NOTATKI Z WŁOSKIEGO BUTA


GIRO ZALICZYŁO PÓŁWYSEP

W ciągu dwunastu wyścigowych dni i z pomocą wtorkowego transferu podczas pierwszego dnia przerwy kolumna uczestników 87. Giro d'Italia przemierzyła cały półwysep Appeniński. Szlak o długości blisko dwóch tysięcy kilometrów (dokładnie 1994 km) wiódł z Genui nad Morzem Liguryjskim, w dół półwyspu jego zachodnią stroną tj. równolegle do Morza Tyrreńskiego by jeszcze przed dniem odpoczynku dotrzeć najpierw do wybrzeża Morza Jońskiego i następnie do Adriatyku. Potem pozostało już tylko wschodnią (adriatycką) ścianą półwyspu powrócić na północ i wydostać się z "appenińskiego buta" w okolicach Ceseny. W tym czasie kolarzom zaserwowano prolog, siedem odcinków sprinterskich oraz po dwa etapy górzyste i prawdziwie górskie - aczkolwiek w górach średniej wielkości jak na profesjonalne standardy. Zanim przystąpię do dzielenia się swoimi spotrzeżeniami z tego co już było oraz do stawiania prognoz co jeszcze może się wydarzyć przypomnę to czego świadkami byliśmy za pośrednictwem stacji Eurosport i o czym mogliśmy przeczytać w niezawodnej witrynie "www.cyclingnews.com".

8 maja: Genua (prolog): W rodzinnym mieście Krzysztofa Kolumba zdecydowanie najlepszy czas wykręcił główny faworyt tej próby Australijczyk Bradley McGee (FdJeux.com). Specjalista od torowej jazdy na dochodzenie wręcz znokautował swych rywali, gdyż na niespełna 7-kilometrowej trasie wyprzedził drugiego Niemca Olafa Pollacka (Gerolsteiner) o 0:10, zaś trzeciego Ukraińca Jarosława Popowicza (Landbouwkrediet) już o 0:20! "Popo" okazał się tym samym najlepszym tego dnia spośród faworytów całego wyścigu. Natomiast w pierwszym starciu dwóch włoskich asów, Gilberto Simoni (Saeco) raczej niespodziewanie zdystansował Stefano Garzelliego (Vini Caldirola) o całe 0:11.

9 maja: Alba (I etap): Spokojny z początku etap rozgrywany w lekko pagórkowatym terenie ożywił około półmetka Kolumbijczyk Marlon Perez (Colombia-Selle Italia), który zdołał uzyskał maksymalną przewagę 3:15. Zgodnie z planem jednak grupa zasadnicza złapała śmiałka już na przedostatniej rundzie w Albie - około 6 kilometrów przed metą. Fassa Bortolo wzorowo rozprowadziła swego asa sprintu Alessandro Petacchi'ego, który odniósł swe siódme w karierze etapowe zwycięstwo w Giro. Pollack i tym razem był drugi przypominając o swych sprinterskich umiejętnościach - wszak nie bez przyczyny w sezonie 2002 wygrał trzy z rzędu etapy na rozpoczęcie 55. Wyścigu Pokoju. W nagrodę za regularność Niemiec, dzięki 0:12 bonifikaty został nowym liderem imprezy.

10 maja: Pontremoli (II etap): Ten odcinek był już całkiem górzysty z dwoma poważnymi wzniesieniami, więc cały peleton nie miał tu prawa razem dojechać do mety. Ekipa Saeco podkręciła tempo na 11-kilometrowym podjeździe pod Passo del Brattello i zmniejszyła grupę zasadniczą do zaledwie 43 postaci wśród których był jeden z naszych Sylwester Szmyd (Saeco). W czołówce zabrakło mimo dzielnej postawy Petacchiego i Pollacka, przyjechali oni w kolejnej nieco większej grupie ze stratą 2:39. Tym samym Niemiec oddał różową koszulkę lidera (maglia rosa) Brad'owi McGee. Australijczyk był nawet bliski wygrania kolejnego etapu, lecz na finiszu musiał uznać wyższość rewelacyjnego Damiano Cunego (Saeco) - wielkiego objawienia ostatniego miesiąca w profesjonalnym (nietylko włoskim) peletonie.

11 maja: Corno alle Scale (III etap): Pierwszy już typowo górski test dla "górali" również przebiegł po myśli drużyny Saeco. "Czerwonym kawoszom" wręcz nie wypadało przegrać na swoich śmieciach, wszak u podnóża finałowego podjazdu w Gaggio Montano mieści się siedziba ich sponsora, firmy produkującej ekspresy do parzenia kawy. Przez większą część etapu uciekał Renzo Mazzoleni (Tenax) - młodszy o cztery lata brat Eddy'ego jednego z kluczowych zawodników Saeco. Młodszy Mazzoleni osiągnął nawet 16:05 przewagi około półmetka, lecz jego akcja skończyła się na 16 kilometrów przed metą tj. jeszcze przed ostatnią wspinaczką. Na niej to najpierw na 3 km przed szczytem zaatakował Cunego, zaś po chwili na najstromszym fragmencie góry jego tempo poprawił jeszcze Simoni. "Gibi" wygrał etap po solowej akcji i został nowym liderem Giro, zaś Cunego przyjechał ze stratą 0:15 na czele małej grupki, którą uzupełniali: Franco Pellizotti (Alessio), Giuliano Figueras (Ceramiche Panaria) i Popowicz.

12 maja: Civitella in Val di Chiana (IV etap): Po trudach dwóch wcześniejszych odcinków ten dzień oznaczał powrót sprinterów. Najlepszy z nich (Petacchi) miał chwilowe problemy po tym jak upadł w niegroźnej kraksie, o które niełatwo było na skutek padającego deszczu. Ostatecznie jednak z pomocą kolegów z Fassa Bortolo "Aleksander Wielki" dogonił peleton i wygrał swój drugi w tym roku etap dystansując Australijczyka Robbie McEwen'a (Lotto) i Simone Cadamuro (De Nardi) - tego samego, który przed rokiem wygrał I etap Tour de Pologne z metą w Gdyni. Dawny król sprintu Mario Cipollini (Domina Vacanze) upadł na finałowej prostej zachaczając o tylne koło schodzącego z rozprowadzenia, swego kolegi Estończyka Andrusa Aug'a. W wyniku odniesionych obrażeń "Super Mario" nie był w stanie dotrzymać tempa grupie w końcówkach dwóch kolejnych etapów i ostatecznie wycofał się z wyścigu trzy dni później przed startem do siódmego, górskiego odcinka.

13 maja: Spoleto (V etap): Kolejny dzień dla sprinterów, lecz tym razem końcowe rundy były trudne techniczne i w dodatku z dwukilometrowym podjazdem, jakkolwiek niezbyt stromym. Żadna z akcji zaczepnych nie powiodła się, choć np. już na ulicach Spoleto swej szansy szukali najpierw McGee, Szwajcar Alexandre Moos (Phonak Hearing Systems) oraz Ruggero Marzoli (Acqua e Sapone), a po nich również mistrz świata Bask Igor Astarloa (Lampre). Ponownie walkę o zwycięstwo stoczyli najszybsi ludzie w peletonie, lecz tym razem Petacchi pogubił się na 500 metrów przed metą i został zamknięty przy barierce po lewej stronie szosy ... przez kolegę z drużyny. Z takiego prezentu skorzystał doświadczony McEwen wyprzedzając na mecie Pollacka oraz Marco Zanottiego (Vini Caldirola).

14 maja: Valmontone (VI etap): Bohaterem większej części tego odcinka Fortunato Baliani (Ceramiche Panaria), który zaatakował po podjeździe pod Valico della Somma. Zdołał on wypracować sobie przewagę 5:00, lecz zgodnie z oczekiwaniami został złapany na 20 kilometrów przed finałem. W międzyczasie niebo "mocno rozpłakało się" nad uczestnikami wyścigu i finisz w turystycznym ośrodku na przedmieściu Valmontone odbywał się w niebezpiecznych warunkach. Astarloa na 1,5 km przed metą ponownie spróbował swych sił, lecz Fassa Bortolo właściwie przypilnowała interesu swego lidera. Pettacchiemu nie pozostało już nic innego jak sięgnąć po swe trzecie w tej edycji zwycięstwo. Tym razem z najbliższej odległości oglądali Pollack (dla którego było to już czwarte drugie miejsce w tegorocznym GdI) oraz niespodziewanie Argentyńczyk Alejandro Borrajo (Ceramiche Panaria). Tuż za metą fatum ciążące nad ekipą Domina Vacanze znów dało o sobie gdy w ślady Cipolliniego poszedł Aug i również przewrócił się o koło swojego kolegi z zespołu Łotysza Andrisa Nauduzsa.

