|
GÓRSKA MAJÓWKA W DOLOMITACH Włochy i Dolomity. Cóż może być piękniejszego dla amatorów kolarstwa? Jeśli jest na to odpowiedź to jej jak na razie nie znam. Tego wyjazdu nie miałem początkowo w planach. Od późnej jesieni ubiegłego roku szykowaliśmy się z Piotrem na dwa inne wyjazdy. Pierwszy krótki na przełomie czerwca i lipca na Maratona dles Dolomiti oraz drugi dłuższy (dwutygodniowy) w połowie lipca do Francji połączony ze startem w L'Etape du Tour, a co za tym idzie z wypadem w dzikie Pireneje. Piotrek chciał jednak "przetestować nogę" już pod koniec maja. Pozostawały dwie opcje. Nisko budżetowa czyli Jarna Klasika wyścig na terenie słowackich Tatr na dystansie 138 kilometrów z finałowym podjazdem pod Hrebienok nieopodal Starego Smokowca lub jakaś włoska impreza w stylu Gran Fondo najlepiej wiodącą po Dolomitach, które są nie tylko bardzo wymagające, ale też stosunkowo najbliżej położone naszego kraju spośród wszystkich alpejskich regionów. Biorąc pod uwagę ów drugi wariant szczególnie zachęcająco prezentowała się impreza numer dwa z nowego tryptyku autorstwa "La Gazzetta dello Sport" czyli Gran Fondo Giro d'Italia - Dolomiti Stars. Oprócz naszego "wyścigu" tryptyk ten obejmuje też 110-kilometrowy wyścig wokół San Remo rozgrywany dzień po wielkim Milano - San Remo oraz 112-kilometrowy wyścig na trasie wokół Como wyznaczony dzień po wielkim Giro di Lombardia. Fondo Giro d'Italia jako jedyne w tym gronie miało dwie wersje trasy czyli Medio Fondo na dystansie 81 km z podjazdami pod Santa Lucia, Giau i Falzarego oraz Gran Fondo na dystansie 135 kilometrów z podjazdami pod Duran, Staulanza, Giau i Falzarego. Jako ludzie ambitni postawiliśmy na Gran Fondo bo po prawdzie jaki sens miałoby jechanie krótszej trasy w obliczu wyzwań jakie czekają nas w lipcu. Poza tym zakrawałoby to na marnotrawstwo okazji w sytuacji gdy sam dojazd w Dolomity jest pewnym poświęceniem bo wymaga 15 godzin jazdy samochodem z Warszawy, zaś w moim przypadku w sumie 20-godzinnej podróży wliczając nasze nieśpieszne intercity relacji Sopot - Warszawa Centralna. Aby zasięgnąć języka w sprawie sposobu zapisów na wspomniane Gran Fondo odświeżyłem poprzez maila znajomość ze znajomym z trasy Tour de Pologne czyli Alessandro Tegnerem na co dzień rzecznikiem prasowym ekipy Quick Step, zaś poza tym również pracownikiem konsorcjum turystycznego Dolomiti Stars zajmującego się promocja tego pięknego rejonu włoskich Dolomitów od Arabby na północy po Agordo na południu. Odpowiedź na zapytanie była więcej niż sympatyczna albowiem nasz włoski kolega zobowiązał się załatwić nam tak nocleg na miejscu jak i zająć się kwestią zapisania nas na listę uczestników wyścigu. W tej sytuacji nie było już żadnych wątpliwości. Po pierwsze nie sposób było odmówić tak życzliwemu zaproszeniu. Po drugie wycieczka okazała się tańsza niż można było zakładać, co było nie bez znaczenia w obliczu spodziewanych lipcowych kosztów - jak wiadomo "cel pociąga środki". Po trzecie w końcu biorąc pod uwagę termin wyjazdu czyli fakt, iż wyścig wyznaczono na sobotę 26 maja była to zarazem okazja do zahaczenia choć na jeden dzień o wielkie Giro i to na trasie bodaj królewskiego odcinka tegorocznej edycji czyli etapu z metą na Tre Cime di Lavaredo! W drogę z Warszawy do pięknej Italii wyruszyliśmy w środę 23 maja około godziny 22:00. Dojazd przez przejście graniczne w Świecku, Niemcy (głównie autostradą