MEIRINGEN mit ALPENBREVET

Po czerwcowym tournee we włoskich Alpach i zaaplikowaniu sobie ponad 32.000 metrów przewyższeń w trakcie 15 dni jazdy wróciłem do kraju w iście odlotowej formie. W lipcu śmigałem po kaszubskich pagórkach bez większego wysiłku. Zrobiłem sobie kilka dłuższych wyjazdów w soboty i niedziele. Jednak nawet 180-190 kilometrowe wypady nie były w stanie wyczerpać moich zasobów energii. Z kolei na podjazdach zdarzało mi się w sposób niezamierzony gubić kolegów ze swojej "klasy rozgrywkowej". Maksymalna moc przy wadze, która spadła do 71 kilogramów. Tymczasem ostatnimi laty w środku sezonu zwykłem ważyć 73-74 kilogramy, zaś zimą nawet 76-78 kg przy wzroście 184 cm. Taki był magiczny efekt alpejskiej zaprawy. Niestety jako, że nic co piękne nie trwa wiecznie, więc i ów szczyt formy mógł się utrzymać tylko kilka tygodni. Miałem jednak nadzieję wytrzymać w tej błogosławionej kondycji przynajmniej do połowy sierpnia. Na ten miesiąc zaplanowałem bowiem 10-dniową wycieczkę do środkowej i wschodniej Szwajcarii. Od razu powiem, że do tego roku moja rowerowa znajomość z Helvetią była ledwie przelotna. Ograniczała się ona bowiem do 21-kilometrowego odcinka szosy i szutru na zjeździe z passo Stelvio. Zdarzyło mi się wpaść na wschodnie kresy Szwajcarii w towarzystwie Piotra, Zdziśka Wojtyło, Darka Kamińskiego i Michała Stocha podczas naszej włosko-francuskiej wyprawy z lipca 2006 roku. Wówczas to po wdrapaniu się na dach kolarskiej Italii zjeżdżaliśmy z powrotem do Prato allo Stelvio okrężną drogą przez graniczną przełęcz Umrbail by już na terenie Szwajcarii minąć miasteczka Santa Maria oraz Mustair, a następnie przez Taufers wrócić na włoską stronę.

Przyszedł czas by nadrobić swe zaległości. Postanowiłem w końcu złożyć jak najbardziej oficjalną wizytę w tej urokliwej krainie. Magnesem, który przyciągnął moją i Piotra uwagę był sierpniowy rajd po przełęczach w samym sercu szwajcarskich Alp tzn. Alpenbrevet. W tym roku start i metę tej imprezy przeniesiono z Andermatt do Meiringen, lecz zmieniło to jedynie kolejność pokonywania poszczególnych przełęczy serwowanych przez organizatorów w menu owej imprezy. Piotr po swym majowym wypadzie i naszej wspólnej czerwcowej eskapadzie nie mógł już sobie pozwolić na kolejny dłuższy urlop. Postanowił przeto wpaść do Szwajcarii jedynie na długi weekend wokół samego rajdu. Dlatego też moim wspólnikiem w całym ambitnym przedsięwzięciu stał się kolega z Gdańska - Łukasz Talaga. W przeciwieństwie do Piotra czy piszącego te słowa Łukasz w swych sportowych pasjach nie skupia się wyłącznie na kolarstwie. Można by rzec, iż jest sportowcem renesansu: biega maratony, pływa na kajakach, nie stroni od przerzucania ciężarów. To po prostu gość szukający wyzwań na różnych polach sportowej aktywności. Dlatego jakkolwiek pod względem kolarskim nie przygotował się starannie do tej wyprawy to mogłem jednak przekonany, iż poradzi sobie z czekającym nas zadaniem. Jakkolwiek bowiem muskularna sylwetka nie pomaga na podjazdach to ostatecznie najważniejsze okazują się: serce do walki z własnymi słabościami i głowa czytaj mocna psychika, która nie pozwala nam się poddać.


Wyświetl większą mapę

Tym razem moja droga do kolarskiego raju wiodła przez Kołbaskowo. W Niemczech jechaliśmy szlakiem przez: Berlin, Lipsk, Norymbergę, Heillbron i Stuttgart by przez Schaffhausen wjechać do Szwajcarii. Na terenie Konfederacji trzeba było następnie obrać drogę przez Zurych, Lucernę i Brunig pass. Do Meiringen dotarliśmy zgodnie z planem wczesnym popołudniem 7 sierpnia. Kilka godzin wolnego czasu przed zmierzchem miało nam pozwolić na zrobienie pierwszej przejażdżki już we czwartek. Niestety aura miała wobec nas inne plany. Późnym popołudniem niebo zachmurzyło się i zaczął padać deszcz. Wobec tego nasza aktywność ograniczyła się jedynie do spaceru po wypielęgnowanych uliczkach Meiringen w poszukiwaniu pomnika i muzeum Sherlocka Holmesa. Co też ma wspólnego słynny detektyw z Baker Street z alpejskim kurortem w centrum Szwajcarii zapyta ktoś. Otóż wedle zamierzeń Arthura Conan Doyle'a miał on zginąć na pobliskim wodospadzie Raichenbach podczas potyczki ze swym wrogiem profesorem Moriartym. Na szczęście przychylność czytelników powieści sprawiła, iż Holmes w sobie tylko znany sposób wykaraskał się z tej opresji. Nam pozostało liczyć na lepszą pogodę w piątek. Co prawda Łukasz nie planował startu w sobotnim rajdzie. Jednak mi przydałyby się jakieś dwie-trzy godzinki na przetarcie przed większym wyzwaniem. W najbliższej okolicy Meiringen tuż przed naszym nosem mieliśmy dwie przełęcze warte naszych odwiedzin. Wyjeżdżając z Meiringen w kierunku południowo-wschodnim można było trafić na Grosse Scheidegg (1962 m. n.p.m.). Podjazd na tyle trudny, iż podczas obu swych wizyt na trasie Tour de Suisse (w latach 1996 i 1999) wskazywał on zwycięzcę całego wyścigu. Za pierwszym razem plecy swym rywalom pokazał tu Austriak Peter Luttenberger, zaś trzy lata później pierwszy na owej górskiej premii był Francesco Casagrande. Z kolei udając się na północny-zachód mogliśmy pokonać wspomnianą już przeze mnie przełęcz Brunig (1008 m. n.p.m.). Ta co prawda w niczym nie może się równać ze swą sąsiadką, ale pomimo niewielkiej wysokości, przewyższenia czy długości ma ciekawe fragmenty i raczej nie zasługuje na lekceważenie.



Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Ponieważ w piątkowe przedpołudnie pogoda nam sprzyjała postanowiliśmy nie tracić czasu i czym prędzej udać się na górskie podboje. Tym bardziej, że około piętnastej pociągiem z Zurychu miał przybyć Piotrek i do tego czasu musieliśmy już być po treningu i prysznicu gotowi do powitania swego kolegi. Dlatego też z Meiringen wyruszyliśmy około godziny dziesiątej przy słonecznej pogodzie i miłej temperaturze 20 stopni Celsjusza. Chyba za bardzo nam się śpieszyło w góry, albowiem zbyt szybko zjechaliśmy z drogi nr 11 do Innertkirchen. Otóż zamiast dojechać do stacji benzynowej w Kirchet skręciliśmy w prawo przy małej poczcie na obrzeżach miasta tzn. przy pierwszym lepszym znaku drogowym wskazującym szlak na Grosse Scheidegg. Na skutek tego błędu na pierwszych dwóch kilometrach podjazdu czyli za nim nasza alternatywa połączyła się z oficjalną droga ku wspomnianej przełęczy musieliśmy pokonać dwa niezbyt przyjemne odcinki szutrowe. Do tego jeszcze góra ta niemal od startu robi się nieprzyjemnie stroma. Licznik nie kłamie i tak pierwsze siedem kilometrów tego podjazdu miało średnie nachylenie 9,7 % z najtrudniejszym odcinkiem rzędu aż 18 %! Na szczęście w środkowej części podjazdu można trochę wypocząć, bowiem ostatnie dwa kilometry przed Rosenlaui mają średnie nachylenie 1,8 %, zaś kilometr poprzedzający parking przed schroniskiem Schwarzwaldalp niewiele większe 2,7 %. Niemniej jadąc tą górską dolinką lepiej nie wrzucać zbyt twardego przełożenia. Warto oszczędzić nogi na finałową część wzniesienia gdzie czeka nas wąziutka i stroma droga wśród alpejskich łąk. Od razu trzeba przejść na miękki obrót bowiem już 300 metrów za wspomnianym schroniskiem szosa ponownie pnie się pod rekordowym na tej górze nachyleniem 18 %. Mimo tego na owym szlaku dla kozic regularnie kursuje autobus turystyczny relacji Meiringen - Grosse Scheidegg - Grindewald. Oczywiście taki podjazd zajmuje niemal całą szerokość drogi, więc gdy mnie mijał musiałem uprzejmie zjechać na trawę i kilkadziesiąt metrów pokonać poboczem. Ogółem podjazd ten w naszym wykonaniu (czyli od budynku Poczty) liczył sobie 16,4 km przy średnim nachyleniu 8,7 % i przewyższeniu 1305 metrów. Jego pokonanie zajęło mi niemal 74 minuty przy średniej prędkości 13,3 km/h i całkiem niezłym VAM 1060 m/h. Niestety pogoda na górze w niczym nie przypominała tej z poziomu 600 metrów. Na przełęczy zastała mnie temperatura ledwie 10 stopni, było mglisto i momentami padała mżawka.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Dlatego też po paru minutach schowałem się w przedsionku do hotelowej restauracji i tam przeczekałem z grubsza pół godziny do przyjazdu Łukasza. Przy wspomnianych warunkach atmosferycznych nie było sensu zbytnio przedłużać naszego pobytu na górze. Dlatego po założeniu cieplejszych ubrań i wykonaniu paru zdjęć rozpoczęliśmy nasz wielokrotnie przerywany zjazd do Meiringen. Po niedługiej chwili spotkaliśmy dwójkę naszych rodaków rodem z Oświęcimia, którzy na rowerach górskich od dobrych dwóch tygodni przemierzali górskie szlaki w tej części Szwajcarii. Na całym zjeździe minęliśmy zresztą chyba ze dwudziestu amatorów, którzy tego dnia zapragnęli się zmierzyć z tą potężną górą. Na dole w Meiringen ładna pogoda zachęciła nas do dalszej jazdy. W nogach mieliśmy dopiero 37 kilometrów i dość wolnego czasu by przejechać całe miasteczko ze wschodu na zachód i wybrać się na przełęcz Brunig. Na rogatkach miasta w dzielnicy Husen zatrzymał nas szlaban opadły przed nadjeżdżającym pociągiem. Zdarzenie tyleż razy widziane przez mnie w relacjach z kolarskich wyścigów w tym kraju. Wspomniałem już, że podjazd pod Brunig nie należy do podjazdów najwyższej kategorii. Świadczą o tym jego wymiary czyli 5,7 km przy średnim nachyleniu 7,1 % i przewyższeniu 393 metrów. Niemniej należy mieć na uwadze, iż na początku trzeciego kilometra nachylenie tego podjazdu sięga 13 %. Podjazd zajął mi niespełna 21 minut przy średniej prędkości 16,6 km/h i VAM 1131 m/h. Na przełęczy będącej granicą między kantonami Berno i Unterwalden znajdują się przyjemne restauracje i stacja kolejowa. Dla nas jednak największą przyjemnością był sam szybki zjazd do Meiringen. W przeciwieństwie do dzikiego zjazdu z Grosse Scheidegg ta droga była w idealnym stanie. Co więcej w dolnej części była ona prosta lub co najwyżej z wirażami na przestrzał, a poza tym jak już wspomniałem momentami całkiem stroma. Dlatego można było się na niej całkiem nieźle się rozpędzić. Bez szczególnego pedałowania dobiłem do 74 km/h, lecz i tak nie było mi dane oglądać z bliska pleców Łukasza. W sumie tego dnia przejechaliśmy 53,5 kilometra z łącznym przewyższeniem 1742 metrów. Potem około piętnastej zgodnie z planem odebraliśmy Piotra z dworca kolejowego, zaś wieczorem wybraliśmy się do dzielnicy Balm by w miasteczku startowym odebrać numery, chipy i inne gadżety przygotowane przez organizatorów dla uczestników sobotniego rajdu.



