|
Przed rozpoczęciem 88. Giro d'Italia jako mniejszych bądź większych faworytów tego wyścigu wymieniłem w sumie dwadzieścia jeden postaci zdolnych do odegrania znaczącej roli w klasyfikacji generalnej. Blisko miesiąc później po tym jak międzynarodowy peleton przemierzył cały blisko 3500-kilometrowy szlak przez Włochy od Reggio di Calabria po Mediolan z odcinkami specjalnymi w Apeninach, Dolomitach i Alpach Zachodnich czas przyjrzeć się kto w istocie należał do głównych bohaterów tegorocznej "Corsa rosa". Mistrzowie i przegrani oraz niespodzianki i zawody. Przyjrzyjmy się bliżej tym, którzy cieszyli nasze oczy przez przeszło trzy tygodnie współtworząc jedno z najciekawszych wieloetapowych widowisk ostatniej dekady. WSZYSTKIE GWIAZDY 88. GIRO d'ITALIA Paolo Savoldelli (Discovery Channel - 1 miejsce): "Sokół uderza raz na trzy lata" - taką tezę można wysnuć z występów tego wyśmienitego zjazdowca rodem z Clusone w Lombardii. W sezonie 1999 "Il Falco" zajął w Giro drugie miejsce wygrywając przy okazji etap czternasty w zachodnich Alpach z metą w Borgo San Dalmazzo. Po wyrzuceniu z wyścigu Marco Pantaniego (za hematokryt na poziomie wyższym niż 50%) został nawet na dwa dni przed zakończeniem tej imprezy jej liderem, ale na królewskim odcinku do Apriki (m.in. przez przełęcze Gavia i Mortirolo) stracił do Ivana Gottiego ponad cztery minuty i ledwie obronił się przed kolejnym z "górali" Gilberto Simonim. Rok później jeszcze dla barw Saeco wygrał Tour de Romandie, lecz w roli głównej na Giro wystąpił dopiero w sezonie 2002 jadąc w bardzo przeciętnym zespole Index-Alexia. Jednak wtedy wsparcie drużyny nie było szczególnie istotne bowiem "Savo" ubrał koszulkę lidera dopiero po ostatnim etapie górskim do Folgarii na Passo Coe (tym samym na którym spektakularny kryzys głodowy przeżył lider Australijczyk Cadel Evans) i prowadzenia musiał bronić tylko na czasówce i dwóch łatwiejszych odcinkach. Poprzednie dwa lata Paolo spędził w szeregach Telekomu i T-Mobile, lecz w tym czasie na skutek kontuzji i chorób mógł się wykazać jedynie ósmym miejscem w Deutschland Tour 2003 oraz szóstym w Tour of Britain 2004. Wielki powrót Savoldelli stał się faktem pomimo, iż rezerwy Discovery Channel po wycofaniu się jeszcze przed półmetkiem Amerykanina Toma Danielsona i tak okazały się mu w wysokich górach zupełnie nie przydatne. Swój ostatni sukces 32-letni już "Il Falco" (urodziny obchodził w dniu startu Giro) zawdzięcza przede wszystkim regularności, wszechstronności i "chłodnej głowie". Na trasie 88. Giro d'Italia nie miał w zasadzie słabszego dnia, choć stracił niepotrzebnie 0:43 w końcówce etapu czwartego do Frosinone. Pojechał bardzo dobrze we wszystkich czasówkach tzn. był trzeci na pierwszym "etapie prawdy" (z Lamporecchio do Florencji) oraz czwarty w prologu (Reggio di Calabria) i na etapie osiemnastym (z Chieri do Turynu). W górach jechał nie gorzej (wygrał etap jedenasty do Zoldo Alto), a przede wszystkim czujnie i "z głową". Koszulkę lidera tym razem przywdział już po trzynastym etapie (do Ortisei) i skutecznie bronił jej przez kolejny tydzień. Zaimponował szczególnie na decydującym o losach wyścigu podjeździe pod Colle delle Finestre. Na tym długim (18,5 kilometra) i bardzo stromym (średnio 9,2 %) podjeździe nie rzucił się od razu w pogoń za góralami, którzy zaatakowali go tuż po rozpoczęciu tej wspinaczki. Do szczytu zdążał własnym tempem i stopniowo wyłapał i minął większość spośród kilkunastu rywali, którzy mu chwilowo odjechali. Na szczycie do czołowej trójki (Di Luca, Simoni, Rujano) tracił jednak blisko 2:20 i tym samym chwilowo również koszulkę lidera na rzecz Simoniego, lecz na zjazdach odrobił ile trzeba, a w końcówce na dojeździe do Sestriere pomogli mu jeszcze (chcący czy niechcący) zawodnicy innych ekip, przede wszystkim zaś duet z Davitamon-Lotto: Kolumbijczyk Mauricio Ardila i Belg Wim Van Huffel. "Savo" jest bowiem we włoskim peletonie lubiany może poniekąd za swoją skromność. Przykłady? We wspomnianym GdI 1999 nie ubrał "maglia rosa" mówiąc, iż na nią nie zasłużył, bowiem nie wywalczył jej na trasie, teraz zaś przyznaje (pomimo już dwóch zwycięstw w tym Wielkim Tourze), że nie jest wielkim mistrzem gdyż w przeciwieństwie do swych poprzedników nie stać go na spektakularne akcje w górach, bowiem zna swoje ograniczenia i wie, że aby wygrać musi sporo kalkulować. W lipcu pojedzie na Tour de France wspierać Lance'a Armstronga w walce o siódmy z rzędu triumf w "Wielkiej Pętli". Jednym słowem we Francji ma być tylko człowiekiem od czarnej roboty, lecz może i tam nas zaskoczy wszak na swój ojczysty tour jechał z nadziejami walki co najwyżej o podium a jak się ta cała historia skończyła doskonale wiemy.