A9) oraz Austrię (przez Innsbruck) ku przełęczy Brenner, a następnie już na terenie Włoch przez przełęcz Gardena do Pieve di Livinallongo i naszego "Albergo Alpino" zajął nam około 17 godzin. Po drodze musieliśmy jeszcze zawinąć do położonej nieopodal Corvara alta Badia miejscowości La Villa gdzie już wcześniej zarezerwowaliśmy sobie noclegi na lipcową Maratona dles Dolomiti i przy tej okazji mogliśmy wpłacić zaliczki na wynajęty pokój. Jako, że przybyliśmy do naszego hotelu około 15:00 załapaliśmy się na spory kawałek relacji z dwunastego etapu Giro d'Italia tzn. począwszy od momentu gdy faworyci zbliżali się do szczytu Col dell'Agnello aż do samej mety w Briancon. Po telewizyjnych emocjach był czas na krótki spacer po Pieve di Livinallongo. Miejscowość ta aczkolwiek urokliwie położona - m.in. z pięknym widokiem na masyw Civetta i w przeciwnym kierunku na nieco bardziej oddalony masyw Sella - jest malutka i obejrzeć ją można dosłownie w kilkadziesiąt minut. Ciekawostką jest fakt, że miejscowi mówią niekoniecznie po włosku, lecz raczej posługują się lokalnym romańskim dialektem nazywanym "ladino" zróżnicowanym w zależności od doliny z której pochodzi spotkany górski autochton. W piątek 25 maja około 10:00 pojechaliśmy na około 50-kilometrowy trening z dwoma premiami górskimi w menu. Z "naszego" Pieve di Livinallongo wyruszyliśmy w kierunku wschodnim ku przełęczy Falzarego (2105 m. n.p.m.), której północnym przedłużeniem jest dodatkowy kilometr podjazdu pod przełęcz Valparola (2192 m. n.p.m.). Ja miałem już okazję wjechać na te wzniesienia w 2003 roku podczas swojej pierwszej wycieczki w towarzystwie Krzyśka Żmijewskiego i Wojtka Nadolskiego przy czym wówczas od przeciwnej strony tzn. od Cortina d'Ampezzo czyli de facto był to dla mnie poza samą końcówką pierwszy podjazd po tej drodze. Dla Piotra Dolomity były do tego roku prawdziwą "terra incognita", bowiem w 2005 roku skupiliśmy się tylko na Alpach francuskich, zaś w roku minionym jadąc do Francji przez Włochy ominęliśmy Dolomity niejako od prawej flanki zahaczając jedynie o miejscowość Vipiteno i przełęcz Monte Giovo. Wschodnia ściana Falzarego okazała się 11-kilometrowowym podjazdem o umiarkowanym jak na Dolomity nachyleniu około 6,5 %. Na szczycie poznaliśmy Australijczyka, który podjechał pod tą przełęcz od strony Cortiny. Jak nam powiedział przyjechał do Europy by na swym starym "Merckxie" przez kilka tygodni pojeździć po Alpach i był już we Francji gdzie "zdobył" m.in. Mont Ventoux. No cóż z końca świata na Stary Kontynent nie przybywa się tylko na weekend czy nawet tydzień. Pomogliśmy sobie nawzajem przy dokumentacji zdjęciowej i rozstaliśmy się życząc powodzenia w dalszych zmaganiach z tymi pięknymi, lecz bardzo wymagającymi podjazdami. Na Valparoli do której dojazd jest dość stromy stuknęliśmy sobie kilka dalszych zdjęć, a ja przypomniałem sobie jak wygląda tamtejsza strażnica wojskowa z czasów I Wojny światowej zapewne. Z przełęczy tej czekał nas zjazd do La Villa i lekki podjazd do Corvara alta Badia śladem ostatnich 20 kilometrów lipcowego wyścigu Maratona dles Dolomiti. Potem musieliśmy się jeszcze wspiąć od północnej strony na przełęcz Campolongo (1875 m. n.p.m.) czyli około 6-kilometrowy podjazd o średnim nachyleniu 5,7 %. Dla mnie był to mały powrót do przeszłości, bowiem od tej samej strony wspinałem się na tą przełęcz w 2003 roku wraz ze wspomnianym Krzyśkiem