15 maja: Montevergine di Mercogliano (VII etap): Na ostatnich 40 kilometrach tego etapu peleton miał powrócić w Appeniny, więc znów mogliśmy się spodziewać ciekawych wydarzeń w kontekście walki o czołowe lokaty w klasyfikacji generalnej. We wstępie uciekła szóstka zawodników, z których po premii drugiej kategorii na czele pozostało dwóch: Szwajcar Niki Aebersold (Phonak) i Luca Mazzanti (Ceramiche Panaria). Obaj zostali złapani jednak już na początku finałowego, 17-kilometrowego podjazdu przede wszystkim za sprawą niezmordowanej ekipy Saeco. Na podjeździe próbowali im popsuć szyki kolarze: Ceramiche Panaria i Vini Caldirola pracujący odpowiednio dla: Figuerasa (urodzonego w pobliskim Neapolu) i Garzelliego. Niemniej ponownie z kolejnej górskiej potyczki "z tarczą" wyszło Saeco, lecz ponieważ na mecie doszło do finiszu z 14-osobowej grupki ciężar walki o zwycięstwo wziął na siebie najszybszy w tej ekipie Cunego. Dzięki drugiemu już triumfowi Damiano wspaniale rozpropagował ideę legalizacji lżejszych od standardów UCI rowerów Cannondale, zyskał 0:20 bonifikaty i został nowym (czwartym już) liderem tegorocznego Giro. Na spore słowa uznania zasłużył drugi tego dnia ex-torowiec McGee, który staje się coraz bardziej kompletnym kolarzem i na Montevergine walczył dosłownie do utraty tchu. Trzeci podobnie jak na Corno alle Scale był Pellizotti.

16 maja: Policoro (VIII etap): Na tym długim etapie do małego miasteczka nad Morzem Jońskim góry (nieszczególnie zresztą groźne) piętrzyły się przed uczestnikami jedynie do półmetka trasy. Dlatego też na tym jej fragmencie należało szukać szansy urwania się z peletonu i wypracowania godnej przewagi, zanim grupy sprinterów przystąpią do kontrnatarcia. Znalazło się ku temu sześciu ochotników, którzy podjęli wyzwanie, wśród nich był słynny z tego rodzaju akcji Francuz Jacky Durand (Landbouwkrediet). Pomimo maksymalnej przewagi 7:00 "harcownicy" zostali dogonieni na 15 km przed Policoro. Odtąd Fassa Bortolo ustawiła swój ekspres w najlepszym porządku i dowiozła Petacchiego do kolejnej wiktorii. Co ciekawe drugi na mecie McEwen został przesunięty na ostatnie miejsce w peletonie po tym jak na przedostatniej prostej walcząc o dogodną pozycję do finiszu skorzystał z pomocy swego kolegi z drużyny za pomocą chwytu rodem z torowych sześciodniówek. Na szosowych finiszach, zapewne ze względu na niebezpieczeństwo związane z udziałem w walce wielu zawodników tego typu sztuczki są zabronione.

17 maja: Carovigno (IX etap): Na początku owego etapu prowadzącego (operując szewskim językiem) "z podeszwy na obcas włoskiego buta" kolarze myślami byli już chyba przy dniu przerwy, zaś do szybszej jazdy niż ślimacze 30 km/h zniechęcał ich dodatkowo mocny, przeciwny wiatr. Całe towarzystwo rozruszali dopiero Raffaele Illiano (Colombia-Selle Italia) oraz Alessandro Vanotti (DeNardi), którzy jednak pod czujnym okiem peletonu (z uwagi na mały dystans do przejechania) uzyskali max. 1:30 przewagi. Niespełna 30 kilometrów przed metą (tuż przed złapaniem uciekinierów) na wąskiej drodze, gdzieś w środku peletonu wydarzyła się kraksa w wyniku, której odwieziono do szpitala Kolumbijczyka Freddy Gonzaleza (Colombia-Selle Italia), zaś inny zasłużony dla najnowszej historii Giro zawodnik Massimo Strazzer (Saunier Duval) dotarł co prawda mety nad Adriatykiem, lecz nie stanął później na starcie do odcinka dziesiątego. Z przodu znów Fassa Bortolo podyktowała własne warunki i gdy już Petacchi szykował się by włączyć swój "piąty bieg", jego uderzenie swym wielce precyzyjnym atakiem wyprzedził Amerykanin Fred Rodriguez (Acqua e Sapone) "ucierając nosa" panującemu od roku królowi sprintu.

19 maja: Ascoli Piceno (X etap): Rozpoczął się on od kraksy na 15 kilometrze, w której najbardziej ucierpiał zawodzący w tym wyścigu "na całej linii" sprinter Ivan Quaranta (Formaggi Pinzolo Fiave'). "Gepard" zmagał się z bólem przez kilkadziesiąt kilometrów i w końcu wycofał się po przejechaniu osiemdziesięciu. Na 20 kilometrze powstał odjazd ósemki zawodników, wśród których byli m.in. posiadacz zielonej koszulki najlepszego górala Niemiec Fabian Wegmann (Gerolsteiner) i ex-wicemistrz świata Duńczyk Bo Hamburger (Acqua e Sapone). Wegmann osiągnął swój cel wygrywając obie tego dnia premie górskie. Niemniej ucieczka został złapana na 13 km przed metą mimo zgodnej współpracy i maksymalnej przewagi 3:03 na 90 km. W końcówce swych sił w akcji godnej wyśmienitego czasowca spróbował McGee, lecz w solowej próbie przed peletonem wytrwał tylko i aż półtora kilometra (o trzy za mało). Na ostatnich kilometrach "srebrny pociąg" Fassa Bortolo wzorowo przygotował finisz Petacchiemu, a za plecami supersprintera z La Spezii trwała walka o przyssanie się do jego tylnego koła. Wygrał te przepychanki Zanotti i to on w konsekwencji zajął drugą lokatę na mecie, zaś trzecia pozycja (najwyższa w historii jego występów w Giro) przypadła Łotyszowi Nauduzsowi. Tymczasem z piątego już zwycięstwa radował się oczywiście Petacchi, który jest już tylko o krok od powtórzenia swego ubiegłorocznego wyczynu.

20 maja: Cesena (XI etap): Etap ten poświęcono pamięci urodzonego nieopodal, a zmarłego w lutym tego roku Marco Pantaniego. W rodzinnych stronach "Pirata" objawił się nowy talent włoskiego peletonu, neo-profi Emmanuele Sella (Ceramiche Panaria). Sella wraz z ósemką innych kolarzy dogonił kilkunastoosobową grupkę wczesnych uciekinierów na 55 kilometrów przed metą. Po kolejnych 10 km pożegnał swych 23 współtowarzyszy ucieczki na podjeździe pod Passo delle Siepi. Na wzniesieniu Sogliano al Rubicone (196 km) miał 0:45 przewagi na najmocniejszymi "znajomymi" z ucieczki i aż 3:40 nad topniejącym peletonem (dzięki czemu był "wirtualnym liderem"), w którym ciężkie chwile przeżywali "robotnicy" z Saeco. Na szczycie sztywnej górki Sorrivoli (212 km) miał już 1:30 nad pościgową szóstką, lecz już tylko 2:10 nad peletonikiem, w którym liderowi Damiano Cunego asystował jedynie Gilberto Simoni. W końcówce do czteroosobowego już tylko pościgu przeskoczył z grupy lidera Cristian Moreni (Alessio), a po nim również Juan Manuel Garate (Lampre). Sella przetrwał ostatnią hopkę na ulicach Ceseny (w grupie lidera problemy na niej miał sam Garzelli!) i dotarł do mety z przewagą 0:30 nad pościgiem, który przyprowadzili Moreni i Steve Zampieri (Vini Caldirola) oraz 0:49 nad 25-osobowym peletonem. Z czołowki wyścigu zabrakło w nim tylko mającego problemy żołądkowe Eddy Mazzoleniego (Saeco), którego w "10" klasyfikacji generalnej zastąpił tym samym Sella.

PODSUMOWANIE i PROGNOZY:

Appenińska faza 87. Giro d'Italia przebiegła bez większych niespodzianek, można wręcz rzec iż zgodnie z planem - na płaskim terenie rządzi drużyna Fassa Bortolo, zaś w górach peletonem trzęsie ekipa Saeco. Jednym słowem ton wydarzeniom nadają te grupy, które mają w swym szeregach najmocniejszych kolarzy w obu typach szosowej profesji czyli w sprintach i jeździe po górach. Gwiazdą pierwszej wielkości tej części wyścigu był niewątpliwie Alessandro Petacchi, który wykorzystał aż pięć ze stworzonych mu przez organizatorów siedmiu okazji do odniesienia etapowego zwycięstwa. "Aleksander Wielki" będzie miał jeszcze cztery szanse do dalszych wiktorie czyli etapy: nr 12 do Treviso, nr 14 do Puli w Chorwacji, nr 15 do San Vendemiano i ostatni nr 20 do Mediolanu. Biorąc pod uwagę, iż dwie tegoroczne porażki były bardziej wynikiem błędów Petacchiego (w Spoleto został przyblokowany na własne życzenie, a w Carovigno zbyt długo zwlekał z atakiem) niż nagłego przypływu sił rywali sprawa wyrównania jeśli nie poprawienia ubiegłorocznego wyniku na Giro (6 zwycięstw) wydaję się przesądzona. O ile (odpukać) Włoch nie poturbuje się w jakiejś kraksie (co miało miejsce przed rokiem na czasówce) powinien bez trudu dotrzeć do mety Giro i przy okazji wygrać też klasyfikację punktową tej imprezy. Dwa dalsze sukcesy zrównają go w annałach wyścigu z powojennymi rekordzistami, którzy byli w stanie wygrać aż siedem etapów w jednej edycji GdI. Dokonali tego Belgowie: Roger De Vlaeminck (w sezonie 1975) i Freddy Maertens (1977), a po nich jeszcze Giuseppe Saronni (1980). Choć Petacchi otworzył w Ascoli już drugą dziesiątkę swych etapowych zwycięstw na Giro jego poprzednik Mario Cipollini może być spokojny o swój rekord wszechczasów (42 wiktorie) i to nawet w długiej perspektywie czasowej. W końcu Petacchi zapoczątkował swą złotą passę przed rokiem (w wieku 29 lat), zaś "Super-Mario" rozpoczął swą drogę ku historii jako 22-letni młodzieniaszek.