Gilberto Simoni (Lampre - 2 miejsce): Krnąbrny "Gibo" już po raz szósty stanął na podium Giro d'Italia - wcześniej wygrywywał w latach 2001 i 2003 oraz bywał trzeci w latach 1999-2000 i 2004. Praktycznie jest stałym bywalcem "na pudle" tej wieloetapówki bo można śmiało przyznać, że bliski zwycięstwa byłby też w roku 2002 gdy szefowie Saeco musieli go wycofać z wyścigu po kokainowej wpadce (po jedenastym wygranym przez siebie etapie do Campitello Matese był trzeci w "generalce", a alpejskie podjazdy dopiero czekały na uczestników). W tegorocznym GdI Simoni już na pierwszym górskim (jedenastym) etapie wygrał wewnętrzną rywalizację z ubiegłorocznym triumfatorem Damiano Cunego o przywództwo w zespole Lampre. Niemniej w przeciwieństwie do edycji, w których wygrywał Simoni nie górował nad rywalami podczas górskich "wspinaczek". Na etapie do Zoldo Alto (11) uciekli mu Ivan Basso i Paolo Savoldelli. Na podjeździe do Ortisei (etap 13) zdystansował go Savoldelli, zaś Danilo Di Luca "dotrzymał kroku". Dzień później na trasie do Livigno (etap 14) udało mu się zgubić Savoldelliego, ale nie Di Lucę czy Juana Manuela Garate. Natomiast podczas ostatnich górskich sprawdzianów w Alpach Zachodnich na etapach do Limone Piemonte (etap 17) i Sestriere (etap 19) lepszy od 34-latka z Palu di Giovo był rewelacyjny Jose' Rujano. W tej sytuacji "Gibo" nie był w stanie wyrobić sobie wystarczającej przewagi nad najgroźniejszymi rywalami "na swoim terenie" i w ostatecznym rozrachunku blisko trzy i pół minuty straty poniesionej na 80 kilometrach czasówek w stosunku do Savoldelliego okazało się zgubne w skutkach. Jose' Rujano Guillen (Colombia - 3 miejsce): Przed kilkunastu laty Wenezuelczyk Leonardo Sierra wygrał szesnasty etap 73. Giro d'Italia wiodący przez pięć górskich premii (w tym słynne Mortirolo) do Apriki. W wyścigu tym Sierra zajął dziesiąte miejsce w klasyfikacji generalnej, zaś rok później był nawet siódmy w "generalce" udowodniając tym samym, że świetni górale z Ameryki Łacińskiej niekoniecznie muszą pochodzić z Kolumbii. Któż mógł jednak przypuszczać, że już w tym roku jego osiągnięcia usunie w cień zaledwie 23-letni góral "wagi muszej" (48-50 kg przy ledwie 160 cm wzrostu) czyli Jose' Rujano. Po dwóch generalnych zwycięstwach w rodzimej Vuelta a Tachira (2004-05) Rujano wypłynął na międzynarodowe wody u progu tego sezonu zajmując drugie miejsce w lutowym Tour de Langkawi. W swym głównym teście przed wielkim Giro czyli Giro del Trentino Rujano był ósmy i przy całym uznaniu dla tych jego osiągnięć mógł być postrzegany co najwyżej jako jeden z kandydatów do zwycięstwa w klasyfikacji górskiej Giro, która w ostatnich latach została zdominowana przez wspinaczy z drugiego szeregu peletonu. Zanim tegoroczny wyścig wjechał w wysokie Dolomity na etapie trzynastym ta teoria zdawała się potwierdzać, bowiem po wstępnej rozgrywce w Apeninach i pierwszym z dolomickich etapów (do Zoldo Alto) choć Rujano był już posiadaczem "maglia verde" to w generalce był ledwie osiemnasty ze stratą 8:08 do ówczesnego wicelidera, a późniejszego zwycięzcy Savoldelliego. Jednak dzięki uczestnictwu w dwóch odważnych ucieczkach na etapach do Ortisei i Livigno (na obu odcinkach był trzeci) zwycięstwo w klasyfikacji górskiej miał już w tylnej kieszonce swej zielonej koszulki, ale co istotniejsze w najważniejszym ze wszystkich rankingów był już piąty ze stratą tylko 2:18 do "Sokoła". W końcówce Giro był już bezsprzecznie najmocniejszym z górali - na trasie do Limone Piemonte koło utrzymał mu tylko Simoni, zaś na ostatniej górze wyścigu czyli podjeździe do Sestriere nie było już na niego mocnych! Podczas obu tych dni nadrobił w sumie 3:09 nad kolarzem Discovery Channel, którego uratował tylko zysk 1:36 wypracowany na czasówce do Turynu. Wenezuelskiej "kozicy" na pocieszenie poza trzecim miejscem w generalce, zwycięstwami w klasyfikacji górskiej, walecznych i na etapie dziewiętnastym przypadło też miano pierwszego kolarza z Ameryki Łacińskiej na podium Giro d'Italia. Z tamtej strony Atlantyku przed nim dokonali tego bowiem tylko Amerykanie rodem z USA: Greg Lemond (w roku 1985), Andrew Hampsten (1988-89) i Tyler Hamilton (2002). Danilo Di Luca (Liquigas - 4 miejsce): Jedna ze starych prawd kolarskich głosi, że koszulka lidera wyścigu etapowego dodaje jej posiadaczowi spory zasób sił i moblizuje go do dokonań o które sam ów zawodnik by się nie podejrzewał - vide Thomas Voeckler w ubiegłorocznym Tour de France. Tegoroczne Giro wykazało tymczasem, iż podobną magiczną moc kryje w sobie biała koszulka lidera Pro Touru. Danilo Di Luca na tym wyścigu przeszedł samego siebie walcząc do końca o podium w 88. Giro d'Italia. Ten 28-letni zawodnik z górzystej Abruzji dotąd uważany był przecież za jednego z najlepszych specjalistów od górzystych klasyków (wygrał Giro di Lombardia w sezonie 2001, zaś już w tym roku Amstel Gold Race i Fleche Wallonne) oraz krótszych etapówek (marsz ku pozycji na szczycie światowego rankingu zaczął wszak od triumfu w Vuelta al Pais Vasco). Wyścigi wieloetapowe nie były jego domeną. Owszem wygrał po etapie w GdI 2000 i 2001 oraz VaE 2002, ale wszystko to były sukcesy na etapach średniogórskich i w dodatku w pierwszym tygodniu każdej z tych imprez. Dość powiedzieć, że w klasyfikacji generalnej Wielkich Tourów najwyżej uplasował się do tego roku na dwudziestym miejscu we wspomnianej wyżej Vuelcie! Będąc w życiowej formie stał się największą gwiazdą pierwszej połowy tegorocznego Giro wygrywając dwa górzyste etapy: trzeci z metą w Giffoni valle Paina i piąty do położonej w jego rodzinnych stronach L'Aquili, a także finiszował trzeci w Pistoi. Poza tym w sumie przez pięć dni jechał w wymarzonej "maglia rosa". Wielu spodziewało się, że w prawdziwych górach szybko ją straci i w ramach ekipy Liquigas spadnie do roli pomocnika Stefano Garzelliego (zwycięzcy GdI z roku 2000) czy Davida Dario Cioniego (czwartego w GdI przed rokiem). Tylko pierwsza część tej przepowiedni się sprawdziła. Di Luca po etapie do Zoldo Alto oddał pozycję lidera Ivanowi Basso, lecz w sumie spisał się tego dnia bardzo dzielnie finiszując na czwartej pozycji. Następnie przyjechał jedenasty do Ortisei (jako trzeci z grupy lidera) oraz piąty do Livigno (przed nim byli tylko najlepsi z uciekinierów). Jedyny zauważalny kryzys przeżył tylko na etapie do Colle di Tenda (Limone Piemonte) gdzie zameldował się szesnasty tracąc blisko dwie minuty do swych konkurentów w walce o podium tzn. Simoniego i Rujano. Wprawdzie kolejną minutę "z dużym hakiem" stracił też do nich (pokonany przez skórcze) na etapie do Sestriere, lecz na mecie tego odcinka był trzeci zadziwiając wcześniej wszystkich obserwatorów piękną jazdą pod Colle delle Finestre. Majowe sukcesy tak rozochociły Di Lukę, iż zapowiedział że za rok wróci na Giro by je wygrać! Jeśli by się tak stało poszedłby w ślady Gianniego Bugno czy Laurenta Jalaberta, którzy z biegiem lat sukcesy w klasykach zaczęli łączyć z walką o zwycięstwa w wieloetapówkach. Juan Manuel Garate (Saunier Duval - 5 miejsce): W ekipie Saunier Duval jesteśmy świadkami ciekawej sytuacji. Najlepszy góral wśród będących w składzie tej drużyny kilku Włochów Leonardo Piepoli upodobał sobie krótsze hiszpańskie etapówki (niejedną już wygrał, zaś podczas tegorocznego Giro ukończył na drugim miejscu Volta a Catalunya), zaś hiszpański Bask Juan Manuel Garate lepiej niż we własnej ojczyźnie czuje się w Italii. Garate podobnie jak mistrz świata z Hamilton Igor Astarloa miał kłopoty z podpisaniem zawodowego kontraktu w Hiszpanii i to pomimo tego, iż zawsze był kolarzem o specjalności etapowej. Pierwszego pracodawcę znalazł więc dopiero w wieku 24 lat i to we Włoszech stając się aż na pięć lat (2000-04) zawodnikiem grupy Lampre. W jej to barwach stał się najwartościowszym pomocnikiem Simoniego na drodze do zwycięstwa "Gibo" w GdI 2001. Sam ukończył ten wyścig na dwudziestej pozycji. Rok później, po odejściu Simoniego do Saeco i wobec nierównej formy Rosjanina Pawła Tonkowa walczył już o podium podczas 85. edycji tego wyścigu! Ostatecznie zajął czwarte miejsce przegrywając potyczkę z Pietro Caucchiolim o najniższy stopień podium o 1:02. Po fatalnym sezonie 2003 na trasę Giro powrócił udanie przed rokiem zajmując dziesiąte miejsce w "generalce". Do 88. Giro d'Italia przystąpił już w barwach hiszpańskiego zespołu i nie zawiódł. Najlepiej spisał się na odcinku trzynastym do Ortisei finiszując jako drugi. W trakcie tego etapu wygrał też poświęconą Marco Pantaniemu premię górską na Passo delle Erbe. Z kolei na kluczowym dla losów wyścigu etapie dziewiętnastym przyjechał do Sestriere jako czwarty wygrywając finisz z grupy lidera. Jednak takie wyczyny w górach przy ledwie przyzwoitej postawie na czasówkach nie mogły mu dać miejsca na generalnym podium. Sierhij Honczar (Domina Vacanze - 6 miejsce): Jeszcze przed rozpoczęciem tego wyścigu można było z dużą dozą pewności zakładać, że Ukrainiec i tym razem ukończy Giro w czołowej "10". Wszak od swego debiutu w tej imprezie tylko raz (w 2002 roku) nie zdołał się w niej zmieścić. Przed rokiem po raz pierwszy stanął nawet na podium w Mediolanie i to na drugim miejscu minimalnie (o trzy sekundy) wyprzedzając Simoniego. Co ciekawe ten uznany czasowiec, który był mistrzem świata w Plouay (2000), wicemistrzem w San Sebastian (1997) oraz brązowym medalistą w Valkenburgu (1998), a także wygrał GP des Nations (1999) dokonał tego podczas edycji Giro, w której było zaledwie 58,9 kilometra jazdy indywidualnej na czas. W tym roku było ich aż 80,15 km, a mimo to urodzony w Równem na Wołyniu Honczar nie potrafił skorzystać z takiej okazji. Jak zwykle w górach niewiele tracił do najlepszych górali i nie miał żadnego wyraźnie słabszego dnia tzn. najwyżej finiszował w Sestriere jako szósty, zaś najniżej w Ortisei jako czternasty. Jednak na swe nieszczęście nie potrafił owych umiarkowanych strat skutecznie zredukować udanymi występami w czasówkach, które dotąd były jego domeną. W latach 1997-99 oraz 2003-04 Honczar wygrywał po jednym "etapie prawdy" na włoskim tourze i tego rodzaju sukcesy wydatnie poprawiały jego pozycje w "generalce" GdI. Tym razem na czasówce toskańskiej (z Lamporecchio do Florencji) był tylko piąty ze stratą 51 sekund do Davida Zabriskie, zaś na czasówce piemonckiej (z Chieri do Turynu) wykręcił tylko szósty czas o 40 sekund gorszy od Ivana Basso. Skoro więc jego najmocniejsza broń tym razem nie wypaliła to podium okazało się nieosiągalne. Wladimir Karpiec (Illes Balears - 7 miejsce): Duet Jose Miguel Echevarri (menadżer) i Eusebio Unzue (dyrektor sportowy) wychował kiedyś na wielkiego mistrza takiego dryblasa jak Miguel Indurain, a teraz szykuje światu kolejną niepodziankę w postaci zawodnika formatu XL rodem z Sankt Petersburga. Karpiec podobnie jak jego starsi krajanie znad Bałtyku (Wiaczesław Jekimow czy Jewgienij Bierzin) wychował się na kolarskim