URI und GRAUBUNDEN


Wyświetl większą mapę

W Andermatt wynajęliśmy niewielki apartament położony kilkaset metrów od centrum miasta, przy drodze prowadzącej na Oberalppass. Przełęcz ta była zresztą jednym z dwóch celów naszej popołudniowej przejażdżki. Niemniej na pierwszy ogień pójść miała trudniejsza i położona dalej od miasta przełęcz Furka (2431 metrów n.p.m.). Aby dotrzeć do podnóża tej przełęczy musieliśmy przejechać rozgrzewkowe dziesięć kilometrów w lekko wznoszącym się terenie mijając po drodze wioskę Hospental na drodze ku Realp. Dopiero w tej miejscowości zaczyna się naprawdę wschodnia strona Furkapass. Przejście z odcinka "falsopiano" na prawdziwy podjazd wśród alpejskich łąk jest dość gwałtowne. Bez dwóch zdań na tym wzniesieniu najtrudniejszych jest pierwszych sześć kilometrów o średnim nachyleniu 8, zaś maksymalnym 13 %. Za podupadłym nieco hotelem Galenstock droga spuszcza z tonu tzn. do średniej około 6 % przez kolejne trzy kilometry. Ponownie robi się sztywniej między dziewiątym a jedenastym kilometrem, lecz ostatnie setki metrów podjazdu tzn. po minięciu tkniętego upływem czasu hotelu Furkablick są już niemal zupełnie płaskie. Pominąwszy jednak ów płaski finał zarejestrowane przez mój licznik wymiary owej góry to 11,6 km przy średniej 7,4 %. Pokonanie tego odcinka zajęło mi nieco ponad 49 minut przy średniej prędkości 14,3 km/h i VAM rzędu 1029 metrów. Jednym słowem pojechałem na niezłym poziomie, lecz bez rewelacji. No cóż włoska forma z czerwca była mym coraz odleglejszym wspomnieniem. Na przełęczy temperatura była całkiem przyzwoita tzn. 16 stopni, lecz nad nami zaczęły się zbierać czarne chmury. Dlatego postanowiliśmy możliwie szybko zjechać z powrotem do Andermatt by przed jakimś załamaniem pogody dotrzeć również na Oberalppass (2044 m. n.p.m.).


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Dojechaliśmy do charakterystycznego ronda z niedźwiedziem i od razu rozpoczęliśmy drugą tego dnia wspinaczkę. Podjazd ten należy uznać za łatwiejszy od Furki. Rozpoczynając wspinaczkę w Andermatt mieliśmy do przebycia około 600 metrów przewyższenia. Niemniej można go zacząć bardziej na północ czyli w Goschenen czy Wassen i wtedy składałby się on niejako z dwóch połówek o łącznym przewyższeniu ponad 1100 metrów przedzielonych płaskim odcinkiem w okolicy Andermatt. Oberalppass w naszym wydaniu liczył sobie 9 kilometrów przy średnim nachyleniu 6,3 %. Ten odcinek przejechałem niespełna 34 minuty przy średniej prędkości 16 km/h i VAM dokładnie 1000 metrów. Początek podjazdu był nawet dość wymagający i przy tym kręty z przejazdem przez jeden skromny tunel. W dalszej części szosa prowadziła już raczej prostym i bardziej łagodnym odcinkiem wzdłuż wysokogórskiej linii kolejowej. Jednak w otwartym terenie dawał się we znaki wiatr zwiastujący pogorszenie pogody. Po pokonaniu wspomnianych dziewięciu górskich kilometrów trzeba było jeszcze przejechać blisko dwa kilometry niemal płaskiego terenu. Spora część tego fragmentu drogi prowadziła zaś w półmroku sporej długości tunelu, który kończył się dopiero na dwieście metrów przed przełęczą. Obok przełęczy jak gdyby nigdy nic tzn. na wysokości ponad 2000 m. n.p.m. ulokowany jest dworzec kolejowy. Sama przełęcz oddziela zaś kantony Uri oraz Graubunden. Ten drugi to największy, lecz zarazem słabo zaludniony region Szwajcarii - znany nie tylko z miejscowości takich jak Davos, Sankt-Moritz czy najstarsze ze szwajcarskich miast Chur, ale też z faktu, iż oprócz języka niemieckiego i włoskiego używa się tu również języka retoromańskiego. Niemniej eksplorację tego zakątka Szwajcarii pozostawiliśmy sobie na ostatnie cztery dni wyprawy. Z przełęczy przegonił nas coraz śmielszy deszcz. Na zjeździe trzeba było przeto uważać na mokrą drogą, zaś przyjemność jazdy odbierał nam nie tylko chłód ale i krople deszczu, które nieprzyjemnie cięły po oczach i twarzy. Udało nam się bezpiecznie zjechać do bazy i na miejscu dalszą część dnia należało zacząć od suszenia ubrań. Nasz poniedziałkowy przebieg to niespełna 67 kilometrów i 1606 metrów przewyższenia.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it