W pierwszej części wyścigu etapy mające znaczenie dla klasyfikacji generalnej czyli prolog w Genui, górzyste odcinki do Pontremoli oraz Ceseny i w końcu okraszone finałowym wspinaczkami etapy do Corno alle Scale i Montevergine di Mercogliano były tylko ciekawymi przerywnikami w zmaganiach Petacchiego z resztą sprinterskiego świata. Z założenia miały one jedynie wstępnie ustalić hierarchię pośród faworytów całej imprezy, gdyz różnice między czołowymi zawodnikami mogły być jedynie sekundowe - obecnie różnica między liderem a czternastym zawodnikiem wynosi zalediwe 2:01. Pierwsza seria górskich potyczek przebiegła (za wyjątkiem ostatniej odsłony) po myśli faworyzowanej ekipy Saeco. Na ciężkim podjeździe pod Corno alle Scale plecy wszystkim pokazał wszak Gilberto Simoni, a tam gdzie nie dało się porwać czołowej grupy w drobne strzępy błyskawicznym finiszem po dwa zwycięstwa sięgnął młodziutki Damiano Cunego. Dzięki sekundom bonifikat niespełna 23-letni kolarz rodem z Werony zluzował nawet na prowadzeniu Simoniego i dzierży na swych wątłych barkach "maglia rosa" już od piąty dzień. Cunego potwierdził w tym wyścigu swój wielki talent, gdyż potrafi utrzymać już przez ponad miesiąc wysoką formę, która przyniosła mu pięć prestiżowych zwycięstw przed samym Giro. Nawet jeśli jeszcze tym razem długa czasówka i niebotyczne Dolomity (co istotne dla młodego organizmu pokonywane w trzecim tygodniu i dzień po dniu) zmogą go wkrótce to i tak zostanie zapamiętany jako jeden z największych bohaterów tej imprezy i zarazem dopisany do grona głównych faworytów juz na rok przyszły.

Niestety w dotychczasowych wydarzeniach wyścigu Dookoła Włoch znajdujemy potwierdzenie tezy, iż Giro jest obecnie najbardziej "zaściankowym" z trzech Wielkich Tourów. Po pierwsze aż dziewięć z dwunastu dotychczasowych etapów wygrali kolarze włoscy - co ciekawe odstępstwa od tej reguły czynili tylko zawodnicy anglojęzyczni, Australiczycy: McGee i McEwen oraz Amerykanin Rodriguez. Po drugie w czołowej "10" klasyfikacji generalnej mamy w tej chwili tylko dwóch "stranierich" (obcych) tj. Ukraińców Jarosława Popowicza i Sierhija Honczara, zresztą obaj i tak od dawien dawna są zadomowieni w Italii. Włoscy fachowcy od wyścigów etapowych bazują głównie na świetnej jeździe w górach i nie należą bynajmniej do speców od samotnej walki z czasem. Tymczasem już za dwa dni czeka uczestników aż 52-kilometrowa jazda indywidualna na czas wokół Triestu (na której droga wznosić się będzie tylko fragmentami na przestrzeni 14 kilometrów). Tego dnia wyżej wymienieni kolarze z międzywojennych Kresów Wschodnich (Honczar urodził się w Równem, zaś Popowicz jeszcze bliżej naszej granicy bo w Drohobyczu) oraz rewelacyjny "Kangur" Bradley McGee mogą napsuć Włochom sporo krwi. Z aktualnej czołowej trójki (Cunego - Simoni - Pellizotti) na czas najlepiej pojedzie zapewne ten drugi. Ma on jednak tylko 0:30 przewagi nad czwartym w "generalce" Popowiczem, z którym na 7-kilometrowym prologu przegrał aż o 0:15! Ósmy Honczar i trzynasty McGee tracą do Simoniego ponad minutę (tj. odpowiednio: 1:07 i 1:48), lecz uchodzą za jeszcze lepszych czasowców niż "Popo". Taka sytuacja skłania mnie do zaryzykowania prognozy, iż w Dolomity (25 maja) na różowo nie wjedzie żaden z licznych dziś w czołówce Włochów! Liderem przed decydującą i bezsprzecznie najtrudniejszą częścią włoskiego touru będzie jeden z Ukraińców lub bodaj jeszcze prawdopodobniej znajdujący się w życiowej formie Australijczyk! Niemniej faworytem całego wyścigu i tak pozostaje Simoni (nawet jeśli dziś widzieliśmy pierwsze objawy słabości w szeregach jego drużyny). Za najgroźniejszego rywala "Gibi'ego" uważam spokojnie dotąd jadącego Popowicza. Trzecia lokata przypadnie komuś z dwójki liderów Alessio, przy czym prędzej młodemu Pellizottiemu niż staremu Noe', chyba że ... nadal wspaniale zaskakiwać nas będzie Cunego!



UKRAIŃSKA REWOLTA I WŁOSKA RIPOSTA

Kolejne dni na trasie Giro d'Italia mimo chwilowego zwrotu akcji po czasówce wokół Triestu nie przyniosły szczególnych niespodzianek - wciąż Fassa Bortolo rządzi na płaskim terenie, zaś Saeco w górach ...

21 maja: Treviso (XII etap): Przeszło dwieście kilometrów po płaskiej jak stół trasie nie mogło przynieść innego rozstrzygnięcia jak finisz z całego peletonu. Owszem cuda i w takim terenie się zdarzają jak np. 1998 roku gdy ulewny deszcz i mocny wiatr porwał grupę zasadniczą nawet na Nizinie Padańskiej. Ówczesny etap do Carpi wygrał Francuz Laurent Roux, co więcej został nawet jednodniowym liderem. Tym razem przy ładnej pogodzie "romantyczni ucieczkowicze": Leonardo Scarselli (Colombia-Selle Italia), mistrz Chorwacji Radoslav Rogina (Tenax) oraz Geert Steegmans (Lotto) nie mieli chocby odrobiny takiego szczęścia. Wytrwali na czele blisko 180 kilometrów, lecz ostatecznie na 17 kilometrów przed metą ostatni z nich tzn. Steegmans został "przywołany do porządku". Na finiszowej prostej Petacchi o długość roweru wyprzedził McEwen'a, zaś na trzecim miejscu linię mety przekroczył Białorusin Aleksander Usow (Phonak), który swe pierwsze - nieśmiałe wówczas - kroki w zawodowym peletonie stawiał w polskim Mrozie.

22 maja: Triest / Altopiano Carsico (XIII etap): Wyniki tego etapu dokonały wielu roszad w czołówce wyścigu. Do ataku przeszli obcokrajowcy tj. Ukraińcy: Honczar i Popowicz oraz Australijczyk McGee, zaś włoscy faworyci znaleźli się w odwrocie. Na całe szczęście dla miejscowych asów była to jedyna tego typu próba w 87. Giro. Na domiar złego najwyżej notowani spośród nich mieli pecha: najpierw Garzelli miał defekt, zaś niedługo po nim Simoni leżał na jednym ze śliskich zakrętów. Dzień przyniósł piąte w karierze etapowe zwycięstwo w GdI Honczarowi. Na trudnej trasie, gdzie w początkowej fazie trzeba było jechać pod górę, zaś na końcowych płaskich kilometrach zmagać się z przeciwnym wiatrem Honczar wyprzedził McGee o 0:18, zaś Popowicza o 0:34. Ten ostatni ocalił jednak trzy sekundy ze swej przewagi nad starszym o blisko 10 lat rodakiem i został piątym już liderem tegorocznego Giro. Z Włochów najlepiej pojechał "robotnik" z Fassa Bortolo Marzio Bruseghin (4., + 0:44). Znacznie słabiej wypadli "górale": Pellizotti (9., + 2:18), Garzelli (13., + 2:30), Simoni (15., + 2:31) i Figueras (19., + 2:52), zaś młody lider Cunego stracił aż 3:02, zajął na czasówce 23 miejsce i w łącznej klasyfikacji spadł aż na szóstą lokatę. Najbardziej spektakularny ruch w drugą stronę wykonał McGee, który wkoczył na trzecią pozycję (za dwójkę Ukraińców) z pozornie odległej trzynastej.