http://www.marcellosendos.ch/velo/alpenbrevet_gold/

Nie muszę już chyba precyzować jak wczesna pobudka czekała nas w sobotni poranek. Co gorsza Szwajcarzy wyznaczyli start Alpenbrevet o jeszcze wcześniej porze niż mają to we zwyczaju Włosi czy Francuzi. Jednym słowem o godzinie 6:45 przy rześkiej temperaturze 14 stopni, pochmurnym niebie i siąpiącej mżawce ruszył na trasę peleton liczący sobie 1244 kolarzy. Dla wszystkich szosowców do wyboru były trzy trasy. Platynowa o długości 276,6 kilometra z pięcioma przełęczami: Grimsel, Nufenen, Lucomagno, Oberalp i Susten. Z pewnością najtrudniejsza bo niewyobrażalnym łącznym przewyższeniu 7031 metrów, lecz z długim odcinkiem "falsopiano" między drugim a trzecim podjazdem na odcinku z Airolo do przez Biasca do Olivione. Złota wybrana przez mnie oraz Piotra jako najbardziej treściwa i szczęśliwie nie porażająca swym dystansem. Miała ona według programu długość 173,6 km z przewyższeniem rzędu 5294 metrów. Pod tym względem była to skala trudności porównywalna ze spotkaną na o dobre 40 kilometrów dłuższym Gran Fondo Campagnolo. Wyścigu, który zgodnie mogliśmy uznać za najcięższy z dotychczas przez nas przejechanych. Na złotej trasie pokonać trzeba było przełęcze: Grimsel, Nufenen, Sant Gotthard i Susten. W końcu była też niczego sobie trasa srebrna o długości 132 kilometrów z przejazdem przez trzy przełęcze tzn. Grimsel, Furka i Susten o łącznym przewyższeniu 3875 metrów. Jak by tego było mało organizatorzy Alpenbrevet nie zapomnieli też o miłośnikach kolarstwa górskiego dla których zaplanowali dwie trasy na bezdrożach wokół Meiringen i Innertkirchen ze statrem o godzinie 7:30. Łatwiejsza z dwojga tzn. MTB-Rock miała długość 50,2 km oraz przewyższenie 2328 metrów, zaś trudniejsza czyli MTB-Hard dystans 67,7 km i różnicę wzniesień rzędu 3345 metrów.