Wyświetl większą mapę

We wtorek postanowiliśmy ruszyć na wycieczkę tropem tegorocznego Tour de Suisse i zmierzyć się z trasą etapu, który zadecydował o końcowych wynikach tego wyścigu. W tym celu musieliśmy dojechać samochodem do miejscowości Altdorf położonej 33 kilometry na północ od Andermatt. W Altdorf na wysokości 451 metrów n.p.m. rozpoczyna się bowiem potężny podjazd pod przełęcz Klausen (1948 m. n.p.m.). Na nim to rozegrano górską jazdę indywidualną na czas, którą z czasem 1h 00:22 wygrał młody Czech Roman Kreuziger jnr. Zaparkowaliśmy w centralnym miejscu tego 9-tysięcznego miasteczka, będącego stolicą kantonu Uri. Na miejscu okazało się, iż jest ono "centrum kultu" Wilhelma Tella szwajcarskiego bohatera narodowego. Na głównym placu znajduje się sporych rozmiarów pomnik legendarnego kusznika, zaś we wiosce Burglen położonej dwa kilometry od miasta ulokowane jest muzeum poświęcone tej postaci. Wzniesienie długości 25,1 kilometra przy średnim nachyleniu 6,3 % z całą pewnością można zaklasyfikować jako podjazd najwyższej kategorii. W zasadzie składa się ono jakby z dwóch dość różnych "połówek". Pierwsza łatwiejsza i kończąca się zjazdem w miejscowości Unterschachen to 12,8 kilometra przy średniej 4,8 % gdzie mój standardowy górski tryb "numero 24" wrzucać musiałem jedynie okazjonalnie. Z kolei następne 12,3 kilometra trzyma na średnim poziomie 7,3 % i potrafiło mnie do właściwego wysiłku. Jakiś kilometr za Unterschachen droga zwęża się i strzela mocniej w górę by przez kolejne 4,5 kilometra piąć się pod górę pod kątem około 9 %. W górnej części podjazdu na asfalcie mieliśmy wiele śladów po czerwcowym widowisku. Dostrzec można było imiona i nazwiska faworytów gospodarzy jak i gości z zagranicy. Niedaleko szczytu w okolicy hotelu Klusen-Passhohe wymalowano nawet pełen skład ekipy CSC-Saxo Bank nie zapominając o imieniu Wołodymira Gustowa, które ledwie mieściło się na niezbyt szerokiej drodze. Na ostatnich kilku kilometrach wspinaczki mocno przeszkadzał nam silny wiatr. Pokonanie całego wzniesienia do samej kreski będącej metą wspomnianego etapu zajęło mi 1h 30:16 przy średniej prędkości 16,7 km/h i VAM 938 metrów. Wspomniany wskaźnik prędkości wspinaczki wydaje się dość skromny, lecz nie była to góra na bicie rekordów tego rodzaju. Wszak sam Kreuziger "leciał" z prędkością poniżej 1500 metrów podczas gdy rekordy zawodowego peletonu wykręcane na Zoncolan, Angliru, Mortirolo czy Mont Ventoux oscylują 1800 metrów. Z tego widać, że nie dla mnie wysokie progi Pro Touru - nie miałbym szans zmieścić się w 25 % limicie czasu. Na górze schowałem się przed wiatrem w małej kapliczce. Potem zdecydowałem się zjechać niespełna dwa kilometry by towarzyszyć Łukaszowi w ostatnim fragmencie jego walki z tą górą. W sumie tego dnia przejechałem ponad 54 kilometry przy łącznym przewyższeniu 1648 metrów. Do Andermatt wróciliśmy droga okrężną przez … Meiringen skąd musiałem zabrać pozostawianą nieopatrznie pompkę podłogową. Tym samym raz jeszcze dane nam było obejrzeć wspominaną przy niejednej okazji przełęcz Susten.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it