23 maja: Pula {Chorwacja} (XIV etap): Pierwszy w historii chorwacki etap na Giro mimo początkowych pagórków też należało w sumie zaliczyć do kategorii sprinterskich. Wydarzenia na nim przebiegały według utartego już dotąd schematu. Z początku (jeszcze na terenie Słowenii) ucieczka kilku, początkowo pięciu, a później już tylko trójki kolarzy: Illiano, Marzoli i Giuseppe Muraglia (Formaggi Pinzolo Fiave'). Akcja włoskiego tercetu trwała 150 kilometrów i skończyła się na 8 km przed metą czyli na pierwszej z dwóch rund na ulicach istriańskiego portu Pula. W końcówce Petacchiego rozprowadzał Marco Velo, gdy na ostatnim zakręcie upadł Simone Cadamuro wprowadzając zamieszanie za swymi plecami i grzebiąc szanse na skuteczny finisz pozostałych kolarzy. W tej sytuacji na drodze "Aleksandra Wielkiego" do wyrównania powojennego rekordu (siedmiu etapowych zwycięstw): De Vlaemincka, Maertensa i Saronniego stał już tylko jego pogromca z Carovigno czyli Amerykanin Fred Rodriguez. Jednak tym razem Petacchi nie popełnił żadnego błędu, skoczył do przodu jako pierwszy i nie dał się dogonić Kalifornijczykowi. Co charakterystyczne w powstałej na skutek wspomnianego upadku sytuacji przytomnie zachował się Velo, który przedłużył swój sprint do samej mety, na której zameldował się jako trzeci tuż przed pierwszym z pechowców Niemcem Pollackiem.

24 maja: San Vendemiano (XV etap): Najdłuższy odcinek w tegorocznej edycji w realiach okazał się być aż 243-kilometrowym! Jako, że z profilu był niemal równie płaski co ten o trzy dni wcześniejszy do Treviso po prostu musiał się zakończyć finiszem z wielkiej grupy. Nieco emocji do sennej atmosfery tego odcinka próbowała wnieść czwórka śmiałków: 40-letni Mario Scirea (Domina Vacanze), Daniele Righi (Lampre), Giancarlo Ginestri (Tenax) oraz Australijczyk Russell Van Hout (Colombia-Selle Italia), który w sobotę był ósmy na czasówce. Jednak zgodnie z logiką mimo ich przewagi aż 10:20 po 73 kilometrach ta akcja skończyła się na 12 km przed metą. Na 7-kilometrowej rundzie wokół San Vendemiano grupy rywalizujące z Fassa Bortolo napsuły nieco krwi "srebrnemu pociągowi" Petacchiego, lecz ich sukces był tylko chwilowy. Sprinter z La Spezii zdołał znaleźć dla siebie miejsce na ostatniej prostej. Skoro zaś Petacchi nie został w tej walce o dogodną pozycję przymknięty czy też zaskoczony to nawet jego najgroźniejsi rywale: McEwen i Pollack mogli ponownie tylko po raz kolejny oglądać jego plecy. Tym samym Petacchi przeszedł do współczesnej historii Giro d'Italia - osiem zwycięstw w jednej edycji, tego jeszcze po II Wojnie Światowej nie grano!

25 maja: Falzes (XVI etap): Gdy droga zaczyna się piąć w górę w rolę patronów Giro wcielają się "czerwoni kawosze" z Saeco. Tak było na drodze do Pontremoli i Corno alle Scale (już przed dwoma tygodniami) i nie inaczej stało się na pierwszym z etapów w Dolomitach. Drużyna Landbouwkrediet i jej lider Jarosław Popowicz oddali "maglia rosa" (koszulkę lidera) praktycznie bez walki. Już po 21 kilometrach uciekło aż osiemnastu zawodników, w tym dwaj robotnicy z Saeco: Eddy Mazzoleni i Andrea Tonti, lecz nie było w tym odjeździe żadnego z kolarzy drużyny belgijskiej. Przed pierwszą z czterech gór (Forcella Staulanza) grupa ta miała już nawet 15:00 przewagi nad peletonem. Z przodu dwie premie górskie wygrał lider klasyfikacji górskiej Niemiec Fabian Wegmann. Na Passo Furcia z ucieczki wyrwał się Szwajcar Niki Aebersold, zaś z topniejącego peletonu wyskoczył Cunego (Popowicz ten atak odpuścił koncentrując swą uwagę na Simonim). Na młodego gwiazdora poczekali jego dwaj pomocnicy: Mazzoleni oraz Tonti i na płaskim terenie pomiędzy Furcią a Terento z ich pomocą Cunego powiększał swą przewagę nad Popowiczem, jednocześnie niwelując stratę Aebersolda i grupki go ścigającej. Na ostatniej górze Helwet został szybko doścignięty przez pościg m.in. z Belgiem Christophem Brandtem (Lotto) i Meksykaninem Julio Alberto Perez Cuapio (Ceramiche Panaria). Niemniej i oni krótko cieszyli się prowadzeniem bowiem wkrótce niczym ekspres przemknął obok nich Cunego, z którym najdłużej utrzymać potrafił się jego rodak Rinaldo Nocentini (Acqua e Sapone). Z tyłu Simoni wyczuł, że Popowicz nie ma najlepszego dnia i podkręcając nieco tempo zdołał zgubić lidera. Ostatecznie Cunego wygrał etap przed Nocentinim i grupką Alexandra Moos'a, lecz co istotniejsze jeszcze wyraźniej wyprzedził swych bezpośrednich rywali: Figuerasa o 2:29, grupkę - Honczara, Wladimira Belliego (Lampre), Simoniego i Słoweńca Tadeja Valjavca (Phonak) o 2:39, grupkę - Noe', Cioniego i Garzelliego już o 3:23, zaś osamotnionego Popowicza aż o 3:50! Dzielnie spisał się McGee (24., + 4:18), zaś swą szansę na podium w tegorocznym Giro przegrał już chyba definitywnie Pellizotti (29., + 5:27). Wtorkowy wyczyn Damiana z Werony godzien był koszulki lidera i przed finałową fazą wyścigu Cunego wyprzedza Honczara o 1:14, Popowicza o 2:22 i Simoniego o 2:38.

PODSUMOWANIE i PROGNOZY:

Druga faza wyścigu podczas, której mieliśmy trzy płaskie odcinki (etapy: 12, 14 i 15), długą czasówkę (etap 13) i pierwszą próbę sił w Dolomitach (etap 16) w niczym nas nie zaskoczyła. Petacchi i jego zespół byli bezbłędni i superszybki "Alex" najpierw (w Treviso) wyrównał swój ubiegłoroczny wynik, potem (w Puli) wyrównał powojenny rekord Giro, zaś na koniec (w San Vendemiano) napisał już własny rozdział w wielkiej historii tego wyścigu! Wiele wskazuje na to, iż swój dziewiąty etapowy sukces, a przy okazji zwycięstwo w klasyfikacji punktowej świętować będzie w Mediolanie. Tym razem w największe góry wjedzie zdrowy (przed rokiem leżał podczas czasówki z Bolzano do Merano) i z eskortą niemal całego zespołu. Jak pokazał etap do Falzes również w górach Petacchi może liczyć na pomoc aż siedmiu swych kolegów! Na pierwszym z odcinków w Dolomitach bez przyzwoitej ekipy i w obliczu dwóch bardzo mocnych rywali z tej samej ekipy Popowicz nie miał prawa się obronić. Dodatkowo w tej sytuacji na jego niekorzyść przemawiał spory dystans, cztery trudne (acz nie skrajnie wymagające) podjazdy i długie płaskie odcinki w dolinach. Zadanie byłoby łatwiejsze do wykonania na krótszych odcinkach, lecz z trudniejszymi wzniesieniami (czyli takich jak etapy 18-19) pod warunkiem wszak ... iż Popowicz byłby najmocniejszym człowiekiem w peletonie.

W "generalce" wszystko układa się więc obecnie po myśli kolarzy Saeco, którzy mają sporą szansę nawet na podwójny triumf. Ze względów taktycznych na drodze do Falzes jako pierwszy zaatakował Cunego i wobec początkowej obojętności oraz późniejszej słabości Popowicza to on stał się nie tylko liderem GdI, lecz również swojej ekipy! Wielki faworyt całego wyścigu (Simoni) znalazł się teraz w niezręcznej sytuacji. Co prawda stać go chyba na trzecie generalne zwycięstwo w Giro, lecz nie wypada mu bezpośrednio atakować swojego kolegi (Cunego) - co najwyżej może wykorzystać jego potknięcia, lecz te mogą sprowokować jedynie ich wspólni rywale. Sytuacja przypomina tą z ekipą La Vie Claire na Tour de France 1986 gdy w roli "starego mistrza" wystąpił Francuz Bernard Hinault, zaś w roli "młodego pretendenta" Amerykanin Greg Lemond. Wówczas wygrał ten młodszy - czy podobnie będzie i tym razem dowiemy się już w sobotnie popołudnie. W każdym razie szefom Saeco: Claudio Corti'emu i Giuseppe Martinelli'emu można tylko pozazdrościć owych kłopotów bogactwa. Wydaje się, że ich najgroźniejsi rywale: Honczar, Popowicz i Figueras powalczą tylko o najniższy stopień podium. Natomiast do pozostałych miejsc w czołowej "10" kandydują moim zdaniem kolarze zajmujący obecnie miejsca między szóstym a piętnastym czyli: McGee (rewelacja!), Belli, Garzelli, Cioni, Pellizotti, Valjavec, Noe', Garate, Brandt i Sella, zaś spośród pozostałych może jeszcze tylko "stary lis" Paweł Tonkow (Vini Caldirola) jeśli w swej drużynie dostanie wolną rękę. Teoretycznie wiele się jeszcze może wydarzyć, bowiem dwa najtrudniejsze etapy dopiero przed kolarzami - tyle tylko, że rywali godnych w górskim terenie duetu z Saeco jakoś nie widać, więc przegrać musieliby oni chyba jedynie na swoje życzenie.