oraz w 2004 roku razem z Jarkiem Chojnackim. Można powiedzieć, że mieliśmy z Piotrem szczęście do pogody, bowiem cztery dni później tzn. 29 maja gdy przez tą samą przełęcz (acz od przeciwnej strony) na etapie do Linzu przejeżdżał peleton 90. Giro d'Italia temperatura w tym miejscu oscylowała koło zera i na zboczach obok drogi leżał świeży śnieg, który napadał w nocy z poniedziałku na wtorek! Potem już tylko szybki zjazd do Arabby (w moim wykonaniu raczej "szybki inaczej") i spokojny bo wiodący lekko w dół dojazd do naszej bazy w Pieve di Livinallongo. Piotrowy polar "zaśpiewał" nam 51,2 kilometra z przewyższeniem 1254 metrów przy średniej prędkości 25,3 km/h. Czas na odświeżenie się, zaś po prysznicu wyjazd samochodem do Arabby celem załatwienia formalności przedstartowych przed sobotnim Gran Fondo. Wszystko udało się wykonać sprawnie. Nie obyło się bez konieczności kupna, a w zasadzie odpłatnego wypożyczenia specjalnego chipu tzn. kaucja w wysokości 10 Euro, zaś po zwrocie organizatorom owego gadżetu po wyścigu do naszych kieszeni wróciło 7 Euro. Trzeba jednak przyznać, że okazjonalne "pacchi di gara" czyli paczki dla uczestników były dość bogate i obok tradycyjnych ulotek, żeli czy kwitów na strawę i napitek po wyścigu obejmowały też stylowe skarpety i nogawki kolarskie. W samej Arabbie spotkaliśmy się jeszcze z Luca i Italo współpracownikami Alessandra, który w tym momencie był jeszcze z dala od Dolomitów w kolumnie Giro d'Italia po czym zjedliśmy obiadek na bazie makaronu i wróciliśmy do swojego hotelu na relację w RAI Tre z górskiej czasówki do Sanktuarium Oropa. Potem już tylko spacer, drobne zakupy, odpoczynek, kolacja i przegląd rowerów przed sobotnią imprezą.
Nazajutrz pobudka przed 6:00 i śniadanie około 6:30, albowiem start Gran Fondo przewidziano na godzinę 8:00 co i tak jest uprzejmością ze strony organizatorów, albowiem Francuzi z la Marmotte czy L'Etape du Tour ze względu na dłuższy dystans ich imprez zwykli puszczać uczestników swych wyścigów nie później niż o 7:00 czy 7:15! Na podstawie lektury magazynu "Cicloturismo" wydawanego przez redakcję Bicisport dowiedzieliśmy się dzień później, iż w ten tylko weekend w całych Włoszech odbywało się w sumie osiem imprez tego typu, w tym m.in. wyścigi imienia byłych asów włoskiego kolarstwa takich jak Gastone Nencini czy Michele Bartoli. Jednak pośród nich tylko Gran Fondo Giro d'Italia - Dolomit Stars opatrzono najwyższą kategorią i nic dziwnego zważywszy, iż na dystansie 135 kilometrów trzeba było pokonać łączne cztery znaczące premie górskie o łącznym przewyższeniu rzędu 3650 metrów. Miłą niespodzianką dla nas już dzień wcześniej okazały się bardzo niskie (w zasadzie VIP-owskie) numery startowe czyli "16" dla Piotra i "17" dla mnie. Dzięki temu mogliśmy stanąć na starcie niemal w pierwszym szeregu pośród ex-profesjonałów takich jak Massimiliano Lelli i Andrea Ferrigato (choć jak się póżniej okazało obaj pojechali na trasę Medio Fondo) czy też w towarzystwie triumfatora wszelakich górskich "maratonów" tego typu Emanuele Negriniego. Niemniej trzeba od razu powiedzieć, że przy liczbie 800 uczestników pozycja startowa w tym wyścigu nie miała takiego znaczenia jak na La Marmotte, L'Etape du Tour czy jak się spodziewamy w Maratona dles Dolomiti gdzie startujących jest od 6.500 do 8.000 i sam przejazd wszystkich śmiałków przez linię startu trwa co najmniej 20-25 minut!