Wyświetl większą mapę

W środę 13 sierpnia wybraliśmy się po raz pierwszy do wspomnianego już przez mnie kantonu Graubunden. Tym razem jeszcze tylko z gościnna wizytą celem podjechania pod przełęcz Lukmanier (1914 m. n.p.m.) znajdującą się na pograniczu tego regiony z "włoskim" kantonem Ticino. Uznaliśmy, że rowerową część naszej wycieczki najlepiej będzie zacząć w Sedrun - miasteczku położonym w odległości 10 kilometrów od Disentis gdzie zaczyna się północny podjazd pod Lukmanier (po włosku Lucomagno). Dawało to nam bowiem możliwości spokojnej 11-kilometrowej rozgrzewki w terenie opadającym na tym odcinku o jakieś 260 metrów. Aby dostać się do Sedrun należało najpierw przejechać samochodem 23 kilometry w połowie tej trasy pokonując znaną nam już z poniedziałku przełęcz Oberalp. Podjazd zaczyna się około kilometra za miastem na moście, pod przepływa Ren biorący swój początek w okolicznych górach. Lukmanier należy do łatwiejszych wzniesień pośród szwajcarskich olbrzymów. Na trasie Tour de Suisse przejeżdżany był w tym roku już po raz 33, zaś na liście jego zdobywców jest m.in. nasz Zenon Jaskuła - pierwszy na linii górskiej premii w pamiętnym roku 1993. Zdecydowanie najtrudniejszy odcinek tego podjazdu czekał nas na samym jego początku. Poprzecinane licznymi tunelami pierwsze trzy kilometry mają średnie nachylenie rzędu 7,6 % w trzech punktach dochodząc do poziomu 10 %. Później jest już znacznie łatwiej. Nie brak nawet dłuższych odcinków "falsopiano", zaś najdłuższy z trzech nieco stromych odcinków ten z okolic Sogn Gions liczy sobie tylko 700 metrów.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Ciekawostką tego wzniesienia jest fakt, iż droga swój najwyższy punkt czyli poziom 1972 metrów n.p.m. osiąga w jednym z licznych tuneli, skąd do samej przełęczy prowadzi nieco ponad kilometrowy zjazd. Wynika z tego, iż w razie forsowania Lukmanier od północy walka o punkty do klasyfikacji górskiej TdS rozgrywa się w tym miejscu w nad wyraz szybkim tempie. Relatywnie szybki też mój wjazd pod ta górę. Potrzebowałem na to 52 minut i 16 sekund co dało średnią 19,6 km/h. Od źródeł Renu do kulminacji podjazdu we wspomnianym tunelu było zaś 17 kilometrów przy bardzo umiarkowanym średnim nachyleniu 5,5 %. Dlatego pomimo wysokiej średniej prędkości wartość VAM była co najwyżej umiarkowana tzn. na poziomie 997 metrów co potwierdza teorię, iż najszybciej owych metrów przybywa tam gdzie się wolniej jeździ czyli na podjazdach stromych. Zjazd z Lukmanier choć prosty technicznie nie należał do przyjemnych z uwagi na silny wiatr oraz miejscami jazdę po płytach zamiast asfaltu oraz w półmroku licznych tuneli. Wszystkie te czynniki sprawiały, że nie czułem się na nim zbyt bezpiecznie, stąd maksymalnie popuściłem hamulce do 65 km/h. Po powrocie Disentis pozostał nam jeszcze do przerobienia odcinek delikatnego podjazdu do Sedrun gdzie przystanęliśmy nieco dłużej na spożywczych zakupach. W miasteczku tym Łukasz natknął się na naszego rodaka ze Śląska, który zwierzył się nam iż ostatnie trzy lata spędził w tym rejonie przy budowie tunelu kolejowego, który ma wkrótce połączyć oddalone od siebie o 57 kilometrów miasta Erstfeld (na północy) i Bodio (na południu). Pracę nad tym gigantycznym tunelem rozpoczęto w 1999 roku, zaś ich finał przewidziano na rok 2015!