KONIEC ZWIEŃCZYŁ DZIEŁO DWÓCH DRUŻYN

Sam finał trzytygodniowych zmagań na trasie Giro d'Italia nie przyniósł wielkich dramatów i zwrotów akcji w walce o najwyższe zaszczyty. Damiano Cunego wygrał jeszcze jeden górski etap, a na dwu pozostałych ze spokojem bronił prowadzenia, przede wszystkim przed zakusami swego najgroźniejszego rywala i kolegi z drużyny Gilberto Simoniego. W końcówce wyścigu odkuli się za wcześniejsze niepowodzenia kolarze z ekipy Vini Caldirola. Najpierw w czwartek trumfował Rosjanin Paweł Tonkow, zaś w sobotę ostatnią z górskich potyczek wygrał lider tej drużyny Stefano Garzelli. W niedzielę na sprinterskim etapie zgodnie z oczekiwaniami raz jeszcze przypomniał się Alessandro Petacchi z łatwością sięgając po swe dziewiąte etapowe zwycięstwo.

27 maja: Fondo Sarnonico (XVII etap): Etap z pozoru górski był jednak znacznie łatwiejszy od obu po nim następujących. Świadczy o tym zresztą średnia prędkość z jaką udało się przejechać trasę do "jabłkowej doliny" zwycięzcy tego odcinka Pawłowi Tonkowowi czyli + 41,7 km/h! Od 66 kilometra uciekali: Alessandro Bertolini (Alessio) i Oscar Pozzi (Tenax). Podczas podjazdu pod jedyną znaczącą górę dnia (Passo della Mendola) Bertolini zgubił Pozziego, lecz jednocześnie dał się dogonić kontrującemu z 11-osobowej grupy pościgowej Tonkowowi. Rosjanin na prowadzącym nieznacznie pod górę dojeździe do Fondo Sarnonico zgubił Włocha na 15 kilometrów przed metą. Dzięki temu odniósł swe siódme (w jedenastu startach) zwycięstwo etapowe w Giro. Bertolini dojechał ze stratą 2:15 i obronił drugą lokatę. Reszta ucieczkowiczów została "wyłapana" na ostatnich kilometrach i na czele pośród faworytów zaciętą walkę o trzecią pozycję i zarazem osiem sekund bonifikaty stoczyli Australijczyk Bradley McGee oraz lider Damiano Cunego - tym razem lepszy był ten pierwszy. Daleko za grupą asów przyjechał piąty po szesnastu etapach Giuliano Figueras, który podczas dnia przerwy zatruł się i wobec problemów żołądkowych stracił na siedemastym etapie aż 11:04 do grupy lidera. Figueras spadł tym samym w klasyfikacji łącznej poza czołową "20", zaś przed startem do kolejnego odcinka wycofał się.

28 maja: Bormio 2000 (XVIII etap): Pierwszy z dwojga etapów przygotowanych na górski deser 87. Giro rozpoczął się od ataku aż dwudziestu zawodników już po 16 kilometrach. Znaleźli się wśród nich m.in. liderzy klasyfikacji górskiej i punktowej tzn. Fabian Wegmann i ... Alessandro Petacchi - niemniej włoski supersprinter odpadł od czołówki jeszcze na podjeździe pod Passo del Tonale. Na szczycie tego wzniesienia peleton tracił do ucieczki 2:40, lecz po zjeździe już 4:00. Na morderczej wspinaczce pod Passo di Gavia najmocniejszym ze śmiałków okazał się być Chorwat Vladimir Miholjević (Alessio). Dotarł on samotnie na niebotyczną przełęcz stanowiącą "dach tegorocznego Giro" (czyli premię "Cima Coppi") o 1:07 przed Stefano Garzellim (który zaatakował na podjeździe z grupy lidera) i Hiszpanem Juanem Gomisem (Saunier Duval) oraz niespełna półtorej minuty przed dwoma innymi ucieczkowiczami: Cristianem Morenim i Hiszpanem Francisco Vilą (Lampre). Lider wjechał na Gavię 2:55 za Chorwatem w kilkunastoosobowej grupie, którą znacząco "odchudził" nadający mocne tempo na tym podjeździe Sylwester Szmyd. W sumie Cunego i Gilberto Simoni mieli jeszcze do pomocy trzech kolegów z Eddym Mazzolenim na czele. To dzięki ich pracy Garzelli i spółka (za wyjątkiem dzielnego Miholjevicia) zostali złapani już na 18 kilometrów przed metą. Chorwat do finałowego 10-kilometrowego podjazdu przystąpił z przewagą 2:05, lecz jak się okazało mocno już "podjechany". Jego śmiała akcja zakończyła się na 6 kilometrów przed stacją Bormio 2000 w chwili gdy z grupy asów zaatakował Simoni, z którym próbował się zabrać młody Emanuele Sella. Jednak "Gibo" nie był w stanie zgubić swych najgroźniejszych rywali i jakkolwiek Sella nie wytrzymał jego tempa to dojechali doń: Cunego, Dario Cioni i Ukrainiec Sierhij Honczar, a nawet po dłuższej chwili cichy w tym roku Meksykanin Julio Alberto Perez Cuapio. Na ostatnich dwustu metrach Cunego zdeklasował swych rywali i wręcz ośmieszył "papierowego lidera Saeco" Simoniego. Młody as wygrał swój czwarty już w tym roku etap o 0:05 przed Cionim i Honczarem, 0:09 przed Simonim oraz 0:17 przed Cuapio. Większe straty ponieśli Ukrainiec Jarosław Popowicz (0:41 - przez co spadł na czwartą lokatę w "generalce"), McGee (1:00 i spadek z piątej na siódmą) oraz ryzykant Garzelli (2:03 i spadek z siódmej na ósmą).

29 maja: Presolana (XIX etap): Zgodnie z piątkowym scenariuszem już na 20 kilometrze zaatakowała grupka harcowników, tym razem 10-osobowa. Większość z nich zdołała wjechać na szczyt niesamowicie stromego Passo del Mortirolo jeszcze przed topniejącym w oczach peletonem. Premię im. Marco Pantaniego wygrał Raffaele Illiano przed Wegmannem, który jak się później okazało dzięki tym punktom zapewnił sobie zwycięstwo w klasyfikacji górskiej Giro. Z grupy zasadniczej już na tym wzniesieniu (85 km pred metą) zaatakowali Garzelli z Simonim oraz Hiszpan Juan Manuel Garate i Słoweniec Tadej Valjavec. Premię intergiro w miejscowości Malonno wygrał Illiano dzięki czemu wywalczył niebieską koszulkę lidera tej klasyfikacji. Następnie jechał on czas jakiś w towarzystwie swego rodaka Bertoliniego, lecz na wzniesieniu Passo del Vivione dogoniła i zdystansowała ich trójka czołowych kolarzy tego wyścigu: Garzelli, Simoni i Valjavec. Przed szczytem tego 20-kilometrowego podjazdu pierwsze kłopoty miał Słoweniec i linię premii górskiej pokonał 0:20 za dwójką byłych zwycięzców Giro. W tym momencie 1:20 do Garzelliego i Simoniego tracił "wieczny rozrabiaka" Sella, zaś 1:50 grupka lidera (Cunego) i wicelidera (Honczara). To właśnie Honczar wraz kolegami z De Nardi wziął na swe barki ciężar pogoni broniąc drugiego miejsca w "generalce". Na niebezpiecznym zjeździe z tej przełęczy ostatnią próbę odzyskania miejsca na podium wyścigu podjął niepewnie w ostatnich dniach czujący się na podjazdach Popowicz. Zdołał on nawet na chwilę zgubić większość ze swych rywali (poza Cunego i Mazzolenim), lecz grupka pościgowa zjechała się ponownie w dolinie jeszcze przed wspinaczką pod Presolanę. Na ostatniej górze tego etapu jak i całego wyścigu dwaj słynni Włosi zmęczyli w końcu na dobre Słoweńca. Natomiast z tyłu Cioni podyktował tempo, które był w stanie wytrzymać jedynie sam lider Cunego. Na finiszu Garzelli gładko ograł Simoniego (+ 0:02), Valjavec przyjechał trzeci (+ 0:23). Po trójce bohaterów dnia finiszowali Cioni z Cunego (+ 0:52), dalej grupki: Honczara (+ 1:23) i McGee (+ 1:43), a po nich dopiero oddział Popowicza (+ 2:34). Wobec takich rozstrzygnięć Honczar obronił drugą lokatę w wyścigu przed atakiem Simoniego różnicą zaledwie trzech sekund! Cioni zepchnął z czwartej pozycji Popowicza, zaś do czołowej "10" wskoczył Valjavec kosztem Andrea Noe', który na ostatnim górskim odcinku stracił do zwycięzcy etapu przeszło kwadrans (+ 15:53).