Pierwsze 40 kilometrów po starcie prowadziło niemal cały czas w dół. Momentami nieznacznie, innym zaś razem po szybkich bądź technicznych zjazdach. W każdym razie na tym dystansie trzeba było zjechać blisko 1000 metrów z Arabby położonej na poziomie 1602 m. n.p.m. do Agordo położonego już tylko 611 m. n.p.m. Organizatorzy za pomocą pilotów w samochodach na pierwszych kilometrach wyścigu przytomnie postarali się o ograniczenie prędkości czoła peletonu aby nie doszło do kraks w sytuacji gdy uczestnicy jechali jeszcze w dużej zwartej grupie. Po drodze tzn. na 16 kilometrze w Caprile mniej więcej połowa przeszło 800-osobowego peletonu skręciła w lewo czyli na wschód ku przełęczom Santa Lucia i Giau czyli na trasę Medio Fondo. My pojechaliśmy prosto ku większemu wyzwaniu. Nieco w dolince na bardziej płaskim terenie nasz peleton rozpędził się i wyciągnął w długiego węża, który momentami pękał do tego stopnia, że przez chwilę zwątpiłem już nawet czy zobaczę jeszcze na trasie tego wyścigu Piotra i pozostałych członków pierwszej części peletonu. W najbliższym miasteczku grupy zjechały się jednak i dalej peleton już dość spokojnie zdążał ku Agordo. Zanim do niego dotarliśmy odnalazłem w peletonie mojego kompana w biało-czerwono-czarnych barwach "Tour de Pologne - Vitesse" i zgodnie dokończyliśmy zjazd ku podnóżu przełęczy Duran. Do Agordo dotarliśmy w czasie 54 minut, lecz wkrótce mój liczniko-altimetr zaczął mi sprawiać kłopoty przez co z pozostałej części trasy nie miałem już w pełni wiarygodnych danych.
Podjazd pod Duran (1601 m. n.p.m.) tradycyjnie już zacząłem szybciej od Piotra. Wydawało mi się, że bez jadę bez większego wysiłku. Niemniej wkrótce dało o sobie znać nie marne trenowanie w maju. Wystarczy powiedzieć, że na skutek odpuszczenia sobie dwóch weekendów (w związku z komentarzami do Giro d'Italia w Eurosporcie) i przez kiepską pogodę w środku tygodni na przestrzeni ostatnich 17 dni przed wyjazdem przejechałem ledwie 200 kilometrów, zamiast 600-700 km jakie normalnie przebyłbym w tym czasie. Tym samym na każdym z kolejnych podjazdów sił starczało mi na pierwsze 3-4 km podjazdu, a potem było już tylko mozolne przepychanie pedałów, szczególnie uciążliwe pod bardzo strome bo 9-procentowe wzniesienie Giau. Pod Duran Piotr przeszedł mnie w połowie wzniesienia i dojechał na szczyt z przewaga kilkudziesięciu sekund. Spotkaliśmy się jeszcze przez chwilę na szczycie gdy mój kolega zatrzymał się tam za tzw. "małą potrzebą fizjologiczną". Obaj wjechaliśmy tu około setnego miejsca, albowiem przy końcu zjazdu jeden z miejscowych najwidoczniej liczący kolejnych zawodnik krzyknął w moim kierunku, że jestem 134. co by się mniej wiecej zgadzamy z liczba ludzie, która mnie minęła w czasie krótkiego postoju na górze i podczas ostrożnego zjazdu. Potem już obaj we właściwym sobie stylu i tempem zjechaliśmy ku miejscowości Villa gdzie od razu zaczął się podjazd pod przełęcz Staulanza (1773 m. n.p.m.). Wzniesienie to aczkolwiek równie długie co Duran był bardziej przyjazne dla wszystkich uczestników wyścigów, szczególnie zaś tych nie-dotrenowanych. Udało mi się początkowo złapać kontakt z około 10-osobową grupą w której prym wiodła pewna "donna" w różowym stroju Pinarello,a której jechał też nieco straszy i niezbyt wycieniowany jegomość z Holandii Rene Martens - zwycięzca Ronde van Vlaanderen z 1982 roku. Jak już jednak zostało powiedziane tego dnia nie byłem jednak w stanie zmusić się do skrajnego wysiłku i wypadłem z tego towarzystwa na jednym z łatwiejszych odcinków w środkowej części podjazdu. Jak się później "ragazza" o imieniu Costanza zajęła 135 miejsce z czasem 5h 47:56, zaś wspomniany Rene był 156. w czasie 5h 59:39 czyli z wynikami o 20-30 minut lepszymi od mojego.
