|
FLANDRIA
(W TEORII)
DLA SPRINTERÓW
Środowy semi-klasyk Gent-Wevelgem można nazwać młodszym bratem wielkiej Flandrii czyli rozegranej w minioną niedzielę Ronde van Vlaanderen. Pod każdym względem jest to mniejszy krewniak RvV, jako że wszystkiego jest tu mniej. Od czasu gdy w 1990 roku UCI postanowiła skrócić dystanse wyścigów klasycznych nie zakwalifikowanych do Pucharu Świata G-W liczy sobie około 210 kilometrów (w tym sezonie 204) w porównaniu do zwyczajowych 255-270 na trasie Ronde. Pagórków jest zaledwie sześć (a właściwie trzy przejeżdżane po dwakroć), podczas gdy w tegorocznej RvV było ich aż 19. Cały szlak wyścigu wiedzie przez z gruntu płaską prowincję Zachodniej Flandrii. W tym roku start nastąpi w Deinze na południowy-zachód od Gandawy skąd kolarze udadzą się wprost na zachód do nadmorskiego kurortu Ostendy. Stamtąd pojadą wzdłuż morza na południe aż do miejscowości De Panne znanej z rozgrywanego o tydzień wcześniej wyścigu etapowego. Potem skierują się na wschód i dopiero w okolicach Westouter "zaczną się schody". Tam peleton wjedzie na dwie rundy z trzema krótkimi (od 500 do 800 metrów), lecz sztywnymi podjazami: Rodeberg (max. 13%), Monteberg (max. 9%) i przede wszystkim brukowany Kemmelberg (max. 18%). Po bardzo niebezpiecznym zjeździe z tej ostatniej hopki (aż max. 23% stromizny!) do mety wciąż będzie około 40 kilometrów. W teorii sprzyja to zjeżdżaniu się porwanego wcześniej peletonu, jednak w dużej mierze krętych i wąskich alejkach nie jest to wcale takie łatwe.
Copyright: www.gent-wevelgem.be
Pierwsze edycje G-W odbyły się jeszcze przed II Wojną Światową (w latach 1934-39), lecz w kategorii juniorów i kolarzy niezależnych (pośredniej między amatorami a zawodowcami). Natomiast profesjonaliści po raz pierwszy wyruszyli na trasę tych zawodów w roku 1945. Na liście triumfatorów dominują rzecz jasna nazwiska belgijskie. Trzykrotnie zwyciężali: Robert Van Eenaeme (1936-37, 1945 - lecz dwa pierwsze sukcesy odniósł w gronie "independents"), "Imperator z Herentals" Rik Van Looy (1956-57, 1962), "Kanibal" Eddy Merckx (1967, 1970 i 1973) oraz wspomniany już Cipollini (1992-93 i 2002). Sześciu kolarzy w tym pięciu Belgów zwyciężało dwa razy: Briek Schotte (1950 i 1955), Raymond Impanis (1952-53), Frans Aerenhouts (1960-61), Freddy Maertens (1975-76), Włoch Guido Bontempi (1984, 1986) i Steels (1996, 1999). Jak już wyżej wspomniałem profil tego wyścigu stawia mniejsze wymagania niż w weekendowych zawodach o Puchar Świata. Ten fakt niewątpliwie sprzyja sprinterom, którzy niejednokrotnie już zwyciężali w tej imprezie. W ostatniej dekadzie do gromadnego sprintu doszło jednak tylko dwa razy. Wyścig ten rozstrzygnął się po finiszu z peletonu jedynie w 1993 roku gdy wygrał Włoch Mario Cipollini i w 1996 gdy najszybszy był Belg Tom Steels. Przed rokiem co prawda również wygrał Cipollini, lecz aby zwyciężyć Super-Mario musiał "przejść sam siebie" tzn. samotnie przeskoczyć z grupy pościgowej do czwórki liderów. W ostatnich latach przeważają finisze z kilku- lub kilkunastoosobowych grupek, względnie samotne odjazdy na ostatnich płaskich kilometrach przy taktycznym wsparciu kolegów z drużyny.