torze. Jeden z pierwszych sukcesów na szosie odniósł w naszym kraju gdy jadąc w barwach rosyjskiej grupy Itera zajął ósme miejsce w Tour de Pologne 2001. Po dwóch latach przeszedł do iBanesto.com, które przed rokiem przemianowane zostało na Illes Balears i właśnie ubiegły sezon stał się dla wysokiego i długowłosego ex-torowca przełomowy. Karpiec zajął najpierw drugie miejsce w czerwcowej jeszcze wówczas Volta a Catalunya by niedługo potem zająć trzynastą pozycje w Tour de France. Na "Wielkiej Pętli" okazał się przy okazji najlepszym z młodych zawodników (tj. do lat 25) a ponieważ urodził się we wrześniu 1980 roku będzie mógł w tym roku bronić tego tytułu. Giro miało być dla młodego Rosjanina jedynie etapem przygotowań do Touru i tak jakoś przy okazji udało mu się zająć w nim bardzo wysokie przecież siódme miejsce! Zważywszy, że swój najlepszy na GdI dzień miał pod koniec ciężkich trzytygodniowych zmagań (był drugi na czasówce do Turynu - tylko 9 sekund za Basso) można przypuszczać, że jego forma do lipca jeszcze wzrośnie. Pietro Caucchioli (Credit Agricole - 8 miejsce): Blisko 30-letni dziś Caucchioli był objawieniem 84. Giro d'Italia. Wtedy to w swym trzecim roku startów w zawodowym peletonie (już po przejściu z ekipy Amica Chips do Alessio) wygrał aż dwa górzyste etapy swego narodowego touru tzn. ósmy do Reggio di Emilia oraz siedemnasty wokół San Remo. W całym GdI 2001 zajął zaś dziewiąte miejsce. Rok później potrafił wykorzystać znakomitą okazję gdy na GdI 2002 usunięto z wyścigu kilku jego wyżej notowanych rodaków (Stefano Garzelli i Gilberto Simoni "wylecieli" po wpadkach dopingowych, zaś Francesco Casagrande za złośliwy faul tj. spowodowanie upadku jednego z Kolumbijczyków) i pojawiła się szansa na walkę o generalne podium. Caucchioli zajął wtedy ostatecznie trzecie miejsce ze stratą 2:21 do Savoldelliego. Po słabszym sezonie 2003 przed rokiem zajął jedenaste miejsce (drugie wśród Włochów po Basso) w Tour de France. Zimą 2004/2005 stał się jednym z żywych przykładów zmian jakie na transferowym rynku wymusił Pro Tour. Włocha zapragnęli mieć u siebie szefowie francuskiej ekipy Credit Agricole potrzebując lidera na Giro czyli imprezę, w której przedtem nie mieli obowiązku ani ochoty startować. Chociaż tym razem najniższy nawet stopień podium GdI był zdecydowanie poza zasięgiem Caucchioliego trudno powiedzieć by sprawił on zawód swemu nowemu sponsorowi. W drodze do Mediolanu najlepiej zaprezentował się na etapie trzynastym (do Ortisei) gdzie finiszował czwarty zaledwie 27 sekund po zwycięzcy Kolumbijczyku Ivanie Parra. Marzio Bruseghin (Fassa Bortolo - 9 miejsce): Przed startem 88. Giro d'Italia wydawało się, że szef Fassa Bortolo Giancarlo Ferretti cały swój zespół odda do dyspozycji najlepszego sprintera we współczesnym peletonie czyli Alessandro Petacchiego poświęcając zarazem wszelkie szanse na walkę o wysoką pozycję w klasyfikacji generalnej. Szybko jednak okazało się, iż "Peta" nie będzie miał w tym roku drogi do etapowych zwycięstw usłanej różami, zaś jednocześnie jeden z jego pomocników Marzio Bruseghin właśnie niewiele odstaje od najmocniejszych zawodników tego wyścigu. Bruseghin (kolega Dariusza Baranowskiego z lat 1999-2002 spędzonych w Banesto) był już wcześniej szesnasty na Giro w 2001 roku. Znany jest przede wszystkim z bardzo dobrej jazdy indywidualnej na czas - przed rokiem był szósty na Mistrzostwach Świata, zaś dwa lata temu drugi na ostatnim etapie Giro czyli czasówce do Mediolanu. Poza tym nieźle też jeździ po górach dzięki czemu zanotował też ósme miejsca w prestiżowych etapówkach: VaC 2001 i CdDL 2002. Podczas tegorocznego Giro wyróżnił się już na piątym etapie (do L'Aquila) gdy dał się wyprzedzić tylko Di Luce. Dzień później "wykoleił srebrny pociąg Fassa Bortolo" na 3 kilometry przed metą w Marina di Grosseto. Jak zwykle jednak udanie zaprezentował się w czasówkach zajmując czwarte miejsce we Florencji oraz siódme w Turynie. Poza tym na czterech z pięciu wysokogórskich odcinków przyjechał na metę tuż poza czołową "10" i to ostatecznie wystarczyło do zajęcia dziewiątej lokaty w całym wyścigu. Emanuele Sella (Ceramiche Panaria - 10 miejsce): Malutki kolarz rodem z Vicenzy nie był tym razem aż tak aktywny na trasie jak przed rokiem gdy zaliczył imponujący debiut w Giro d'Italia. Wówczas to Sella popisał się 45-kilometrowym solowym rajdem przez Apeniny po którym wygrał etap jedenasty do Ceseny w rodzinnych stronach Marco Pantaniego. Było to jego pierwsze i od razu jakże prestiżowe i piękne zwycięstwo w zawodowym peletonie! W całym zeszłorocznym wyścigu zajął zaś dwunaste miejsce ze stratą 10:26 do zwycięzcy i swego rówieśnika Damiano Cunego. W tym roku w obliczu sporego zawodu jakim była postawa Meksykanina Julio Alberto Pereza Cuapio - Sella stał się jedyną nadzieją ekipy Ceramiche Panaria na miejsce w czołówce wyścigu Dookoła Włoch. Tym razem nie udało mu się wygrać etapu bowiem jako zawodnik, który dał się już poznać z najlepszej strony nie mógł liczyć na pobłażliwość możnych. Najlepiej wypadł na etapie czternastym (do Livigno) gdzie zajął ósme miejsce, a niewiele gorzej spisał się też na odcinku dziewiętnastym do Sestriere, w którym to kurorcie finiszował jako dziesiąty. Na pozostałych trzech górskich etapach zajmował miejsca dwunaste-trzynaste i w tym układzie mógłby liczyć nawet na siódme miejsce w "generalce" (zabrakło mu do tej pozycji tylko 1:18) gdyby nie straty poniesione na obu "etapach prawdy". Dlatego powinien postarać się ów element swego kolarskiego rzemiosła poprawić, bowiem na tegorocznym Giro do zwycięzcy Paolo Savoldelliego aż 5:10 spośród ogółem 12:33 stracił na 79 kilometrach czasówek. Wim Van Huffel (Davitamon - 11 miejsce): Przed miesiącem zawodnik znany chyba tylko we Flandrii i to co bardziej wnikliwym obserwatorom tamtejszej sceny kolarskiej. 