Wyświetl większą mapę

W czwartek 14 sierpnia na dzień dobry czekała nas przeprowadzka z Andermatt do Doliny Engadin gdzie na odcinku pomiędzy Sankt-Moritz a La Punt chcieliśmy znaleźć jakąś "spokojną przystań" na ostatnie dwa noclegi podczas tej wyprawy. W tym celu musieliśmy zaraz po śniadaniu wyruszyć w 160-kilometrową podróż samochodem. Z początku kierując się prosto na wschód przez Oberalppass, Disentis, Ilanz, Flims aż do rejonu Tamins i Bonaduz. Następnie wskoczyliśmy na krótki odcinek autostrady do Thusis skąd skręciliśmy na Tiefencastel. Po dojechaniu do tej miejscowości mieliśmy dwie opcje dalszej podróży tzn. mogliśmy wybrać główna drogą przez Julierpass bądź drugorzędną, lecz turystycznie bardziej atrakcyjną przez Albulapass. Ładna tego dnia pogoda zachęciła nas podziwiania pięknych widoków i skręciliśmy w lewo na Albulę. Po drodze kilka razy zatrzymaliśmy się chcąc zrobić zdjęcia w najciekawszych miejscach m.in. w okolicach pięknego wiaduktu, na którym położone zostały tory na potrzeby Kolei Retyckich. Ta wybudowana pomiędzy 1898 a 1904 rokiem trasa to prawdziwe arcydzieło sztuki inżynieryjnej na odcinku 63 kilometrów między Thusis a Sankt-Moritz znajduje się aż 55 mostów i 39 tuneli, w tym najdłuższy z nich blisko 6-kilometrowy pomiędzy wioskami Preda i Spinas położony pod samą przełęczą na wysokości około 1800 metrów n.p.m. Podczas podjeżdżania na przełęcz zażyliśmy też trochę miejscowego folkloru, albowiem w pewnym momencie naszą jazdę znacznie spowolnił korowód dorożek, z których turyści mający więcej wolnego czasu mogli podziwiać uroki tych okolic. Wczesnym popołudniem zjechaliśmy do Samedan i zaczęliśmy rozglądać się za jakimś lokum. Tym razem akurat trafiliśmy kiepsko bo na schronisko młodzieżowe w Bever gdzie cena była wysoka jak na standard oferowanych warunków mieszkaniowych. Niemniej nie było czas szukać dłużej i lepiej bowiem na popołudnie zaplanowaliśmy sobie ponad 80-kilometrowy rajd rowerowy na trasie Engadin - Poschiavo z dwukrotnym przejazdem przez przełęcz Bernina (2328 m. n.p.m.).