30 maja: Mediolan (XX etap): Z punktu widzenia klasyfikacji generalnej wyścigu ostatni etap do Mediolanu był już tylko czystą formalnością. Jakkolwiek na nowej, krętej rundzie w centrum miasta - które już po raz piętnasty z rzędu gościło metę Giro d'Italia - peleton pękł i sędziowie podzieli grupę zasadniczą na kilka grupek w sekundowych odstępach to jednak te "zabiegi" nie miały wpływu na ustaloną już w sobotę hierarchię szerokiej czołówki (top-20). Z wydarzeń na trasie ostatniego odcinka odnotować należy jedynie "samobójczą" akcję Słoweńca Deana Podgornika (Tenax). We właściwym momencie skasowała ją oczywiście drużyna Fassa Bortolo pracująca w niemal pełnym składzie. Następnie raz jeszcze Marco Velo wzorowo rozprowadził Petacchiego i "Aleksander Wielki" już po raz dziewiąty w ciągu trzech tygodni unióśł ręce w geście triumfu! Tego dnia rywale nie byli mu nawet w stanie "usiąść na kole" - drugim na mecie (a pierwszym pośród równych) był Marco Zanotti, zaś trzecie miejsce wywalczył mający "wolną rękę" po wycofaniu się McEwen'a przed kilkoma dniami Holender Aart Vierhouten (Lotto).


Copyright: www.team.saeco.com

BOHATEROWIE - WIĘKSI I MNIEJSI:

******

Damiano CUNEGO (Włochy, Saeco - na powyższym "firmowym" zdjęciu) - Najmłodszy od czasów Giuseppe Saronniego (rok 1979) zwycięzca Giro d'Italia. Przed wyścigiem po wcześniejszych zwycięstwach w Giro del Trentino kat. 2.2), Giro dell'Appennino (1.2) i GP Industria & Artigianato (1.2) liczył na odrobinę swobody u boku lidera Gilberto Simoniego. Tymczasem na trasie okazał się mocniejszy od swego mistrza. Po drodze wygrał cztery etapy, najszybciej finiszując w Pontremoli (etap nr 2), Montevergine di Mercogliano (nr 7) i Bormio 2000 (nr 18), a przede wszystkim popisując się śmiałym rajdem do Falzes (nr 16) podczas, którego zgubił wszystkich rywali. W sumie przejechał dziesięć dni w koszulce lidera, a także zajął drugie miejsca w obu najbardziej prestiżowych klasyfikacjach dodatkowych tj. górskiej i punktowej. Pierwszą z nich mógł zresztą wygrać gdyby tylko chciał, lecz choć niewątpliwie obdarzony jest "instynktem zabójcy" to jednak nie okazał się być łasym na wszelkie zaszczyty "kanibalem". Mimo niespełna 23 lat jest już prawie kolarzem kompletnym, bowiem: świetnie jeździ w górach, potrafi piorunująco zafiniszować i mimo młodego wieku nie traci głowy w stresowych sytuacjach. W przyszłości poprawić powinien przede wszystkim jazdę indywidualną na czas, szczególnie jeśli chce kiedyś zamienić triumf w Giro na wiktorię w Tour de France.

*****

Alessandro PETACCHI (Włochy, Fassa Bortolo) - Jeszcze przed dwoma laty pełnym blaskiem świeciła gwiazda Mario Cipolliniego i wydawało się nie prędko na świecie (a co dopiero we Włoszech) pojawi się sprinter podobnego kalibru. Tymczasem już przed rokiem Super-Maria usunął w cień właśnie Petacchi, który przed sezonem 2003 mógł się pochwalić "tylko" trzema wygranymi etapami na trasie Vuelta a Espana. Ubiegły rok "Aleksander Wielki" miał wyborny, wśród wielu zwycięstw pietnaście odniósł na trasach trzech Wielkich Tourów: sześć w Giro, cztery w Tourze i pięć na Vuelcie. Wydawało się, iż ów rekord będzie trudny do poprawienia. Jednak Petacchi przy wielkiej pomocy zdyscyplinowanych i "znających swój fach" kolegów z drużyny na trasie 87. Giro odniósł aż dziewięć etapowych zwycięstw! W nagrodę "w cuglach" wygrał klasyfikację punktową Giro, a przede wszystkim "pobił na głowę" powojenny rekord liczby etapowych sukcesów współposiadany przez Belgów: Rogera De Vlaeminck'a i Freddy Maertens'a oraz wspomnianego już Giuseppe Saronniego. Skuteczność Petacchiego i spółki była iście porażająca zważywszy, że będąc sprinterem miał on praktycznie jedenaście okazji do powalczenia o pierwszeństwo na metach łatwiejszych etapów. Kolejnym celem włoskiego supersprintera będzie Tour de France, na którym będzie on głównym faworytem do zwycięstw na płaskich i pagórkowatych odcinkach i to pomimo znacznie silniejszej niż na Giro stawki rywali.

****

Sierhij HONCZAR (Ukraina, De Nardi) - Ukrainiec urodzony w Równem na Wołyniu zawsze prezentował na Giro równą, wysoką formę. Nie rzadko wygrywał "etapy prawdy", 6-krotnie ukończył Giro w czołowej "10", lecz ponieważ w górach przyjeżdżał do mety poza ścisłą czołówką to w ogólnym rozrachunku nie stać go było na miejsca na generalnym podium. W tym roku Sierhij schudł ponoć o 3 kilogramy i na efekty nie trzeba było długo czekać. Najpierw zrobił co do niego należało czyli wygrał czasówkę wokół Triestu (piątą w jego dorobku) i "o mały włos" nie został po raz drugi w swej karierze liderem Giro (w sezonie 1998 przewodził podczas GdI przez dwa dni) ... zabrakło do tego celu trzech sekund. Potem jednak o dziwo nie ustępował najlepszym wspinaczom na najtrudniejszych podjazdach tegorocznej edycji tj. na trasach etapów nr 16 i 18-19. Z uporem, do samego końca (w Presolanie) bronił swej wyśmienitej drugiej lokaty i ostatecznie pokonał w tym starciu faworyzowanego przed wyścigiem Simoniego tym razem ... o szczęśliwe trzy sekundy.

Gilberto SIMONI (Włochy, Saeco) - Główny faworyt wyścigu jechał dobrze, lecz ogólnie rzecz biorąc zawiódł. Czyżby najlepsze lata miał już za sobą? Wszak jest kolarzem 33-letnim. A może po prostu popełnił błąd w przygotowaniach zbyt późno przystępując do poważnego treningu? Tym sposobem chciał wygrać Giro mniejszym nakładem sił by więcej świeżości zachować na Tour. Zwyciężył na pierwszym górskim odcinku (nr 3) z metą w Corno alle Scale i przez kolejne cztery dni jechał w różowej koszulce lidera ("maglia rosa"). Wydawało się, że oddał prowadzenie w wyścigu Cunego (najpierw po siódmym, a potem po szesnastym etapie) poniekąd z powodów taktycznych, lecz odcinek (nr 18) do Bormio 2000 dobitnie wykazał, że to właśnie młodszy z kolarzy Saeco był w tej imprezie naprawdę mocniejszy. Próba przeskoczenia obu Ukraińców podczas górskiej końcówki Giro zakończyła się tylko połowicznym sukcesem - skapitulował Jarosław Popowicz, lecz nie ugiął się Sierhij Honczar. Tym samym Simoni po raz trzeci w karierze zajął trzecie miejsce w Giro - co ciekawe za każdym razem drugą pozycję przegrywał o kilka sekund: w 1999 roku z Paolo Savoldellim o jedną, w 2000 roku z Francesco Casagrande o sześć i teraz ze wspomnianym ukraińskim czasowcem o trzy! Godny podkreślenia jest fakt, iż gdyby nie "kokainowe kłopoty" z sezonu 2002 to Gibo najprawdopodobniej stanąłby ubiegłej niedzieli po raz szósty z rzędu na podium Giro d'Italia!

***

David Dario CIONI (Włochy, Fassa Bortolo) - Ciekawa postać - urodzony w Anglii niczym Maximilian Sciandri, zaś międzynarodową karierę rozpoczynał na trasach wyścigów MTB podobnie jak Australijczyk Cadel Evans. Już wyścig Tour de Romandie, w którym zawodnik dwojga imion zajął piąte miejsce z kilkunasto-sekundową stratą do podium pokazał, że Cioni ma papiery na odegranie ważnej roli w tegorocznym Giro. Dzięki postawie na TdR podczas Giro był jedynym kolarzem Fassa Bortolo, który w górach "miał wolną rękę" tj. nie musiał martwić się o kondycję Petacchiego. Jednak na płaskich odcinkach (pomimo wysokiej pozycji w "generalce") nie stronił od pomocy swojemu koledze i supersprinterowi. Ostatecznie dzięki wybornej postawie w górach zajął czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej. Podczas dwóch ostatnich górskich etapów (do Bormio 2000 i Presolany) ataki Cioniego z kolarzy czołówki wytrzymywał tylko sam lider Damiano Cunego!