26-letni dziś Van Huffel zaczynał zawodową karierę na jesieni 2001 roku jako stażysta w ekipie Lotto. Niemniej kolejne trzy lata spędził w znacznie słabszej drużynie Vlaanderen-T Interim. W tym czasie odniósł tylko jedno zwycięstwo wygrywając skromny wyścig Hel van Het Margelland w kwietniu 2003 roku. Przed rokiem zajął ósme miejsce w klasyfikacji generalnej Österreich Rundfahrt co było zwiastunem jego nieprzeciętnych umiejętności w jeździe po wysokich górach. W tym sezonie wrócił do zespołu, w którym stawiał pierwsze kroki w zawodowym peletonie choć już pod nazwą Davitamon-Lotto. Pod koniec marca zajął czwartą lokatę w mocno pagórkowatej jednodniówce Brabantse Pijl (Brabancka Strzała), ale na Giro o wysokie pozycje mieli raczej walczyć czternasty przed rokiem Christophe Brandt bądź Kolumbijczyk Mauricio Ardila. Tymczasem to Van Huffel zadziwiał nas jazdą w najtrudniejszym terenie. Finiszował jako szósty w Zoldo Alto (etap 11), czwarty na Colle di Tenda (17) oraz piąty w Sestriere (19). Jedyny nieco słabszy dzień miał na trasie do Ortisei (13), ale nawet tam do Savoldelliego, Simoniego czy Di Luki stracił tylko nieco ponad dwie minuty. Niestety na czas spisywał się jeszcze słabiej niż Sella i dlatego zabrakło go w czołowej "10" 88. Giro d'Italia. Markus Fothen (Gerolsteiner - 12 miejsce): Kolejny imponujący debiutant w świecie wieloetapówek. Przed niespełna dwoma laty w kanadyjskim Hamilton Fothen został mistrzem świata w jeździe indywidualnej na czas w kategorii U-23. Podczas tego czempionatu młody Niemiec dogonił i wyprzedził na trasie czasówki startującego półtorej minuty przed nim Piotra Mazura. W ekipie "Mineralnych" jest kilku uznanych specjalistów od samotnej walki z czasem by wymienić tylko dwóch wiekowych już multi-medalistów Mistrzostw Świata Uwe Peschela i Michaela Richa, ale Fothen wydaje się być kimś więcej niż tylko utalentowanym czasowcem. Już sezonie 2004 Fothen odniósł dwa zwycięstwa wygrywając etap na Regio Tour oraz GP Schwarzwaldu gdzie na finiszu pokonał Sylwestra Szmyda. W tym roku w kwietniu zajął drugą pozycję we francuskiej etapówce Circuit de la Sarthe. Na Giro zajął siódme miejsce w czasówce do Florencji oraz jedenaste w kolejnej z metą w Turynie. Niewiele gorzej spisywał się na najtrudniejszych górskich odcinkach. Najlepiej wypadł na wiodącym przez niebotyczne Passo dello Stelvio etapie czternastym do Livigno zajmując miejsce dziewiąte, zaś najgorzej (choć wciąż całkiem przyzwoicie) na etapie siedemnastym z metą na Colle di Tenda gdzie zameldował się jako dwudziesty trzeci. Całkiem możliwe, iż na tym wyścigu poznaliśmy następce Jana Ullricha ("Kaiser" ma już wszak blisko 32 lata) czy przynajmniej Andreasa Klodena. Damiano Cunego (Lampre): Autor największego zawodu spośród grona sław, które miały decydować o losach 88. Giro d'Italia. Przed rokiem sensacyjny triumfator (najmłodszy od czasów Giuseppe Saronniego z 1979 roku). Przy okazji zwycięzca aż czterech etapów tej imprezy, a także klasyku Giro di Lombardia i ostatniego rankingu UCI. W błyskawicznym tempie zdobył serca wielu włoskich kibiców, ale nie wytrzymał presji kolejnego zwycięstwa jaka na nim zaciążyła. Spalił się psychicznie, choć do samej obrony swego tytułu zdawał się być dobrze przygotowany. Na przełomie kwietnia i maja zajął drugie miejsce w etapówce "z najwyższej półki" czyli Tour de Romandie podczas, której wygrał też najtrudniejszy z etapów. W pierwszym tygodniu Giro na finiszach ledwie górzystych odcinków toczył zacięte sprinterskie boje z Di Luką. Cunego zajął drugie miejsca na etapie trzecim do Giffoni valle Piana oraz siódmym do Pistoi. W Dolomity wjechał na dogodnej do ataku czwartej pozycji ze stratą 1:15 do lidera Di Luki i co wydawało się istotne z przewagą 0:56 nad kolegą-rywalem w Lampre czyli Simonim. Niestety dla Damiano już na pierwszym z prawdziwie górskich etapów (tzn. jedenastym do Zoldo Alto) stracił on sześć minut do najlepszych i okazało się, że to Simoni będzie walczył o zaszczyty dla siebie i grupy, zaś młodzian rodem ze wzgórz nad Weroną będzie tylko super-pomocnikiem o dziesięć lat starszego "Gibo". Tak też było przez resztę wyścigu. Cunego grzecznie wywiązywał się ze swej nowej roli, a najbardziej utkwiła nam zapewne w pamięci jego wspólna z Simonim akcja przeciw Ivanowi Basso na Passo delle Erbe podczas etapu trzynastego. Za miesiąc "Mały Książe" wystartuje w swym pierwszym Tour de France (przed rokiem zdołał już zaliczyć Vueltę gdzie był osiemnasty). Jak sam mówi do Francji pojedzie po naukę. Prawdę mówiąc do przyszłego zwycięstwa