http://www.marcellosendos.ch/velo/alpenbrevet_gold/

Jak przystało na imprezę tego rodzaju na początku czekała nas jazda w tłoku czyli w grupie liczącej bez mało sześć pełnowymiarowych peletonów. W grupie takiej niczym w rzece są nurty szybsze i rwące do przodu, jak i te spokojniejsze co bardziej zamulają. Kto chce się wydobyć z wnętrza wielkiego stada od startu musi jechać szybko i co najwyżej by nie tracić zbyt wielu sił podłączać się pod pociągi jemu podobnych ścigantów pragnących przedrzeć się na pozycje frontowe. Należy niemniej od razu zaznaczyć, iż jakkolwiek podczas Alpenbrevet czas jest mierzony i publikowany na stronie internetowej wyścigu to jednak impreza ta jest rozgrywana w formule co oznacza, iż nie ma oficjalnej klasyfikacji wyścigu jak podczas włoskich Gran Fondo czy francuskich Cyclosportive. Dzięki temu atmosfera na pierwszych kilometrach była spokojniejsza, a poza tym pierwsze cztery kilometry do Kirchet prowadziły cały czas lekko pod górę (z poziomu 596 do 712 m n.p.m.) co sprzyjało naturalnej selekcji. Oczywiście był to jednak zbyt krótki odcinek by rozbić całą grupę na mniejsze. Dlatego niespełna półtorakilometrowy zjazd przed Innertkirchen (625 m. n.p.m.) trzeba było pokonać w wielkim roju na podobieństwo pszczelego. Innertkirchen jest strategicznym miejscem na trasie całego rajdu, bowiem otwiera się tu i zamyka ów magiczny kwadrat dróg w samym sercu szwajcarskich Alp. W naszym przypadku oznaczało to, iż w centrum tego miasteczka musieliśmy skręcić w prawo ku Grimselpass by po blisko 160 kilometrach zmagań z górami i własnymi słabościami powrócić w to samo miejsce ukończywszy zjazd z Sustenpass.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Jako się rzekło na pierwszy ogień szedł Grimsel (2165 metrów n.p.m.). Podjazd bardzo długi, dość nierówny lecz z solidnym średnim nachyleniem tzn. 6,8 % przy długości aż 25,1 km. Jednym słowem pomiędzy Innertkrchen a przełęczą trzeba pokonać różnice wzniesień rzędu 1540 metrów. Górę tą jak dotąd dziewięciokrotnie przejeżdżali uczestnicy Tour de Suisse. Po raz ostatni w 2007 roku gdy po solowej akcji wygrał etap Rosjanin Władimir Gusiew. Podobnie jak jemu rok wcześniej tak i nam przyszło się piąć pod górę w fatalnych warunkach atmosferycznych. Im wyżej tym oczywiście zimniej tzn. na dole 12, zaś u góry już tylko 5 stopni. Do tego nieustający deszcz zmieniający jedynie swa intensywność. Po szesnastu kilometrach niezbyt stromej wspinaczki drobna atrakcja dla wyrwania nas z monotonii. Musimy odbyć w prawo przed jednym z tuneli i okrążyć go zboczem góry, wąską droga po kostce tuż nad przepaścią. Od tego miejsca pomijając dwa krótkie fragmenty (w tym jeden obok sztucznego jeziora Raterichbodensee) podjazd już nie odpuszczał trzymając dość równo na wymagającym poziomie 8 %. Już wcześniej znalazłem swe miejsce w 6-osobowej grupce gdzie nie brakowało ludzi mocniejszych ode mnie, lecz dłuższy czas udało mi się dotrzymać im tempa. Ostatecznie podjazd pokonałem w 91 i pół minuty przy średniej prędkości 16,5 km/h oraz VAM 980 m/h. Czułem się nieźle i zważywszy, iż był to dopiero 33 kilometr trasy ku swej późniejszej zgubie nie uznałem za stosowne zatrzymać się na bufecie czy też sięgnąć głębiej do swych kieszonek.

Taka nonszalancja okazała się później zgubna w skutkach. Przekroczywszy przełęcz wjechaliśmy wszyscy do kantonu Wallis - trzeciego pod względem wielkości, w którym najpopularniejszym językiem jest francuski i który na swych zachodnich krańcach dotyka Francji oraz jeziora Genewskiego. My jednak przełknąć mieliśmy jedynie przez jego teutońskie wschodnie kresy w drodze do miasteczka Ullrichen i dalej na przełęcz Nufenen - najwyższą pośród wszystkich przemierzanych w historii Tour de Suisse. Wcześniej czekał nas jednak blisko 12-kilometrowy zjazd do Oberwald i następnie 5-kilometrowy płaski odcinek do samego Ulrichen. Początek zjazdu mokry i dość specyficzny. Co serpentyna to zmiana "klimatu". Zakręt w prawo i prosta wiodąca ku gęstej mgle. Zakręt w lewo i prosta ku nieśmiało przebijającemu się słońcu. I tak kilka razy. Po niespełna sześciu kilometrach zjazdu docieramy do miejscowości Gletsch (1757 m. n.p.m.) gdzie zwolennicy Silber-Strecke mogą odbić w lewo i niedługo potem rozpocząć podjazd pod przełęcz Furka (2431 m n.p.m.). Ja skręciłem w prawo by kontynuować zjazd do Oberwald. Po chwili włos zjeżył mi się głowie, albowiem przy prędkości ponad 50 km/h w ostatniej chwili spostrzegłem, iż przez czekającym mnie tunelem zamiast asfaltu leży 150-metrowy odcinek starej kostki pięknie wymytej przez deszczyk. Nie było czasu na hamowanie. Zresztą na tym podłożu lepiej nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Pozostaje się modlić o przeżycie. Ręce daleko od hamulców, serce podchodzi do gardła, zaś w głowie tli się nadzieja że jakoś to będzie wszak nie jadę tu jako pierwszy. Udało mi się nie wpaść w żaden niebezpieczny poślizg i reszta zjazdu była już zwykłą formalnością. Z kolei na płaskim odcinku przed Ulrichen przyszła pora na spawanie i tym sposobem w małej grupce dotarłem do podnóża Nufenenpass (2478 m. n.p.m.).