Stefano GARZELLI (Włochy, Vini Caldirola) - Po słabszym początku zwycięzca Giro d'Italia z roku 2000 uratował swój tegoroczny występ w tym wyścigu aktywną (i co najistotniejsze skuteczną) jazdą podczas górskiego finału. Przez pierwsze dwa tygodnie "Kobra" nie był sobą, gdyż nie tylko nie dotrzymywał kroku kolarzom Saeco, ale nie był też w stanie pokusić się o skuteczny finisz w Potremoli czy Montevergine di Mercogliano. Walka o podium w tym roku była ponad jego siły, lecz spróbował choć wygrać górski etap. Nie udało się za pierwszym podejściem gdy w piątek zaatakował pod Gavię na drodze do Bormio 2000. Zaryzkował, lecz przegrał i stracił kolejne dwie minuty do Cunego. Jednak pokazał charakter, nie zraził się tym niepowodzeniem i w sobotę zainicjował kolejny atak pod Mortirolo tym razem z towarzystwie Gilberto Simoniego i Tadeja Valjavca. Słoweńca zgubił następnie na podjeździe pod ostatnią premię górską dnia, zaś swego rodaka i ubiegłorocznego pogromcę łatwo ograł na samej mecie w Presolanie. W klasyfikacji generalnej zajął dzięki tej akcji szóstą lokatę.

Bradley McGEE (Australia, FdJeux.com) - Przełomowy wyścig australijskiego specjalisty od (przede wszystkim krótkich) czasówek. Zgodnie z planem i w wielkim stylu tj. ze sporą przewagą wygrał prolog w Genui zostając pierwszym liderem 87. Giro. Stracił koszulkę lidera 24 godziny później po sprinterskim etapie do Alby, lecz odzyskał ją po kolejnym górzystym odcinku do Pontremoli. W sumie aż trzykrotnie zajmował drugie miejsca na etapach tj. na trasie czasówki wokół Triestu (nr 13) jak i na ciężkich górzystych odcinkach do wspomnianego już Pontremoli (nr 2) oraz z finałem pod górskie sanktuarium Montevergine di Mercogliano (nr 7). Był też trzeci na najłatwiejszym z alpejskich etapów z metą w Fondo Sarnonico (nr 17). Co więcej "Kangur" niewiele odstawał od najlepszych górali nawet podczas skrajnie trudnych odcinków w Dolomitach i Alpach! Trzeba dodać, że ex-torowiec poprawiał się w tym terenie z dnia na dzień i tak był: 24. w Falzes (+ 4:18 za zwycięzcą etapu Cunego), 11. w Bormio 2000 (+ 1:00) i 9. w Presolanie (+ 1:43 za zwycięzcą etapu, lecz tylko 0:51 za liderem). Został trzecim w historii Australijczykiem (po Michaelu Wilsonie - sezon 1985 i Philu Andersonie - 1987), który ukończył Giro w czołowej "10". W przyszłości ma szansę nawiązać do sukcesów tego drugiego również na trasie Touru.

Jarosław POPOWICZ (Ukraina, Landbouwkrediet) - Król młodzieżowców z sezonu 2001, dwunasty w debiutanckim Giro 2002 i trzeci przed rokiem. W tegorocznej edycji miał uczynić kolejny krok w stronę szczytów profesjonalnego peletonu, być może nawet godząc włoskich faworytów Simoniego i Garzelliego. Wszystko układało się po jego myśli do Dolomitów. Chociaż "Popo" nie błyszczał zbytnio w Appeninach to i tak po czasówce ze startem i metą w Trieście, na której wykręcił trzeci czas ubrał "maglia rosa" po raz pierwszy w swej krótkiej zawodowej karierze. Utrzymał ją na płaskim terenie by następnie oddać bez najmniejszej próby oporu po etapie do Falzes w Dolomitach. Szansę na jej skuteczną obronę i tak miał nikłą ze względu na bardzo przeciętnych w górach kolegów z drużyny. Niemniej szybko okazało się, że i sam Popowicz wspina się gorzej niż przed rokiem. Najpierw wyprzedził go jego rodak Honczar, zaś po dniu przerwy faworyt gospodarzy Simoni. W geście rozpaczy młody Ukrainiec spróbował jeszcze kontrataku na zjeździe z Passo del Vivione (etap nr 19). Niemniej i ta akcja nie powiodła się, a co gorsza osłabł on na kolejnej (ostatniej już w tegorocznym Giro) górze przez co stracił nawet i czwarte miejsce w "generalce" na rzecz Cioniego.

**

Wladimir BELLI (Włochy, Lampre) - Bodaj najbardziej anonimowy członek "klubu top-10". Podczas swej 13-letniej już kariery odniósł zaledwie tuzin zwycięstw, w tym generalne w Giro del Trentino i etapowe podczas Tour de Suisse. Zawsze jednak przed imprezami wieloetapowymi (a w szczególności swym ojczystym tourem) wymieniany jest wśród kandydatów do czołowych lokat. W Tourze był dziewiąty w sezonie 1999, na Vuelcie dwunasty w 2000 roku, zaś w Giro już po raz czwarty finiszował w czołowej "10". Tym razem podobnie jak w roku 2000 ukończył trzytygodniowe zmagania na siódmym miejscu (wyżej na szóstej pozycji finiszował tylko w sezonie 1997) - pomimo tego, iż za wyjątkiem paru nieśmiałych ataków takich jak ten za Garzellim pod Gavię przejechał cały wyścig w głębokim cieniu innych asów.

Juan Manuel GARATE (Hiszpania, Lampre) - Do spółki z Wladimirem Bellim starał się wypełnić lukę powstałą na skutek poważnej kontuzji nominalnego lidera Lampre - Francesco Casagrande. Bask związany jest z tą ekipą od początku swej profesjonalnej kariery tj. już piąty sezon. W roku 2001 na wiosnę bardzo pomógł Gilberto Simoniemu wygrać jego pierwsze Giro, zaś jesienią odniósł etapowy sukces na Vuelcie. W sezonie 2002 (czyli już po przejściu "Gibo" do Saeco) Garate jechał już w Giro na własne konto i zajął w nim wówczas czwarte miejsce. W tym roku nie było aż tak dobrze, lecz dzięki dobrej postawie w Dolomitach i Alpach udało mu się ostatecznie wskoczyć do czołowej "10". Zajął dziesiątą lokatę i tym samym zatarł złe wrażenie po kiepskim ubiegłorocznym sezonie.

Emanuele SELLA (Włochy, Ceramiche Panaria) - Starszy o osiem miesięcy od Damiano Cunego, lecz dopiero debiutujący w tym roku w zawodowym peletonie. W sezonie 2003 należał do najjaśniejszych postaci we włoskim peletonie zawodników do lat 23. Wśród młodzieżowców odniósł sześć poważnych zwycięstw m.in. wygrał trzy etapy najbardziej górzystego wyścigu w "europejskim kalendarzu" młodych kolarzy tzn. Giro della Valle d'Aosta (który ogólnie ukończył na drugim miejscu). Przez pierwsze dwa tygodnie Sella głównie pracował na rzecz Giuliano Figuerasa, lecz na etapie do Ceseny miał swój wielki dzień. Wygrał ów górzysty odcinek po solowym 45-kilometrowym rajdzie, poważnie nadwątlając siły supermocnej ekipy Saeco. Po wycofaniu się wspomnianego Figuerasa (na skutek zatrucia pokarmowego) na młodego górala spadła niespodziewanie rola lidera swej ekipy. Wywiązał się z niej bardzo dzielnie, atakował (choć bez większego powodzenia) zarówno pod Bormio 2000 jak i Presolanę - a ostatecznie zajął w swym debiutanckim Giro dwunastą pozycję.

Paweł TONKOW (Rosja, Vini Caldirola) - Człowiek-legenda w najnowszej historii Giro d'Italia. Przed tegoroczną edycją swojej ulubionej imprezy w dotychczasowych dziesięciu w niej startach (w latach 1992-2003) aż 9-krotnie zajmował miejsce w czołowej "7" włoskiego touru! Mimo tych zasług nie miał statusu lidera swej ekipy i przez większą część 87. Giro uczciwie pracował na rzecz Stefano Garzelliego. Jeszcze po dwóch tygodniach "Kozak" był zaledwie 22. po Appeninach, a potem 19. po czasówce w Trieście. Z lepszej strony pokazał się dopiero w Dolomitach i Alpach. Wygrał najłatwiejszych z tamtejszych odcinków, ów z metą wyznaczoną w Fondo Sarnonico (etap nr 17) w dolinie Non. Bez trudu odjechał tego dnia od grupki "średniaków", a potem zgubił Alessandro Bertoliniego i ze sporą przewagą nad nim wygrał swój siódmy w karierze etap Giro. Ponieważ następnie w dobrym zdrowiu wytrzymał (choć już bez "fajerwerków") dwa ostatnie górskie etapy to w klasyfikacji generalnej przesunął się ostatecznie na trzynastą lokatę.

Tadej VALJAVEC (Słowenia, Phonak Hearing Systems) - Mistrz Słowenii podobnie jak Dario David Cioni jest na co dzień górskim pomocnikiem jeszcze lepszych etapowców. Dzięki dobremu występowi w Tour de Romandie (czwarte miejsce) ex-zwycięzca Baby-Giro zyskał sobie unikalną szansę przejechania jednego z Wielkich Tourów w roli lidera swej drużyny. Z początku nie do końca wykorzystywał tą okazję, gdyż jeszcze po czasówce (etap nr 13) plasował się tylko na piętnastym miejscu w klasyfikacji łącznej. Dopiero aktywniejsza postawa na etapach prowadzących przez Dolomity i Alpy pozwoliła mu awansować najpierw na bezpośrednie zaplecze czołowej "10", by po śmiałej akcji przez Mortirolo, Vivione i Presolanę w towarzystwie Garzelliego i Simoniego wskoczyć na dziewiątą pozycję w klasyfikacji końcowej.