w "Wielkiej Pętli" oprócz większego doświadczenia przydałoby mu się bardzo poprawić jazdę indywidualna na czas. Bez postępów na tym polu Cunego prędzej wygrał jeszcze niejedno Giro niż Tour choć raz. Ivan Parra (Colombia): Z takim nazwiskiem nie wypada po górach jeździć w cieniu rywali. Starszy (o blisko szesnaście lat) brat Ivana - Fabio w historii kolmbijskiego kolarstwa sławą i osiagnięciami ustępuje tylko Luisowi Herrerze. Parra I ukończył bowiem Vuelta a Espana siedmiokrotnie, a Tour de France trzykrotnie w pierwszej "10" - w VaE był przy tym drugi w 1989 roku, zaś na TdF jako jedyny zawodnik z Ameryki Południowej stanął na podium, będąc trzeci w sezonie 1988. W obu tych Wielkich Tourach Fabio wygrał też po dwa etapy. Tymczasem Ivan, który swą karierę rozpoczął w sezonie 1998 w rodzimej ekipie Loteria de Boyaca szerszej widowni pokazał się po raz pierwszy rok później gdy jadąc już w barwach hiszpańskiej grupy Vitalicio Seguros zajął siódme miejsce w "generalce" Vuelty. Potem jednak coraz mniej było o nim słychać. Jedyne zwycięstwo w Europie odniósł do tego roku na etapie Vuelta a Galega w sezonie 2000. Przed rokiem jeszcze w barwach Comunidad Valenciana zajął szóste miejsce w Volta a Catalunya. Następnie przeszedł do mniejszej grupy Cafe Baque i w jej szeregach pojechał na Vueltę gdzie jednak wyróżnił się tylko drugim miejscem na osiemnastym etapie do Avili. Na początku tego sezonu nie miał nawet kontraktu dopóki nie zwerbował go dyrektor sportowy drużyny Selle Italia-Colombia Gianni Savio. Weekend w Dolomitach był wielkim popisem doborowego duetu z tej grupy. Parra wygrał zarówno w Ortisei (St. Ullrich) jak i w Livigno, zaś Wenezuelczyk Rujano zagwarantował sobie zwycięstwo w klasyfikacji górskiej i włączył się do walki o generalne podium. W czołówce (jako piąty) Ivan finiszował też na etapie siedemnastym do Colle di Tenda. Dzięki swej aktywnej jeździe zebrał też "trochę grosza" za drugie miejsce wśród górali i trzecie w klasyfikacji walecznych. Ivan Basso (Team CSC): Przed wyścigiem obok Damiano Cunego jeden z głównych faworytów do generalnego zwycięstwa, choć na Giro nie pojawiał się od pięciu lat! W swym pierwszym starcie w "Corsa rosa" (sezon 1999) wycofał się przed startem do ósmego etapu. Rok później był zaledwie 52. ze stratą przeszło półtorej godziny do zwycięzcy Stefano Garzelliego. Potem (od roku 2001) koncentrował się na startach w Tour de France i z występu na występ się poprawiał w ubiegłym sezonie stając w końcu na podium "Wielkiej Pętli" po lewej stronie Lance'a Armstronga (zajął trzecie miejsce). Po pierwszym z górskich etapów tegorocznego Giro wyrósł na głównego faworyta tej imprezy. Niestety kryzys (kłopoty żołądkowe) przyszedł w najmniej odpowiednim momencie tj. na etapach do Ortisei i Livigno. Podczas pierwszego z nich choć stracił koszulkę lidera to z pomocą dwójki kolegów (Franka Schlecka i Davida Zabriskie) ograniczył swe straty do najgroźniejszych rywali (Savoldelliego, Simoniego i Di Luki) do około minuty. Niestety dzień później stracił kontakt z grupą lidera już na początku podjazdu pod Passo dello Stelvio (tj. przeszło 80 kilometrów przed metą) i na mecie pojawił się ze stratą blisko 40 minut do wyżej wymienionej trójki. Ivan dał jednak pokaz wielkiej klasy. Pomimo sporego osłabienia nie wycofał się z wyścigu i co więcej kilka dni później wygrał dwa etapy z rzędu: górski z metą na Colle di Tenda oraz czasówkę do Turynu! Właśnie na wielkie postępy jakie zrobił w ciągu roku Basso w jeździe indywidualnej na czas trzeba zwrócić szczególną uwagę. Przed rokiem przegrał walkę o drugie miejsce w TdF z Andreasem Klodenem właśnie z uwagi na nie najlepsze występy w "etapach prawdy". Tymczasem na Giro był nie tylko najlepszy w Turynie, ale i drugi we Florencji. Okazał się najlepszym czasowcem tej imprezy z łącznym czasem lepszym o 0:01 od Zabriskie i 0:45 od Savoldelliego! Ta metamorfoza bardzo dobrze mu wróży przed "Wielką Pętlą". Paolo Bettini (Quick Step): Mistrz olimpijski z Aten i trzykrotny triumfator Pucharu Świata (z lat 2002-04) do tego roku nie wygrał jeszcze żadnego etapu w Giro d'Italia! Jedyną jego wiktorią na trasach Wielkich Tourów było zwycięstwo na dziewiątym etapie TdF 2000 z metą w położonym u wrót Pireneji miasteczku Dax. Stało się tak dlatego, że "Świerszcz" od czasu gdy zaczął odnosić wielkie sukcesy w wyścigach klasycznych (a pierwszym jego wielkim triumfem na tym polu było wygranie Liege-Bastogne-Liege właśnie w sezonie 2000) w maju zwykł odpoczywać po wyczerpujących startach w pierwszej części pucharowych rozgrywek. Jedyny udany występ w wielkim Giro zanotował zaś jeszcze u progu swej kariery (w sezonie 1998) gdy w wieku 24 lat zajął siódme miejsce w klasyfikacji generalnej edycji wygranej przez niezapomnianego Marco Pantaniego. W tym roku po chorobach z początku roku miał lżejszy program wiosenny i doszedł do siebie w zasadzie dopiero pod koniec kwietnia. Świadectwem zwyżki formy było czwarte miejsce na trasie L-B-L. Na Giro powrócił w wielkim stylu. W sprytny sposób wykorzystując mały, lecz stromy hopek na ostatnim kilometrze zagrał na nosie najlepszym sprinterom wygrywając pierwszy etap z metą w Tropei. Został drugim