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Początkowo nic nie zapowiadało czekającej mnie Golgoty. Podjazd zacząłem dość żwawo z przodu grupki. Po chwili jeszcze nieco przyspieszyłem z lekka podirytowany zachowaniem pewnego młodziana, który przepychał na tyle twardy obrót iż na szosie kręcił ósemki i wybijał tym z rytmu swych sąsiadów. Trzeba przyznać jest bardzo ciężkim wzniesieniem. Od zachodniej strony bardziej stromym niż długim, lecz 13 km przy średnim nachyleniu 8,9 % i max. 17,5 % musi robić wrażenie. W zasadzie na całym podjeździe jest tylko jeden kilkusetmetrowy odcinek w okolicy czwartego kilometra, na którym można nieco odsapnąć. Pierwsze osiem kilometrów pokonałem dość sprawnie czyli średniej prędkości 12,5 km/h. Jednak im wyżej tym czułem się gorzej. Najwyraźniej moje baterie wysiadły znacznie prędzej niż się spodziewałem tzn. już około 60 kilometra trasy. Niby niewiele dystansu było za nami, lecz po długim chłodnym i mokrym podjeździe pod Grimsel zapasy energetyczne zostały mocno nadwątlone i po około trzech godzinach jazdy niewiele zostało mi sił witalnych. Ostatnie pięć kilometrów tego podjazdu przejechałem przeto przy mizernej średniej prędkości 8,7 km/h nęcony chyba tylko nadzieją dłuższej wizyty w czekającym mnie na górze bufecie. Świadectwem tego jak bardzo uszło ze mnie powietrze niech będzie fakt, iż kilkaset metrów przed przełęczą dojechał do mnie Piotr, który na punkcie kontrolnym w Gletsch miał czas gorszy o ponad siedem minut. Piotrek doholował mnie na górę i razem stanęliśmy na wspomnianym bufecie. Wspinaczka pod Nufenen zajęła mi 73 i pół minuty przy średniej prędkości 10,7 km/h i raczej skromnym VAM 897 m/h. Niemniej mój kolega rozsądnie rozłożywszy swe siły nie ma miał potrzeby zostawać tam na dłużej. Ja postanowiłem w tym pięknym miejscu zabawić znacznie dłużej. Musiałem się rozgrzać i posilić. Wypiłem dwa kubki życiodajnego rosołu i zjadłem nieco owoców czy ciastek oraz uzupełniłem bidony. Ruszyłem po ośmiu minutach. Czekał nas teraz wszystkich zjazd do Airolo przez dolinę Bedretto. Te włosko brzmiące nazwy słusznie sugerują, iż po minięciu przełęczy Nufenen uczestnicy rajdu wjeżdżali na szosy włoskojęzycznego kantonu Ticino. Zjazd był bardzo przyjemny. Powoli odzyskiwałem siły. Wschodnia droga na przełęcz nie jest tak stroma jak zachodnia, lecz z drugiej strony ma mniej serpentyn, co pozwalało momentami nieźle się rozpędzić. Mój licznik na tym odcinku pochwalił się prędkością 72 km/h.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

W samym Airolo niejako na półmetku Gold-Strecke był usytuowany kolejny bufet. Dotarłem do tego miejsca w czasie 4 godziny 11 minut i 30 sekund. Piotr potrzebował na to 3 godzin 55 minut i 58 sekund co oznaczało, iż od dobrego kwadransa poznawał już wielce specyficzne uroki trzeciego wzniesienia w ciężkostrawnym menu dnia. Jednak wcześniej o mały włos nie pomyliłem drogi i nie zacząłem trzeciego wzniesienia w innym miejscu niż zakłada to program zawodów. Czekał nas teraz kultowy podjazd pod strategiczną oraz bardzo ważną w dziejach państwowości szwajcarskiej przełęcz świętego Gottharda (2091 m. n.p.m.). We Włoszech wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, zaś w Szwajcarii wszystkie alpejskie zdają się prowadzić na tą właśnie przełęcz. Zarówno od południa (Airolo) jak i od północy (Hospental) prowadzą na nią po dwie momentami przeplatające się drogi. Nowa asfaltowa zbudowana na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku oraz stara w dużej części brukowana via Tremolo wybudowana w latach 1827-1830! Jak by tego było mało dla tych, którzy się śpieszą i w nosie mają przepiękne górskie pejzaże dostępny jest też tunel pod przełęczą łączący Airolo z Goschenen. W Airolo był dobry moment na to by przez kolejnym podjazdem zdjąć z siebie część ciuchów i dać skórze lepiej pooddychać. Pomny swych niedawnych trudnych chwil zatrzymałem się profilaktycznie na bufecie, choć tym razem na skromne półtorej minuty. Jakieś dwieście metrów za bufetem wyznaczony został rozjazd pomiędzy trasami złotą a platynową. Walczący na trasie Gold-Strecke musieli skręcić w lewo i rozpocząć z początku asfaltowy podjazd pod San Gotthard, zaś maratończyków z Platin-Strecke czekał od tego momentu 37-kilometrowy łagodny zjazd aż do miejscowości Biasca. Podjazd pod San Gottardo przez via Tremola na papierze nie robi większego wrażenia i w teorii musiałby uchodzić za najłatwiejszy z całej czwórki w programie Gold-Strecke. Długość 14 kilometrów przy średnim nachyleniu 6,7 % i max. 14 % to po prostu standardowe wymiary premii górskiej pierwszej kategorii. Podjazd owszem znaczący, lecz na dobrą sprawę niczym z pozoru nie wyróżniający się pośród setek alpejskich wzniesień. Niemniej należałoby dodać, iż swój przeciętny wzrost nadrabia ono trudnym charakterem bowiem z grubsza 60-70 % całego podjazdu prowadzi po bruku. Szczęśliwie nie są to kocie łby na miarę Paryż - Roubaix, lecz raczej dość równo ułożona kostka. Niemniej w żadnym razie nie daje ona komfortu jazdy jaki przydałby się podczas przeszło godzinnej wspinaczki. W normalnych okolicznościach wspinałbym się pewnie pod tego typu górę w tempie 14-15 km/h, zaś "na świeżo" i 16 km/h nie powinno by stanowić problemu. Tymczasem będąc umęczony dwoma wcześniejszymi podjazdami i jadąc po nawierzchni przeznaczonej raczej dla kolarzy górskich niż szosowych cała zabawa zajęła mi 74 minuty przy marnym VAM 759 m/h. Niemniej blisko trzy minuty straciłem na walkę ze skurczem w prawym udzie, który złapał mnie w okolicy czwartego kilometra. Widać moje mięśnie miały z początku pewien problem z przystosowaniem się do pracy na takim trzęsawisku. Licznik zanotował średnią prędkość z samej jazdy jako skromne 11,8 km/h czyli jak przypuszczam dobre 2-3 km/h wolniej niż mogłoby to mieć miejsce na asfalcie.