Staulanza okazała się jednak wzniesieniem, które można w miarę zgrabnie pokonać nawet przy niepełnej dyspozycji. Potem zjazd do Selva di Cadore i podjazd pod przełęcz, która miała być prawdziwym testem sił fizycznych i odporności psychicznej czyli Giau (2233 m. n.p.m.). Jak ujął to w krótkim zdaniu pewien wysoki Włoch będący chwilowym kompanem mojej wycieczki wokół Arabby - "jeśli pokonasz ten podjazd to już prawie jesteś na mecie". Tej skali wzniesienie mogąc się "pochwalić" średnim nachyleniem rzędu 9% robi wrażenie. Niech się schowa przy nim L'Alpe d'Huez. Całe szczęście, że ma ono tylko około 10 kilometrów długości oraz przyszło je nam pokonywać po pokonaniu tylko wcześniej 82 kilometrów wyścigu. Morderczy podjazd z chwilami wytchnienia jedynie na mostkach nad wijącą się w tych okolicach malutką rzeczką. Na tak ciężkim wzniesieniu i w tej fazie wyścigu niemal każdy jechał już własnym tempem zmierzając do najwyższego punktu na trasie Gran Fondo - Dolomiti Stars. W żółwim tempie niejednokrotnie spadającym do 8-9 km/h oraz jednym przystankiem w połowie podjazdu na prywatny bufet dotarłem w końcu do szczytu niemal pewien ukończenia kolejnego "maratonu hors-categorie". Wkrótce okazało się jednak, że posilając się i uzupełniając bidony na przełęczy nie przeczuwałem jeszcze kolejnych niespodzianek ze strony swego nie wytrenowanego odpowiednio organizmu.
W połowie blisko 11 kilometrowego zjazdu z Giau do Pocol złapała mnie ulewa i zaczęły się przygody z mięśniami ud. Jeszcze na ostatnich 5 kilometrach zjazdu złapały mnie dwa skurcze. Potem kolejny na początku podjazdu pod Falzarego (2105 m. n.p.m.). Raz jedna, raz druga noga. Cóż było robić? Za każdym razem minuta czy dwie postoju i próby rozmasowania bolących miejsc. Potem wrzucenie możliwie miękkiego obrotu i próba jazdy "z pewną taką nieśmiałością" - powolutku aby do mety. Jak widać na załączonym obrazku akurat 10,5-kilometrowe (od zakrętu w Pocol) Falzarego było najłatwiejszym ze wszystkich czterech. Pamiętam, że w 2003 roku cały ten podjazd od tej strony czyli z samej Cortiny d'Ampezzo pokonał w 57 minut czyli ze średnią prędkością 16,5 km/h. Tym razem raczej nie szej ze starości, lecz z powodu kilku innych wymienionych tu już przyczyn przyszło mi pokonywać to wzniesienie ten odcinek znacznie wolniej. Dotarłem w końcu na szczyt, zaś na zjeździe największym wyzwaniem była próba ominięcia dwóch autokarów z niemieckimi turystami. Tępawi i uparci kierowcy jakoś nie chcieli zrozumieć, że na tych krętych i wąskich trasach rower nawet nieszczególnie błyskotliwego zjazdowca może jechać znacznie szybciej od ich maszyn. Niemniej nie było się specjalnie o co denerwować wszak okazja do wykręcenia dobrego wyniku i zajęcia przyzwoitej lokaty już dawno przepadła. Pozostało wiec mi jak i moim "sąsiadom" z wyścigowej tabeli spokojnie czekać na okazje do śmignięcia obok autokarów. Po około 10 kilometrach zjazdu wjechaliśmy od drugiej strony na pierwsze kilometry trasy wyścigu i minęliśmy m.in. Pieve di Livinallongo (1475 m. n.p.m.). Tam już szosa wypłaszczała się, zaś na ostatnich 3 kilometrach szła już nawet lekko pod górę.
