pantaniego na przełęczy Mortirolo


Tablica pamiątkowa pod pomnikiem


"Pirat" wiecznie żywy na szosie pod Mortirolo


Dom wysokogórski na przełęczy Gavia


Ździsiek i Daniel pod tablicą na przełęczy Gavia


Ździsiek z Darkiem w tym samym miejscu


Lazurowe jeziorko na wysokości około 2500 m. n.p.m.


Darek przy najtrudniejszym odcinku podjazdu pod Gavię


Daniel w tym samym miejscu


Daniel, Basia i Ździsiek w drodze ku L'Alpe d'Huez


Daniel na treningu w La Rivier


Ździsiek na tle zapory na Lac Maison


Daniel pod kapliczką w Pourchery


Daniel na deptaku w Bourg d'Oisans


Poczet etapowych triumfatorów z TdF w L'Alpe d'Huez


Nasz domek w Enversin d'Oz


Restauracja prowadzona przez naszych gospodarzy


Pierwsze szeregi uczestników La Marmotte


Daniel na starcie La Marmotte


Stanowiska akredytacyjne przed L'Etape du Tour


Tablica triumfatorów L'Etape z polskim akcentem


Piotr o poranku przed startem w L'Etape du Tour


Daniel o poranku przed startem w L'Etape du Tour


Ździsiek o poranku przed startem w L'Etape du Tour


Michał na tle naszych samochodów


Widok z Enversin d'Oz na okoliczne góry


Widok z Enversin d'Oz na Vaujany


Widok na góry z zapory le Verney


Daniel podczas postoju w centrum Grenoble

POWRÓT