Podjazd do samego końca prowadził po bruku i kończył się pomiędzy hotelem a schroniskiem wybudowanymi na samej przełęczy. Przed pomnikiem w trzema orłami należało skręcić w lewo i wzdłuż brzegów małego jeziorka dojechać do wspomnianej przeze mnie nowszej drogi na San Gottardo. Na szczęście sam zjazd wyznaczono nam po asfalcie. Trzeba przyznać, iż jego pierwszy 9,5-kilometrowy fragment był dość łatwy technicznie przez co zachęcający do szybkiej jazdy. Jedynie obecność sporej liczby samochodów nakazywała pewna ostrożność i sprawiła, że rozpędziłem się maksymalnie do 67 km/h. Pierwsza faza zjazdu kończyła się w Hospental gdzie droga wchodziła na płaskowyż by przez kolejne trzy kilometry lekko opadać ku Andermatt. Właśnie przed tą miejscowością wyznaczono kolejny bufet. Zapobiegliwie stanąłem w nim na ponad pięć minut, gdyż miała to być dla mnie ostatnia "strefa tankowania". Tymczasem do mety były jeszcze 63 kilometry. Dwa kilometry za bufetem droga rozpoczynał się drugi odcinek zjazdu, tym razem 8,5-kilometrowy. W początkowej fazie był on techniczny tzn. kręty i w sporej części poprowadzony tunelami, a przy tym przy sporym ruchu samochodowym. Zjeżdżałem z podobną prędkością co na pierwszym odcinku i po drodze zacząłem mijać małe grupki swych "konkurentów". Przypuszczam jednak, że niektórzy byli "turystami" z tylnej straży peletonu pod wezwaniem Silber-Strecke, albowiem trasy obu rajdów zbiegły się nieco wcześniej tzn. we wspomnianym już Hospental. Zjazd kończył się w Wassen na wysokości 917 metrów n.p.m. i od razu skręcał w lewo przechodząc w ostatni dla wszystkich uczestników Alpenbrevet podjazd tzn. Sustenpass (2224 m. n.p.m.). Na trzecim punkcie pomiaru czasu zameldowałem się w czasie 6 godzin 2 minut i 8 sekund, podczas gdy Piotrek szybszy ode mnie również na tej ćwiartce zawodów potrzebował na dotarcie do Wassen 5 godzin 38 minut 11 sekund.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Niemniej najgorsze, kryzysowe chwile miałem już dawno za sobą i z optymistycznym nastawieniem rozpocząłem podjazd pod Susten. Morale rosło wraz z mijaniem kolejnych zawodników. Wydawało mi się, że odzyskałem siły, złapałem swój rytm i jadę na tyle na ile bym od siebie oczekiwał. Owa teorię postawiła pod znakiem zapytania pewna niewiasta, która nie będąc uczestnikiem rajdu przyjechała sobie tu potrenować przed dalsza częścią swego zawodniczego sezonu. Otóż lokalna kozica dogoniwszy moją grupkę, wyjechała na jej czoło i dyktowanym przez siebie tempem dokumentnie ja rozbiła. Początkowo byłem jednym z dwóch gości, którzy zaciskając zęby byli wstanie dotrzymać jej kroku lecz po jakiś dwóch-trzech kilometrach wolałem dać za wygraną by raz jeszcze nie przegrzać swego silnika. Tymczasem trzeba było jakimś sposobem pokonać i te wzniesienie. Trudne nie tylko z powodu suchych danych technicznych czyli 17,6 km przy średnim nachyleniu 7,4 i max. 12 %. Nikt spośród uczestników rajdu nie brał się z nim z bary na świeżości. Do tego jeszcze niewiele było na nim serpentyn, bowiem spora część podjazdu poprowadzona była górskim trawersem, zrazu w kierunku północno-zachodnim, a następnie stricte zachodnim. Jedyny plus tej sytuacji to przepiękne szerokie panoramy alpejskich łąk i szczytów, lecz gdy człowiek jest u kresu swych sił to i mniej skory do podziwiania piękna przyrody. Ku temu miałem okazję w kolejnych dwóch dniach gdy przyszło mi pokonywać tą przełęcz jeszcze trzykrotnie, acz już tylko samochodem. Sam podjazd kończy się w 200-metrowym tunelu i godzi się przypomnieć, iż w 2002 roku na etapie TdS do Meiringen jako pierwszy zdobył go mój krajan z Pomorza - Piotr Wadecki. Mojej skromnej osobie walka z tą górą zajęła blisko 94 minuty przy średniej prędkości 11,3 km/h i VAM 823 m/h czyli wciąż sporo poniżej mych włoskich osiągów.