Oczywiście próby skromnego choćby przyśpieszenia po wrzuceniu twardszego obrotu kończyły się kolejnymi skurczami - w sumie naliczyłem ich pięć czy sześć. Ostatni trafił mnie na ostatnim kilometrze i już spokojnie dowlokłem się do mety z czasem 6h 19:50 na 213 miejscu pośród 356 śmiałków, którzy ukończyli Gran Fondo (na metę Medio Fondo dojechało 464 zawodników). Pomimo problemów z nogami wyścig ukończyłem ogólnie w dobrej kondycji - żadnych problemów z oddechem czy tym bardziej odwodnieniem jak w zeszłym roku we Francji. Wydawać by się mogło, że nie jeden trening na Kaszubach dał mi bardziej w kość szczególnie w dni niby wyścigów z lokalnymi młodzieżowcami czy asami ze świata mastersów. No cóż wynik żaden, ale kolejny piękny wyścig zaliczony i trzy zupełnie nowe dla mnie podjazdy czyli: Duran, Staulanza i Giau zdobyte. Poza tym zważywszy na podobieństwo tras Gran Fondo Giro d'Italia i Maratona dles Dolomiti można powiedzieć, że zrobiliśmy sobie z Piotrem udany rekonesans, albowiem już 1 lipca przyjdzie nam powtórzyć odcinek 32,5 kilometra od podnóża Giau do szczytu Falzarego. Piotr mimo, że przed wyjazdem narzekał na wahania formy i brak mocy w Gran Fondo spisał się na medal tzn. zajął 76 miejsce z czasem 5h 33:08 nieco ponad godzinę gorszym od zwycięzcy. Triumfował zaś podobnie jak przed rokiem wspomniany już przeze mnie Negrini, który nomen omen wygrał tez ubiegłoroczne edycje La Marmotte i Maratona dles Dolomiti. Ważniejsza od problemów z mocą okazała się chyba znakomita wytrzymałość mego przyjaciela, a poza tym fakt że przy wzroście 183 cm zjechał z wagą do poziomu 64 kilogramów. W stromych Dolomitach niska waga to atut większy niż w Alpach francuskich gdzie podjazdy są z reguły dłuższe, lecz łagodniejsze. Po wyścigu dla wszystkich obiadek przy linii mety i powrót do hotelu po oddaniu chipów i obejrzeniu wyników. Potem powrót do hotelu i oglądania etapu Giro do Bergamo, na którym aktywnie jechał nasz człowiek. Sylwek najpierw był w ucieczce, a potem po wycofaniu go do peletoniku z liderem wyścigu Di Lucą jak i swoim liderem Cunego wziął się do pracy w gonitwie za groźnymi dla wspomnianych asów Simonim i Mazzolenim. Tymczasem niezmordowany lider mojego zespołu jeszcze tego samego popołudnia wybrał się w przeszło dwugodzinna samochodowa podróż do Rovereto gdzie stacjonował jego znajomy - człowiek z ekipy Caisse d'Epargne. Ja zostałem w Pieve di Livinallongo i odpoczywałem sobie po wyścigu. Późnym popołudniem zadzwoniłem do Sylwka by zdał relację z przebiegu czternastego etapu. Co tu dużo mówić był on zniesmaczony postawą kolarzy Astany czyli Savoldelliego i Mazzoleniego, których niespodziewany i nieszczególnie opłacalny atak na pozycje Di Luki pokrzyżował tego dnia szyki harcownikom wśród, których był nasz człowiek. W niedzielę odpuściliśmy sobie wyjazd rowerami na metę w Tre Cime di Lavaredo. Początkowo planowaliśmy pojechać samochodem do Cortina d'Ampezzo i stamtąd już na rowerach pokonać ostatnie 22 kilometry trasy piętnastego etapu przez przełęcz Tre Croci (znana mi z 2003 roku) do samej mety pod szczytami Lavaredo. Pojawiła się jednak możliwość przejechanie w większej części tego etapu w samochodzie z dziennikarzami z Polski. Zmiana planów była wybawieniem zważywszy na warunki pogodowe tego dnia czyli chłód oraz częste