*

Raffaele ILLIANO (Włochy, Colombia-Selle Italia) - W klasyfikacji generalnej dopiero 35. z ponad godzinną stratą (+ 1h 05:13), ale należy mu się wyróżnienie za wielką aktywność na trasie całego wyścigu. Zabierał się w wiele ucieczek, z których najbardziej zapadły w pamięci: akcja w parze z Vanottim na 9 etapie do Carovigno oraz śmiały atak na przedostatnim 19 etapie podczas, którego wygrał m.in. premię górską imienia Marco Pantaniego na Passo del Mortirolo. Dzięki udziałowi w niezliczonych akcjach zaczepnych zebrał tyle bonifikat na premiach intergiro, iż był w stanie pokonać w tej klasyfikacji wszystkich "drugorzędnych" sprinterów z Crescenzo d'Amore (Acqua e Sapone) i Mariano Piccolim (Lampre) na czele.

Eddy MAZZOLENI (Włochy, Saeco) - Robotnik klasy "de luxe" czyli najmocniejszy z pomocników Damiano Cunego i Gilberto Simoniego - wręcz przyboczny tego pierwszego. Pomimo wykonywania "czarnej roboty" był również w stanie zająć kilka miejsc w ścisłej czołówce górskich odcinków. Finiszował bowiem jako piąty w Pontremoli (etap nr 2) oraz szósty w Corno alle Scale (nr 3), Bormio 2000 (nr 18) i Presolanie (nr 19). Gdyby nie zatrucie w środkowej fazie wyścigu i kwadrans stracony z tego powodu na etapie 11 do Ceseny Mazzoleni skończyłby ten wyścig co najmniej w czołowej "15" (przed rokiem gdy w Vini Caldirola miał więcej swobody był w GdI ogólnie dziewiąty). Jako kolarz nr 3 w zespole Saeco miał wielki udział w wygraniu przez tą ekipę klasyfikacji drużynowej. Podsumowując był na trasie 87. Giro tym dla swego kolegi z hotelowego pokoju - Cunego, kim na Tour de France jest dla Lance'a Armstronga Hiszpan Jose Luis Rubiera. Niewątpliwie przynajmniej połowa z uczestniczących w Giro drużyn chciałaby by mieć kolarza tej klasy jako swego lidera!

Robbie McEWEN (Australia, Lotto) - Trzeci rok z rzędu "kieszonkowy sprinter" z Antypodów przyjechał do Włoch powalczyć podczas pierwszych dwóch tygodni Giro. W latach 2002-2003 udało mu się wygrać w zaciętych bojach najpierw z Mario Cipollinim, a potem Alessandro Petacchim po dwa etapy w każdej z tych edycji. Tym razem nie miał żadnych szans w bezpośredniej walce z "udoskonalonym" Petacchim i triumfował jedynie w Spoleto (na etapie nr 5) gdy wcześniej w walce o dogodną pozycję pogubił się jego wielki rywal. W pozostałych przypadkach bywał co najwyżej drugi jak np. w Civitella in Val di Chiana (nr 4), Treviso (nr 12) i San Vendemiano (nr 15). Tą samą lokatę zajął również w Policoro na ósmym etapie, ale został ostatecznie zdyskwalifikowany za niedozwoloną zagrywkę rodem z torowej sześciodniówki. Tradycyjnie już nie starał się ukończyć tego wyścigu, bowiem docelową imprezą w sezonie jest dla niego Tour de France, zaś Giro służy tylko za próbę generalną przed "Wielką Pętlą".

Olaf POLLACK (Niemcy, Gerolsteiner) - Pierwszy naprawdę wielki wyścig tego już przeszło 30-letniego zawodnika jak dotąd znanego przede wszystkim w naszej strefie geograficznej. Niemiec o mile nam brzmiącym nazwisku wygrał wszak m.in. osiem etapów w Niedersachsen Rundfahrt (Dookoła Dolnej Saksonii) i cztery w Wyścigu Pokoju, a nawet klasyfikację generalną w pierwszej ze wspomnianych etapówek przed dwoma laty. Podczas tegorocznego Giro najpierw powtórzył swój wynik z Tour de Romandie w prologu zajmując drugie miejsce za będącym poza zasięgiem wszystkich Bradley'em McGee. Kolejne drugie miejsce już dzień później na mecie w Albie dało mu koszulkę lidera, której jednak nie zdołał utrzymać w swym posiadaniu na górzystym etapie do Pontremoli. Później skupił się już wyłącznie na walce w sprinterskich końcówkach płaskich etapów. Jej wynikiem były następne drugie lokaty w Spoleto (etap nr 5) i Valmontone (nr 6) oraz trzecie w Policoro (nr 8) i San Vendemiano (nr 15) - dzięki czemu wywalczył trzecie miejsce w klasyfikacji punktowej ustępując w niej tylko Pettachiemu i Cunego.

Fred RODRIGUEZ (USA, Acqua e Sapone) - Urodzony w stolicy Kolumbii - Bogocie Kalifornijczyk przed dwoma laty na trasie klasyku Milano - San Remo uległ tylko "Super-Mario" Cipolliniemu będącemu u szczytu swych możliwości. Po tegorocznym Giro kojarzył nam się będzie przede wszystkim jako jedyny sprinter, który w tym wyścigu potrafił zwyciężyć w bezpośrednim starciu wspaniałego Petacchiego. Uczynił to na mecie dziewiątego etapu w Carovigno, a kluczem do sukcesu był niespodziewany atak z czwartej pozycji w chwili gdy "Aleksander Wielki" dopiero szykował się do wyjścia z koła swego pomocnika. Cała akcja została przeprowadzona z zegarmistrzowską wręcz precyzją i zaskoczony Petacchi nie miał już czasu by dogonić sprytnego Amerykanina. Z dobrej strony Rodriguez pokazał się też na mecie chorwackiego etapu z metą w Puli, lecz tego dnia zajął tylko drugie miejsce, gdyż nie potrafił nawet wyjść z koła najszybszego obecnie kolarza w zawodowym peletonie.

Marco VELO (Włochy, Fassa Bortolo) - Kolarz ten w czasach gdy jeździł w Mercatone Uno u boku świętej pamięci Marco Pantaniego aż czterokrotnie zostawał mistrzem Włoch w jeździe indywidualnej na czas, a było to w latach 1998-2001. W sezonie 2001 w obliczu kiepskiej dyspozycji swego lidera przejechał Giro w roli "wolnego strzelca" i zdołał ukończyć ów wyścig na wysokim jedenastym miejscu. Po przejściu do Fassa Bortolo (od roku 2002) nadal przede wszystkim pomaga innym. W tegorocznej edycji Giro stał się "mężem opatrznościowym" wielu zwycięstw Alessandro Petacchiego. To on jako ostatni "wagon" odpadał od "srebrnego pociągu" Fassa Bortolo (doprowadzając swojego lidera do ostatnich 150-200 metrów przed metą), choć przed wyścigiem można było widzieć w tej roli jego teoretycznie szybszych rodaków tj. Fabio Sacchiego czy Matteo Tosatto. Raz nawet w zamieszaniu na mecie w Puli (etap nr 14), które wynikło na skutek upadku jednego z rywali Velo potrafił się wykazać takim zasobem sił i przytomnością umysłu, iż sam zajął na mecie trzecie miejsce i to pomimo tego, że swój finisz z konieczności zaczął znacznie wcześniej niż wszyscy "prawdziwi" sprinterzy.

Fabian WEGMANN (Niemcy, Gerolsteiner) - Zawodnik podobnego pokroju co opisany wyżej Raffaele Illiano. Sytuacja na trasie tak się ułożyła, iż to Niemiec (choć szybszy, a nieco słabszy w górach) walczył o zwycięstwo w klasyfikacji górskiej, zaś Włoch w klasyfikacji intergiro. Kolarz grupy Geolsteiner poszedł w ślady takich "średnich" specjalistów od jazdy po górach co Mariano Piccoli (1995-96) czy Kolumbijczyk Freddy Gonzalez (2001 i 2003). Udowodnił bowiem, iż aby wygrać podczas Giro koszulkę najlepszego górala (maglia verde) trzeba po prostu jej bardzo pragnąć i obrać celem jej wywalczenia mądrą taktykę. Wegmann (36. w "generalce", + 1h 06:50) wygrywał premie górskie na łatwiejszych etapach po finiszach ze spokojnego peletonu, zabierał się w ucieczki na pagórkowatych odcinkach (jak choćby ten do Ceseny) i w końcu na górskich etapach nr 16 i nr 18-19 po to tylko by dotrzeć choć do pierwszej góry dnia (tj. Forcella Staulanza, Passo di Valparola, Passo del Tonale czy Passo del Mortirolo) przed prawdziwymi asami w górskim fachu. Sukces osiągnął niejako za przyzwoleniem Damiano Cunego - młody włoski lider docenił odrobinę niemieckiego wkładu w swej drodze do "maglia rosa" na mecie etapu szesnastego w Falzes.

POWRÓT