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Wyruszyliśmy przed piętnastą. Na początek czekał nas płaski odcinek do Samedan, a następnie skręt na południe w kierunku Pontresiny. W okolicach tej miejscowości rozpoczyna się północny podjazd pod Berninę. Od razu trzeba powiedzieć, że jest on bardzo łatwy jak na warunki alpejskie. Według odczytu z mojego licznika miał on 15,5 kilometra przy średnim nachyleniu 3,5 % i przewyższeniu ledwie 537 metrów. W zasadzie tylko w końcówce "trzyma" on przez jakieś dwa kilometry sięgając w pewnym momencie poziomu 10 %. Z tej przyczyny postanowiłem go potraktować ulgowo i zaoszczędzić siły na jego sroższe południowe oblicze. Dlatego też nie zrobiłem sobie tradycyjnej górskiej czasówki. Półgodzinny zjazd do Poschiavo gdzie czuć już było klimat pobliskiej Italii był czystą przyjemnością. Gdyby nie szalejące z naprzeciwka motory i czterokołowe maszyny w typie Ferrari czy Lamborghini można by popuścić wodzę swej fantazji, a tak dbając bardziej o swe zdrowie niż wrażenia rozpędziłem się tylko do 67 km/h. Po zjeździe zatrzymaliśmy przez kwadrans na rynku w Poschiavo skąd do włoskiej granicy w Campocologno brakowało już tylko 15 kilometrów. Zresztą szczerze powiedziawszy w trakcie zjazdu z Berniny byliśmy w pewnym momencie nawet bliżej Włoch, albowiem jakieś trzy kilometry od szczytu mija się posterunek celny la Motta położony na wysokości 2052 m. n.p.m. skąd do granicy między obu państwami na Forcola di Livigno są zaledwie cztery kilometry. Południowa strona Berniny była naszym "głównym daniem" tego popołudnia. Nie ukrywam, że to podjazd w moim typie tzn. przynajmniej wtedy gdy jestem w formie i mych sił na nadwątliły jakieś wcześniejsze wzniesienia. Bardzo trudny podjazd przez blisko 15 kilometrów trzymający na poziomie 8 - 9 %, za wyjątkiem kilkusetmetrowego odcinka w rejonie la Rosa jakieś 6 kilometrów przed szczytem. Na szczęście nieco łatwiejsze są pierwsze trzy kilometry co pozwala właściwie się rozgrzać i złapać właściwy sobie rytm. Ogółem góra ta liczy sobie 17,6 kilometra przy średnim nachyleniu 7,3 % i max. ponad 11 %. Jej pokonanie w dużej mierze na przełożeniu 39 x 24 zajęło mi 72 minuty z kilkunastoma sekundami przy średniej prędkości 14,7 km/h i VAM 1037 metrów. Na górze postałem jakieś 20 minut rozmawiając z wielopokoleniową niemiecką rodziną. Napotkanych turystów poprosiłem o zrobienia mi zdjęć na tle tablicy po czym z wolna zawróciłem na południe "poszukać" Łukasza. Tym sposobem dodałem do swego "przebiegu" jeszcze 2,5 kilometra zjazdu i tyleż samo podjazdu. Na górze kolejna krótka sesja zdjęciowa, tym razem z Łukaszem w roli głównej i czas na zjazd. Niby wypłaszczony, ale wspomniany stromy odcinek były prosty i bezpieczny co mi pozwoliło się rozpędzić do 79 km/h, zaś mojemu kompanowi na pewno nieźle ponad 80 km/h. Po powrocie do schroniska kierownik tej placówki nie miała dla nas dobrych wiadomości. Na piątek przewidywany był chłód i co gorsza deszcz przez większą część dnia.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it