Po dotarciu na szczyt pozostawało już tylko 35 kilometrów niemal samych zjazdów do mety. Ściślej rzecz ujmując dokładnie 28,3 kilometra momentami bardzo szybkiego zjazdu do Innertkirchen. Wabiony bliskością mety rozwinąłem się nawet do 70 km/h, acz do poskromienia swej fantazji zmuszała obecność tuneli przed którymi wypadało nieco wyhamować. Natomiast po dojechaniu do Innertkirchen należało jeszcze przebyć lustrzane odbicie porannego wstępem do całej zabawy czyli odcinek 6,5 kilometra zawierający w sobie niewielki podjazd do Kirchet o długości 1,6 km przy średniej 5 %. Z pozoru żadne straszydło, lecz po 500 minutach na rowerze od samego rana i ostatnich 40 minutach szybkiego zjazdu na twardym obrocie nawet taki "hopek" przy koniecznej zmianie rytmu może zaboleć. Udało się go przebyć bezproblemowo i do upragnionej mety zostało tym sposobem 3300 metrów zjazdu i 1500 metrów po płaskim, a żeby nie było najłatwiej pod wiatr. Na mecie licznik pokazał mi dystans dnia 176 kilometrów i przewyższenie nieco niższe od zapowiedzianego przez organizatorów czyli 5096 metrów. Ostatecznie na pokonanie złotej trasy potrzebowałem 8 godzin 27 minut i 22 sekund. Jak się później okazało uzyskałem dwudziesty piąty czas pośród 481 osób, które ukończyły Gold-Strecke. Przyznam, że tak wysokie "miejsce" było dla mnie miłym zaskoczeniem wobec wspomnianych słabości. Piotr spisał się oczywiście jeszcze lepiej, ukończywszy rajd w czasie 8 godzin 7 minut i 46 sekund z dwunastym czasem. Bezkonkurencyjny na tej trasie był Austriak Frank Haun, który męczył się jedynie przez 6 godzin 33 minut i 40 sekund o jakieś trzy kwadranse krócej niż drugi na mecie Szwajcar Martin Duss. W sumie zaś tylko siedmiu uczestników naszej wersji rajdu przebywało na trasie poniżej ośmiu godzin! Dodam jeszcze tylko, że trasę srebrną przejechało 466 osób, zaś platynowy maraton 184 ludzi z żelaza.


W czasie gdy ja z Piotrem borykałem się z trudami wspinaczek pod cztery szwajcarskie dwutysięczniki Łukasz wcielił się w rolę alpejskiego turysty. Najpierw na pieszo przemierzał wzniesienia położone na północ od Meiringen, zaś następnie wybrał się na rowerową wyprawę ku Interlaken i z powrotem po pagórkowatym terenie wokół jeziora Brienzer See. Późnym popołudniem po doprowadzeniu się do porządku wybraliśmy się z Piotrem na "kulinarną ucztę wojownika" do restauracji położonej nieopodal miejscowego dworca kolejowego. W moim przypadku ów pożądany posiłek przybrał postać dużej pizzy z krewetkami, zaś Piotr skusił się na potrójną porcję sałatki warzywnej ze … szwedzkiego stołu. Nazajutrz czułem jeszcze w nogach trudy sobotniego rajdu. Dlatego też postanowiłem zrobić sobie dzień wolny od roweru. Podjęcie tej decyzji przyszło mi tym łatwiej, iż w bezpośrednim sąsiedztwie Meiringen brakowało już ciekawych przełęczy do odkrycia. Owszem w ostateczności można by się pokusić o pokonanie Grosse Scheidegg od strony Grindewaldu czy Sustenpass od Innertkirchen, lecz na obu tych przełęczach już byłem acz docierając na nie od przeciwnych stron. Przed południem spędziłem więc pasywnie pozostając w naszym apartamencie i podglądając olimpijskie wydarzenia z dalekiego Pekinu. Łukasz z Piotrem wybrali się zaś na dwugodzinną przejażdżkę z Meiringen do Lungerer See i w tym celu musieli dwukrotnie wdrapać się pod wspomnianą już przeze mnie przełęcz Brunig. Najpierw od poznanej już przez nas strony południowo-wschodniej, zaś w drodze powrotnej od północy rozpoczynając wspinaczkę w okolicy Giswil. Pogoda tego dnia była prawdziwie letnia i postanowiliśmy z tego skorzystać. Wczesnym popołudniem zapadła decyzja by wsiąść w samochód i przemierzyć pełny 176-kilometrowy szlak Alpenbrevet Gold. Dzięki temu po raz pierwszy w dziejach swych alpejskich wojaży mogłem sobie pozwolić na zrobienie dokładnej sesji fotograficznej z trasy przejechanego wyścigu. Normalnie bowiem na wyścigi nie zabieram z sobą aparatu fotograficznego, zaś dzień przed czy po imprezie nie miewałem okazji do takiego rekonesansu. Jechaliśmy sobie spokojnie przystając gdzie tylko naszła nas ochota. Oczywiście na każdej przełęczy, a poza tym w wielu strategicznie ważnych czy wizualnie atrakcyjnych miejscach tak na podjazdach, zjazdach jak i w mijanych miastach i wioskach. Górska trasa przy tak swobodnej jeździe i częstych postojach nawet samochodem zajęła nam około sześciu godzin. Pstryknąłem taka liczbę fotek, iż u podnóża Sustenpass moja "cyfrówka" odmówiła dalszej współpracy na skutek wyczerpania baterii.