liderem 88. Giro a w sumie przewodził tej imprezie przez cztery dni tj. także po etapach trzecim, czwartym i szóstym - dzięki czemu wwiózł "maglia rosa" do rodzimej Toskanii. Podczas całego wyścigu jeszcze kilkakrotnie meldował się w etapowych czołówkach m.in. zajmując drugie i trzecie na sprinterskich finiszach w Rawennie (etap 9) i Lissone (etap 15). Jako pierwszy przekroczył linię mety czwartego etapu do Frosinone, ale został zdyskwalifikowany za zajeżdżanie drogi na finiszu Badenowi Cooke'owi. Mocno dokazywał na premiach intergiro, którą to klasyfikację pomógł wygrać swemu koledze z grupy Stefano Zaniniemu. Przy okazji na owych lotnych premiach nazbierał cenne bonusy do klasyfikacji punktowej, w której ostatecznie wypunktował supersprintera Alessandro Petacchiego (w stosunku 162:154). Stefano Zanini (Quick Step): "Zaza" to jeden z najstarszych włoskich sprinterów jako, że w styczniu skończył już 36 lat. Dość powiedzieć, że swój pierwszy z dwóch wygranych etapów w Giro zgarnął na zakończenie 77. edycji tej imprezy czyli w sezonie 1994. Wśród sprinterów zawsze odznaczał się dobrą wytrzymałością stąd na liście jego etapowych zdobyczy są też: wielce prestiżowy ostatni etap TdF w 2000 roku, górzysty etap GdI 2001 z metą w Montevarchi oraz aż pięć wygranych odcinków podczas tak trudnej etapówki jak Vuelta al Pais Vasco. W Giro był ponadto jednodniowym liderem w 1996 roku, a dokładnie po trzecim etapie co oznaczało, iż przywiózł koszulkę lidera z Hellady do Italii, bowiem wtedy wyścig ten zaczynał się w Grecji. Swego czasu odnosił też niemałe sukcesy w wyścigach klasycznych. Wygrał przede wszystkim pucharowy Amstel Gold Race w 1996 roku, a także Milano-Torino 1995, Paris-Bruxelles 1998 oraz USPro Championships 2003. Na tegorocznym Giro znakomicie uzupełniał się z Paolo Bettinim. W pewnym momencie obaj ci zawodnicy podzielili się zadaniami. Bettini miał walczyć o zwycięstwo w klasyfikacji punktowej, zaś Zanini o triumf w klasyfikacji intergiro. Bettini z pomocą "bodyguarda" w osobie Zaniniego miał łatwiejsze życie w przepychankach na spinterskich końcówkach dzięki czemu odparł atak Petacchiego na swa pozycję, zaś Zanini korzystając z pomocy Bettiniego bez większych problemów zdystanował w walce o "maglia azzurra" młodego Niemca Svena Kraussa z ekipy Gerolsteiner. Alessandro Petacchi (Fassa Bortolo): Oczekiwania powtórki sprzed roku gdy "Aleksander Wielki" wygrał aż dziewięć etapów w jednym Giro (sześć rok wcześniej) co stało się powojennym rekordem tego wyścigu były może nieco na wyrost, ale po najlepszej w karierze Petacchiego wiośnie można było oczekiwać od niego więcej niż ostatecznie pokazał. Wszak Petacchi przyjechał do Reggio di Calabria z dorobkiem aż siedemnastu zwycięstw odniesionych w przeciągu zaledwie trzech miesięcy. Wygrał wyścig będący marzeniem każdego włoskiego sprintera czyli klasyk Milano-San Remo, zaś bezpośrednio przed Giro po dwa etapy w Vuelta a Aragon i Tour de Romandie. Tymczasem do półmetka "szło mu jak po grudzie". A to organizatorzy złośliwie ulokowali w końcówce jakiś pagórek (etap 1), górkę (etap 3), dojazd do mety był prowadził w dół i po zakrętach (etap 4) bądź też ostatni kilometr z hakiem wiódł pod górę (etap 5). A to znowu rywale za bardzo się rozpychali i psuli robotę jego kolegom z Fassa Bortolo (etap 2) czy też "plamę dali" sami pomocnicy nie wyrabiając się na jednym z zakrętów kilka kilometrów przed metą (etap 6). Co prawda Petacchi nigdy nie grzeszył odwagą na finiszach (niczym sienkiewiczowski Pan Zagłoba nie lubi tłoku), ale w ostatnich trzech latach nie musiał pchać się w każdą lukę skoro wyraźnie górował nad rywalami siłą i szybkością. Tymczasem na tym wyścigu śmiało dorównywał mu McEwen wygrywając w bezpośredniej walce na finiszach w Marina del Cedro (etap 2) i Rossano Veneto (etap 10). "Peta" zrewanżował się Australijczykowi w Rawennie (etap 9) i Rovereto (etap 12) po czym "Kangur" tradycyjnie już wycofał się z Giro przed największymi górami (oszczędzając siły na Tour de France) co bardzo ułatwiło Petacchiemu wygranie dwóch ostatnich sprinterskich rozgrywek w Lissone (etap 15) i Mediolanie (etap 20). Z czteroma zwycięstwami etapowymi Petacchi uratował swój honor w oczach tifosich, ale mimo tego i tak poniósł prestiżową porażkę w klasyfikacji punktowej. Teraz najważniejszym celem na resztę sezonu 2005 stają się dla niego madryckie Mistrzostwa Świata. Jako formę przygotowań wybrał przejechanie całej Vuelta a Espana i z tego powodu odpuszcza sobie start w "Wielkiej Pętli". Robbie McEwen (Davitamon): Wychowany w przeciwieństwie do większości swych rodaków nie na kolarskim torze, lecz na wyścigach BMX McEwen przyjeżdża do Włoch rokrocznie od sezonu 2002. Swoje starty na Giro d'Italia traktuje jako najważniejszy etap przygotowań do Tour de France. Dlatego też ściga się w Giro przez blisko dwa tygodnie po czym aby nie przemęczyć się przed "Wielką Pętlą" wycofuje się z "Corsa Rosa" za nim ta wkroczy w najwyższe z włoskich gór. Taki kalendarz startów przyniósł mu w ostatnich trzech latach wiele korzyści. W sezonie 2002 wygrał etapy Giro wiodące do Strasburga (tak to nie pomyłka GdI startowało wówczas z Holandii i przejeżdżało również przez