i intensywne opady deszczu. Kolarze jak wiem z relacji Sylwka mieli ponoć to szczęście w nieszczęściu, iż tego dnia deszcze ich na ogół wyprzedzał. Nazajutrz o poranku pojechaliśmy do Caprile na spotkanie z naszymi rodakami z dziennikarskiej braci. Swoje bagaże oraz rowery zostawiliśmy jeszcze w Pieve korzystając z uprzejmości gospodarzy z Albergo Alpino. W Caprile spotkaliśmy dwóch kolegów z n-Sportu i czwórkę z Polsatu pod merytoryczną "kuratelą" Krzyśka Jankowskiego. Dwoma samochodami przez Alleghe, Cencenighe, Falcade i przełęcz San Pellegrino pojechaliśmy do Moeny gdzie mieliśmy spotkać się z Italo i otrzymać od niego akredytacje ułatwiające poruszanie się przy trasie wyścigu. Gdy formalności te zostały już załatwione zawróciliśmy i już po trasie etapu z zapasem około godziny nad czołówką peletonu skierowaliśmy się ku Tre Cime di Lavaredo. Po drodze robiliśmy krótkie postoje - nieco dłuższy tylko w połowie podjazdu jak i na szczycie Giau - aby kamerzyści obu ekip złapali ładne obrazki, zaś dziennikarze nagrali zaplanowane przez siebie materiały. Atmosfera na tej przełęczy była już dość gorąca, zaś co bardziej natarczywi i podchmieleni "tifosi" biorąc nasze samochody za dalsza część kolumny reklamowej domagali się jakichś gadżetów, najchętniej zaś okolicznościowych czapeczek. Potem nie tracąc już czasu ruszyliśmy ku Tre Cime di Lavaredo. Im bliżej mety tym więcej kibiców czyli na San Pellegrino frekwencja umiarkowana, na Giau już lepsza szczególnie przy szczycie, na Tre Croci sporo osób, zaś na finałowym podjeździe tłumy godne królewskiego etapu Wielkiego Touru. O mały włos jednak ze względu na późny przyjazd zostalibyśmy zatrzymani na dobre 7 km przed metą tzn. w okolicach Misuriny czyli w miejscu gdzie trasa etapu skręcała z drogi nr 48 na węższą ślepą dróżkę ku schronisku Aurozno pod Trzema Szczytami Lavaredo. Na szczęście udało mi się podsłuchać jaki jest sposób na przepustkę. Wytłumaczyłem stróżowi, że jesteśmy z telewizji i dzięki temu mogliśmy ruszyć dalej ku mecie przeciskając wśród pieszych kibiców, którzy usiłowali zajść jak najbliżej mety i zająć miejsca dogodne do podziwiania herosów 90. Giro d'Italia. Niestety koledzy z Polsatu zamarudzili dłużej na przełęczy Giau i na finałowy podjazd nie zostali już wpuszczeni przez co poszczególnych kolarzy musieli wyłapywać u jego podnóża w okolicach jeziorka Misurina. Podjazd pod Tre Cime di Lavaredo robi wrażenie nawet z samochodu. Najpierw stromy kilometr czy półtora, potem lekkie wywłaszczenie i ostatnie 4 kilometry na których już nie ma przebacz. Bardzo strome odcinki - nic dziwnego średnio 12%, a niektóre wiraże strome niczym ściana. Jadąc samochodem potwierdziłem o godzinie 16:00 wejście na antenę Eurosportu gdy tylko za jakiś kwadrans dotrzemy na metę. Pech chciał, że u celu podróży na wysokości około 2300 metrów n.p.m. żaden z nas nie miał zasięgu i z połączenia z placu boju wyszły nici. Gdy już udało nam się znaleźć miejsce na zaparkowanie samochodu na górze rozeszliśmy szukając dogodnych miejsc do obejrzenia ostatnich kilometrów rywalizacji. My z Piotrem znaleźliśmy je początkowo niemal na samym końcu szosy czyli jakieś 300 metrów w linii prostej za linią mety. Niestety z bezpośredniego sąsiedztwa finiszu zostaliśmy grzecznie wygonieni, albowiem nasze