Niemniej mnie i Łukasza czekał jeszcze nazajutrz samochodowy transfer z dotychczasowej bazy w Meringen do nowego lokum w Andermatt. Dzięki temu mogłem być pewien, iż będę miał jeszcze wyborną okazję ku temu by sfotografować oba oblicza tej przełęczy. Poniedziałek był dniem naszych rozstań z eleganckim Meiringen. Dla Piotra były to zarazem ostatnie godziny w Szwajcarii. Spędził je pracowicie niczym mróweczka czy jak kto woli ranny ptaszek. Gdy trójmiejska część naszej ekipy zalegała jeszcze w swych łożach, Piotr wstał o piątej i by około szóstej godziny wyprawić się na spotkanie z Grosse Scheidegg. Nie mam najmniejszych wątpliwości, iż podbój tej góry w cichej atmosferze letniego poranku miał swój wyjątkowy klimat. Po śniadaniu spakowaliśmy się i pożegnaliśmy około jedenastej. Mnie i Łukasza czekał ponad 60-kilometrowy przejazd do Andermatt. Chcąc pojeździć sobie tego dnia przynajmniej ze trzy godzinki musieliśmy ruszyć z Meiringen przed południem, aby w nowym miejscu o przyzwoitej porze znaleźć jakiś apartament. W drodze raz jeszcze przemierzyliśmy przełęcz Susten - tym razem z zachodu na wschód - dzięki czemu mogłem dokończyć fotograficzną dokumentację pięknej trasy sobotniego rajdu. W tym samym czasie Piotr czekał na swój pociąg do Zurychu skąd ku mazowieckim równinom porwać miał go samolot.



GALERIA ZDJĘĆ


Sarner See w drodze do Meiringen


Nasz apartament in Wurgler Residence


Meiringen - ujęcie pierwsze


Meiringen - ujęcie drugie


Dworzec kolejowy w Meiringen


Pomnik detektywa z Baker Street


Kościół katolicki w Meiringen


Kościół ewangelicki w Meiringen


Kościelne dzwony


Grosse Scheidegg - właściwy początek


Grosse Scheidegg - widok na Meiringen


Grosse Scheidegg - pierwsze kilometry


Grosse Scheidegg - wodospad


Grosse Scheidegg - potok w środkowej części podjazdu


Grosse Scheidegg - zakręt w Rosenlaui


Nasze rumaki na mostku w Schwarzwaldalp


Grosse Scheidegg - schronisko Schwarzwaldalp


Grosse Scheidegg - stromy początek drugiej połówki


Grosse Scheidegg - serpentyny bliżej szczytu


Daniel na Grosse Scheidegg


Łukasz na Grosse Scheidegg


Grosse Scheidegg - spotkanie z rodakami


Grosse Scheidegg - turyści na podjeździe


Przejazd kolejowy w Husen


Daniel na przełęczy Brunig


Łukasz na przełęczy Brunig


Dworzec kolejowy na przełęczy Brunig


Restauracja na przełęczy Brunig


Drewutnia w Kirchet


Rondo w Innertkirchen


Grimsel - okolice Gallauistock


Grimsel - wioska Guttannen


Grimsel - okolice Ritzlihorn


Grimsel - objazd tunelu I


Grimsel - objazd tunelu II


Grimsel - serpentyny


Grimsel - wyspa na sztucznym Grimselsee


Grimsel - ostatnie setki metrów


Grimsel - koniec wspinaczki


Grimsel - Daniel na przełęczy


Grimsel - Piotr na przełęczy


Grimsel - wjazd do kantonu Vallis


Grimsel - miasteczko na przełęczy


Grimsel - kapliczka na przełęczy


Widok ze zjazdu na zachodnią ścianę Furki


Rozjazd w Gletsch - w lewo Silber-strecke


Drewniane domki w Ulrichen


Kolejne arcydzieło stolarskie


Hotel Nufenen w Ulrichen


Nufenen - początek mojej Golgoty


Nufenen - wypłaszczenie na czwartym kilometrze


Nufenen - serpentyny blisko szczytu


Nufenen - Łukasz "Herkules" Talaga ;-)


Nufenen - Piotr "Sokół" Mrówczyński ;-)


Nufenen - Daniel "Orzeł" Marszałek ;-)


Nufenen - zródełka Renu?


Nufenen - Piotr na przełęczy


Nufenen - Daniel na przełęczy


Nufenen - lazurowe oczko wodne


Nufenen - wjazd do kantonu Ticino


Początek zjazdu - okolice Nufenenstock


Alpenbrevet Gold - strefa bufetu w Airolo


Rozjazd w Airolo - w prawo Platin-strecke


San Gottardo - wiele dróg na przełęcz


San Gottardo - serpentyny via Tremola


San Gottardo - kostka z bliska


San Gottardo - kolejne serpentyny


San Gottardo - jeden z wiraży


ASan Gottardo - ostatnia prosta podjazdu


San Gottardo - hotel pod wezwaniem św. Gottharda


San Gottardo - pomnik z trzema orłami


San Gottardo - Łukasz i gen. Suworow


San Gottardo - Piotr wygraża rzeźnikowi Pragi


San Gottardo - zbieg starej drogi z nową


Serpentyny na zjeździe do Goschenen


Wassen skręt na Susten


Susten - widok w dół z piątego kilometra


Susten - widok w górę z piątego kilometra


Susten - restauracja na trzynastym kilometrze


Susten - widok na ostatnią fazę podjazdu


Susten - tunel na szczycie przełęczy


Susten - Daniel na zachodniej stronie przełęczy


Susten - Łukasz i rajdowe kabriolety


Susten - widok na zachodnią stronę


Susten - hotel Steingletscher


Susten - lodowiec Steingletscher


Susten - schronisko poniżej przełęczy


Początek zjazdu - okolice Funffingerstock


Jeden z tuneli na zjeździe z Susten


Stacja kolejki linowej w Gadmental

POWRÓT