W tym roku ciężar obrony tytułu spocznie więc na "Lwie z Toskanii", który będzie miał zarazem szanse ustanowienia rekordu wszechczasów czyli sięgnięcia po czwarte już zwycięstwo! Nie wystartują natomiast pozostali kolarze z ubiegłorocznego podium czyli Amerykanie: George Hincapie i Fred Rodriguez. Pierwszy zmaga się z chorobą układu oddechowego o podłożu wirusowym, zaś drużyna drugiego Sidermec nie została w ogóle zaproszona. Zresztą organizatorzy przy obsadzie tegorocznego wyścigu wyraźnie preferowali rodzime grupy. Stąd w 65. G-W pojadą nie tylko wszystkie grupy belgijskie z I dywizji (tzn. Quick Step, Lotto, Landbouwkrediet i Palmans) oraz wicelider II dywizji Marlux, ale również znacznie słabsze drużyny: Vlaanderen-T Interim oraz Flanders-IteamNova. Dlatego też na liście startowej zabrakło również miejsca dla kolejnych ekip włoskich jak choćby Saeco czy Lampre! Nie pojedzie w związku z tym nasz Zbigniew Spruch, który finiszował w Wevelgem dwukrotnie na szóstej (w latach 1994-95) i raz nawet na drugiej (w sezonie 1999) pozycji. Wtedy to na finiszu z doborowej grupki 15 zawodników uległ tylko Steelsowi, zaś w pokonanym polu pozostawił takich asów jak: Hincapie, Romans Vainsteins, Andrei Tchmil, Steffen Wesemann, Erik Dekker, Fabrizio Guidi czy Johan Museeuw! Na starcie w Deinze nie stanie również nowy lider PŚ Peter Van Petegem, który wszystkie swe siły rezerwuje na "pucharowe zmagania", z niedzielnym Paris-Roubaix na czele. Wciąż jednak "Super-Mario" i jego wierna kompania z Domina Vacanze będzie miała wiele powodów do obaw. Wśród sprinterów zobaczymy bowiem: Robbie McEwen'a (Australia, Lotto); Oscara Freire (Hiszpania, Rabobank); Olafa Pollacka (Niemcy, Gerolsteiner); Jaana Kirsipuu; Erika Zabela (Niemcy, Telekom); Steelsa (Landbouwkrediet); Rudie Kemnę (Holandia, Bankgiroloterij) oraz Australijczyka Henka Vogelsa i mistrza Rosji Olega Griszkina z goszczącego w Europie amerykańskiego teamu Navigators. Natomiast swej szansy w rozbiciu grupy zasadniczej szukać będą kolarze Quick Step: Włoch Paolo Bettini, Belg Tom Boonen i być może Museeuw oraz liderzy Fassa Bortolo: Rosjanin Siergiej Iwanow i Włoch Filippo Pozzato. Ten sam plan będą chcieli z pewnością zrealizować: Wiaczesław Jekimow (Rosja, US Postal); Nico Mattan (Belgia, Cofidis); Marc Wauters (Belgia, Rabobank); Christophe Mengin (Francja, FdJeux.com) czy też zwycięzca Driedaagse van de Panne Raivis Belohvosciks (Łotwa, Marlux).
SZYBKI
DRAMAT
SENSACYJNY
W całą serię dramatów od pierwszych kilometrów trasy do samego jej końca, a nawet bezpośredniego zaplecza samego finiszu obfitowała rozegrana w środowe popołudnie 65. edycja wyścigu z Gandawy do Wevelgem. Korzystając ze sprzyjającego wiatru - szczególnie w pierwszej części trasy - uczestnicy dzisiejszych zmagań ustanowili rekord przeciętnej prędkości w blisko 70-letniej historii tej imprezy. Przejachanie 204 kilometrów zajęło najmocniejszym kolarzom niespełna cztery i pół godziny co dało średnią 45,502 km/h! W początkowej fazie wyścigu peletonowi towarzyszył dość mocny wschodni wiatr dzięki, któremu tempo od startu było bardzo żwawe. W chwili gdy grupa zasadnicza pędziła z prędkością 53 km/h tuż przed Ostendą wydarzył się groźny wypadek, w którym najbardziej ucierpieli znani i lubiani: Włoch Paolo Bettini (Quick Step) oraz Belg Ludo Dierckxens. Współlider Pucharu Swiata odniósł najprawdopodobniej poważną kontuzję barku (pierwsza diagnoza mówi m.in. o uszkodzeniu wiązadeł), zaś ulubieniec belgijskich kibiców złamał obojczyk. Gdy po dotarciu do nadmorskiego kurortu peleton skręcił w kierunku południowym wiatr zaczął wiać z lewej strony. Jego siła oraz szybkie tempo wyścigu sprawiły, że po chwili grupa zasadnicza porwała się "na rantach". Z przodu powstała mocna grupa 26 kolarzy, w której znalazł się czujny faworyt Mario Cipollini (Domina Vacanze). Natomiast z tyłu pozostali zawodnicy Cofidisu ze swym liderem Belgiem Nico Mattanem oraz prawie cały Rabobank, w tym szybki Hiszpan Oscar Freire. Jak się po dłuższym czasie okazało owa chwila nieuwagi pozbawiła pechowców wszelkich szans włączenia się do walki w decydującym momencie. Ich wyścig "skończył się" zanim tak naprawdę się zaczął tj. w momencie gdy peleton wkroczył w rejon około 20-kilometrowych rund z kilkoma "sztywnymi hopkami".