przepustki nie były najwyższej kategorii. Gdy do mety dotarło już pierwszych kilkunastu zawodników ze zwycięskimi kolarzami Saunier Duval na czele skierowaliśmy w stronę mety. Dla mnie nie lada wyzwaniem okazało się dotarcie po rozmytym zboczu góry ku barierkom wokół szosy. Na takim gruncie można było wywinąć niezłego kozła, więc trzeba było asekurować rękoma i nieźle się przy tym ubłocić. Strzeliłem później co najmniej kilkanaście fotek czekając na naszego Sylwestra, z którym jednak nie udało mi się spotkać zaraz po przekroczeniu przez niego linii mety. Gdy ostatni zawodnicy wdrapali się już na metę rozpoczął się odwrót całej karawany z górskich ostępów ku ludzkiej cywilizacji. Trwało to trochę, a wcześniej musieliśmy się jeszcze odnaleźć w korcu maku z kolegami z n-Sportu. Powrót do miejsca ich zakwaterowania w Caprile też nie był łatwy. W Misurinie nie można było skręcić na trasę etapu by najkrótszą droga dojechać do Cortiny. Trzeba było omijać masyw Cristallo drogami nr 48 i nr 51. Potem z Cortiny skierowaliśmy się na przełęcz Falzarego i przez Andraz dotarliśmy w końcu do Caprile około 21:00. Jeszcze jadąc samochodem umówiłem się z Sylwestrem na spotkanie po kolacji bowiem szczęśliwie Lampre na dwa noclegi i dzień przerwy w wyścigu zakwaterowało się w hotelu Monte Civetta po drugiej stronie Caprile. Jak ustaliliśmy tak zrobiliśmy i około 22:00 porozmawialiśmy sobie o tegorocznym Giro jak i jego przyszłych planach (raczej nie związanych z Lampre) przez dobre 30 minut. Na dłuższą pogawędkę nie za bardzo był czas bo musieliśmy jeszcze wrócić do Pieve di Livinallongo po nasze "fanty". Nasi gospodarze cierpliwie na nas czekali i ze spokojem oraz zrozumieniem przyjęli naszą wymówkę o problemach samochodem. Spakowaliśmy się i około 23:00 zaczęliśmy odwrót do kraju opuszczając piękną Italię na długie 5 tygodni. Z Włoch wyjechaliśmy po godzinie 1:00, do Niemiec wjechaliśmy po 2:00. Na pustych autostradach naszych zachodnich sąsiadów można było mknąć z prędkością zbliżoną do maksymalnej i już około 9:00 wjechaliśmy do Polski. Oczywiście wtedy zaczął się najgorszy odcinek naszej samochodowej podróży i to nie tylko z uwagi na zmęczenie. W każdym razie po 15:00 byliśmy w Pruszkowie, zaś mnie jeszcze czekał blisko 5-godzinny przejazd intercity do Trójmiasta. Szczęśliwie udało mi się wrócić poniedziałkowy wieczór dzięki czemu mogłem się stawić w pracy we wtorek i nie brać dodatkowego dnia urlopu "na telefonu". Tym lepiej dla mnie bo jeśli kolejne powroty będą równie sprawne może uda mi się zaoszczędzić tyle dni by w lipcu po Włoszech i Francji móc jeszcze udać się do Zakopanego na Wyścig Dookoła Tatr Wysokich. Dobrze byłoby się bowiem sprawdzić na rodzimych trasach po bardzo solidnej górskiej zaprawie od Dolomitów przez Wogezy, masyw Centralny, Pirenejów i Mont Ventoux, które jeszcze przed nami. W Dolomity wracamy już w piątek 29 czerwca by w niedzielę 1 lipca stanąć na starcie Maratona dles Dolomiti wyścigu jeszcze trudniejszego niż Gran Fondo Dolomiti Stars. W maju mieliśmy bowiem dystans 135 kilometrów i 46 samych podjazdów, zaś w lipcu będzie to odcinek 138 kilometrów z czego aż 57 wiodących pod górę! Per ora GRAZIE TANTO a Alessandro, Italo & Luca per Vostra ospitalita e aiuto. Speriamo di rivederci nell'anno prossimo.
GALERIA ZDJĘĆ
|