Francję) oraz do Benevento po czym na Tourze okazał się najszybszy w Reims i Paryzu na Polach Elizejskich dzięki czemu wygrał też klasyfikację punktową TdF. Rok później we Włoszech święcił triumfy w Vibo Valentia oraz San Dona di Piave i te sukcesy pomogły mu choć w części uratować sezon po tym jak na Tourze nie zdołał wygrać żadnego etapu, zaś zieloną koszulkę najlepszego sprintera przegrał ze swym młodszym rodakiem Badenem Cookiem o skromne dwa punkty. Przed rokiem na Giro tylko raz wychylił się z cienia Petacchiego gdy Włoch dał się zamknąć na finiszu w Spoleto. Jednak podczasu Touru "kieszonkowy" sprinter z Brisbane znów był najlepszy w ogólnym rozrachunku, a przy okazji wygrał tez finisze w belgijskim Namur oraz w Gueret. Na przełomie marca i kwietnia McEwen miał kłopoty zdrowotne, które zmusiły go pewnej przerwy w startach. Wrócił na szosę od wyścigu Niedersachsen Rundfahrt gdzie wygrał drugi etap (na pierwszym przegrał z Marcinem Lewandowskim z Intel-Action). Pomimo tego na Giro okazał się być jeszcze mocniejszy niż w latach 2002-04 bowiem wygrał w sumie aż trzy odcinki. Okazał się najszybszy na drugim odcinku do Santa Maria del Cedro (wykorzystując pracę zawodników z Credit Agricole), szóstym do Marina del Grosseto (gdzie zadanie ułatwiła mu wpadka "srebrnego pociągu" Fassa Bortolo) oraz dziesiątym do Rossano Veneto (gdy na ostatnich metrach wystawił koło Petacchiemu). David Zabriskie (Team CSC): Młody Amerykanin zdecydował się tej zimy przejść z ekipy US Postal Service, w której spędził cztery ostatnie lata do duńskiej drużyny Team CSC. Znany jest przede wszystkim ze świetnej jazdy indywidualnej na czas. Przed rokiem zajął piąte miejsce w tej specjalności na Mistrzostwach Świata we włoskim Bardolino gdzie do brązowego medalu zabrakło mu zaledwie jedenastu sekund. Piętnaście dni wcześniej zafundował sobie nietypową czasówkę podczas drugiego w swej karierze startu w Vuelta a Espana. Na etapie jedenastym hiszpańskiego touru z San Vicente del Raspeig do Caravaca de la Cruz zaatakował tuż po starcie i po przeszło 160 kilometrach samotnej jazdy dotarł do mety z przewagą przeszło minuty nad peletonem! W kwietniu tego roku Zabriskie udanie pojechał w najważniejszej z amerykańskich etapówek czyli Tour of Georgia, w której zajął szóstą pozycję. Na tegorocznym Giro okazał się obok swego lidera Ivana Basso najlepszym czasowcem tej imprezy. Niespodziewanie wygrał pierwszą, toskańską czasówkę (do Florencji) z przewagą 0:17 nad Basso i 0:44 nad Savoldellim. Ponieważ w pierwszym tygodniu wyścigu stracił do najlepszych aż 45 minut do owego "etapu prawdy" przystąpił już jako dziewiętnasty w gronie aż 186 startujących. Miał pojechać "na pełen gaz" i podzielić się swymi doświadczeniami ze swym dyrektorem sportowym Bjarne Riisem jak i samym Basso. Tak się przejął swą rolą, że wykręcił najlepszy czas dnia, choć jego zwycięskiej jazdy nie dane nam było zobaczyć w relacji Eurosportu ... bo ruszył na trasę za wcześnie. Blisko dwa tygodnie później na czasówce piemonckiej (do Turynu) znów należał do najlepszych choć tym razem musiał uznać wyższość Basso i Rosjanina Wladimira Karpieca. Świetnie jeździ na czas i potrafi się przydać w górach (co udowodnił na trzynastym etapie) dzięki czemu powinien znaleźć się w składzie Team CSC na Tour de France, którego w barwach US Postal nie miał okazji poznać. Brett Lancaster (Ceramiche Panaria): Jedną z największych zagadek przed startem 88. Giro d'Italia było pytanie kto wygra bardzo krótki bo wyznaczony na trasie ledwie 1150 metrów prolog w Reggio di Calabria. Zwycięzcą tego rodzaju próby miał zostać nie typowy czasowiec, lecz sprinter np. Alessandro Petacchi bądź ex-torowiec np. mistrz olimpijski z Aten na 4 km dochodzenie Anglik Bradley Wiggins. Z grubsza sprawdziła się ta druga wersja scenariuszu, lecz sam Wiggins uzyskał dopiero jedenasty czas. Najszybszy okazał się zaś członek złotej australijskiej drużyny z Aten Brett Lancaster, który jako jedyny uzyskał czas poniżej 1:21 i o sekundę wyprzedził zawodników Fassa Bortolo: Matteo Tosatto i Petacchiego oraz późniejszego triumfatora całego wyścigu Savoldelliego. Dla "Wielkiego Ptaka" jak nazywany bywa przez kolegów Lancaster było to dopiero drugie zwycięstwo w karierze (pierwsze odniósł na trasie etapu Tour de Langkawi 2004), którą zaczął w sezonie 2003. Od początku związał się z drużyną Ceramiche Panaria, która na tegorocznym Giro była jedną z dwóch ekip nie mających licencji Pro Touru. Przygoda Lancastera z różową koszulką lidera trwała tylko dzień, ale ten sukces był dopiero zwiastunem ogólnie udanego występu Panarii w tej imprezie. Cztery dni później w jego ślady poszedł Luca Mazzanti, który zgodnie z przysłowiem "gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta" przypadkiem skorzystał z zażartej walki Paolo Bettiniego z Badenem Cookiem. Bettiniego zdyskwalifikowano po tym jak spowodował upadek Cooke'a i tym sposobem zwycięstwo przypadło drugiemu zawodnikowi na mecie we Frosinone czyli właśnie Mazzantiemu. Natomiast gdy GdI wkroczył w Alpy rolę lidera ekipy przejął Sella, który jak już wcześniej wspomniałem zajął ostatecznie dziesiąte miejsce w klasyfikacji generalnej tego wyścigu. |