Wtedy to ton wydarzeniom zaczęli nadawać Belgowie z Quick Stepu: Tom Boonen i Johan Museeuw, Niemiec Andreas Klier (Telekom) oraz Australijczyk Henk Vogels (Navigators). Za ich sprawą po zjeździe z Kemmelbergu powstał decydujący odjazd tuzina zawodników, w którym oprócz wyżej wspomnianych znaleźli się jeszcze Włosi z Domina Vacanze: Giovanni Lombardi i Alberto Ongarato; Raivis Belohvosciks (Łotwa, Marlux); Fabien Cancellara (Szwajcaria, Fassa Bortolo); Roger Hammond (Wielka Brytania, Palmans); Matthew Hayman (Australia, Rabobank); Servais Knaven (Holandia, Quick Step) i Max van Heeswijk (Holandia, US Postal). Bliski dołączenia do tej dwunastki był także Cipollini, ale "nie wyrobił" na jednym z zakrętów już po niebezpiecznych zjazdach z Kemmel Top. Wściekły na cały świat "Lew z Toskanii" swą złość wyżył na kierowcy jednego z wyścigowych motocykli. Za owe dwa celne rzuty bidonami do ruchomej sylwetki mistrz świata został następnie zdyskwalifikowany przez jury. Do decydującej rozgrywki pomiędzy wyselekcjonowaną grupą liderów doszło na ostatnich 11 kilometrach. Najpierw zaatakował Knaven wykorzystując liczebną przewagę podopiecznych Patricka Lefevre. Za nim podążyli: Klier, Ongarato, Vogels i "na świadka" kolega z zespołu Holendra - Boonen. Jednak tym razem manewr, który przyniósł Knavenowi przed dwoma laty triumf w Paris-Roubaix nie powiódł się. Zgodnie współpracująca trójka rywali doszła go bowiem na dwa kilometry przed metą. W czwórkowym finiszu (bowiem dogoniony Holender osłabł) największe szanse wydawali się mieć: teoretycznie najszybszy Vogels i najświeższy Boonen. Jednak to mieszkający na co dzień w Belgii i mający za sobą dwa lata startów w holenderskiej ekipie TVM-Farm Frites (1999-2000) Bawarczyk Klier okazał się najmocniejszy po bardzo zaciętym finiszu. Walka pomiędzy tą trójką była do tego stopnia ostra, iż zepchnięty przez Vogelsa w lewo Boonen wpadł tuż za kreską na ustawionych zbyt blisko mety fotoreporterów. Młody Belg "fiknął kozła" i twardo upadł na asfalt w wyniku czego nie mógł stanąć na najniższym stopniu podium, bowiem odwieziono go do szpitala na obserwację. Na szczęście skończyło się tylko na stłuczeniu prawego boku i niegroźnych "szlifach", więc nadzieja Belgów będzie mógła wyruszyć w niedzielę na trasę do Roubaix (gdzie przed rokiem w swym debiucie był trzeci). Głównym i co trzeba przyznać niespodziewanym bohaterem został więc 27-letni Klier syn Niemca i Szwedki, który odniósł dopiero swój drugi triumf w profesjonalnej karierze, którą rozpoczął już w 1996 roku. Było to zarazem pierwsze zwycięstwo w tej imprezie w historii niemieckiej cyklistyki. Jak dotąd najwyższe (trzecie) miejsca w latach 1991 i 2001 zajmowali: Olaf Ludwig i Steffen Wesemann).
|