Niestety jak mieliśmy się przekonać na pogodzie Szwajcarzy znają się znacznie lepiej niż nasi meteorolodzy, bowiem praktycznie się nie mylą. Od rana do południa padało i to wcale nie lekko, więc mogliśmy tylko z nadzieją na przejaśnienia spoglądać w szare niebo. Tuż przed południem przestało padać, choć nadal było pochmurnie i zimno - skromne 12 stopnie. Mimo to ruszyliśmy na nasz najdłuższy rowerowy wypad poza rajdem Alpenbrevet. Czekało na nas 100 kilometrów górskiej trasy z przejazdami przez przełęcze: Julier (2284 m. n.p.m.) oraz Albula (2321 m. n.p.m.). Do tego ta niepewna pogoda. Na początek lekkie 11 kilometrów na płaskowyżu z niewielką górka między Celeriną a Sankt-Moritz, wolną jazdą przez słynny kurort pełen turystów oraz dalej po płaskim terenie do miejscowości Silvaplana. Tu zaczyna się podjazd pod Julierpass, która od południa prezentuje się dość skromnie. Całe wzniesienie ma 7,3 kilometra przy średnim nachyleniu 6,7 % i przewyższeniu 469 metrów. Niemniej moim skromnym zdaniem jest ono cięższe niż oddają to suche dane. Wpływ na to ma zapewne ostry początek czyli stromizna blisko 12 % na pierwszy 550 metrach, który przejechany ze zbyt dużym entuzjazmem może nieco "podciąć" nogi czy raczej "ukłuć" w płuca. Do tego w górnej części tj. na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. droga prowadzi przez odsłonięty teren gdzie jazdę utrudniał nam silny wiatr. Wspinaczka zajęła mi nieco ponad 27 minut przy średniej prędkości 16,1 km/h i VAM 1032 metrów. Na górze było ledwie 7 stopni, więc warto było się schronić sklepie z pamiątkami. Po obowiązkowym rytuale fotograficznym czekał nas blisko 36-kilometrowy zjazd do Tiefencastel na wysokość ledwie 836 metrów n.p.m. Tylko przez pierwsze kilka kilometrów jest on typowo alpejski, zaś przez kolejnych trzydzieści przecinany płaskim terenem. Musieliśmy za to uważać w paru miejscach na odcinki szutru, bowiem trafiliśmy akurat na roboty drogowe. Miłym akcentem na koniec tego zjazd były ostatnie dwa kilometry, na których bez trudu można było się "rozbujać" do 70 km/h. Po zjeździe na rondzie przed Tiefencastel mieliśmy w nogach blisko 55 kilometrów, lecz najtrudniejsze "odcinki specjalne" dopiero przed nami. Temperatura 15 stopni i pochmurne, acz dość jasne niebo skłaniały nas do ostrożnego optymizmu przed drugą częścią piątkowego etapu.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Pierwsze 14 kilometrów to ledwie wstęp do właściwej części podjazdu, albowiem na tym odcinku trzeba pokonać różnice wzniesień zaledwie 300 metrów. Jechaliśmy zgodnie ze średnią prędkością ponad 20 km/h mijając po drodze Suravę i Filisur. Niestety w miarę pokonywania kolejnych kilometrów chmury nad nami ciemniały. Zaczęło zrazu kropić, następnie padać, zaś na dwukilometrowym stromym odcinku przed Bergun po mżawce nie było już śladu, bowiem z nieba lało już jak z cebra. Postanowiliśmy zatrzymać się w Bergun i jakoś przeczekać to załamanie pogody. Do naszej bazy po drugiej stronie przełęczy Albula brakowało nam niespełna 30 kilometrów. Pora dnia była wciąż dość wczesna tzn. dochodził kwadrans po piętnastej czyli mieliśmy spory zapas czasu przed wieczorem. Weszliśmy do hotelu Weisses Kreuz na głównym placu miasta. Rowery zostawiliśmy w holu, a sami zmarznięci oraz przemoczeni udaliśmy się do restauracji wypić i przekąsić coś ciepłego. Ludzie z obsługi tego gościnnego przybytku patrzyli na nas jak na straceńców. Zamówiona herbata i zupa grzybowa smakowały mi oczywiście jeszcze bardziej niż zwykle. Tymczasem nawałnica za oknem nie ustawała. Momentami padał grad. Można było też usłyszeć światła błyskawic i uderzenia piorunów. W tych warunkach dalsza jazda wydawała się czystym szaleństwem. Jeśli w Bergun cały czas lało, zaś temperatura oscylowała w granicach 10 stopni to co nas mogło czekać blisko 1000 metrów wyżej na samej przełęczy. Łukasz za namową naszych gospodarzy całkiem rozsądnie postanowił dalszą część drogi przebyć pociągiem wspomniana przeze mnie trasą Kolei Retyckich. Ja byłem na tyle szalony by choć spróbować dalszej jazdy na rowerze. Pomysł niezbyt rozsądny, lecz kierowałem się w tym momencie sercem i wiarą we własne możliwości niż obiektywną oceną potencjalnych niebezpieczeństw np. czy w tym warunkach zgrabiałymi od zimna i wilgoci rękoma byłbym w stanie zmienić dętkę w razie defektu? Niemniej skoro Łukasz zdecydował się wrócić do Engadin pociągiem to miałem pewność, że już wkrótce będzie cały i zdrowy w naszej bazie, więc w razie potrzeby wsiądzie w samochód i ściągnie mnie z trasy.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Ostatecznie po 100 minutach postoju, cieplej ubrany i rozgrzany zupą oraz herbatą ruszyłem w dalszą drogę na przełęcz. Cóż udało się, więc mam co z rozrzewnieniem wspominać. Niesamowite przeżycie 57 minut jazdy w strugach deszczu, zaś na ostatnich trzech kilometrach przy deszczu ze śniegiem. W okolicy Predy wyprzedził mnie pociąg z Łukaszem. Od czasu do czasu z naprzeciwka mijały mnie samochody, których kierowcy musieli być nieźle zaskoczeni iż ktoś w tych warunkach gramoli się na górę. Jednak do czasu gdy trzeba było się ciężko pracować wspinając się przez 13,7 kilometra przy średnim nachyleniu 7 % nie czułem szczególnego zimna. Wjechałem na górę ze średnią prędkością 14,4 km/h przy wartości VAM 969 metrów - chyba nieźle jak na te warunki. Na górze stanąłem zrobić sobie autoportret przy tablicy, a następnie chciałem zjechać na drugą stronę ku dolinie Engadin. Do La Punt brakowało tylko 9,5 kilometra z czego półtora kilometra na płaskowyżu i osiem dalszych zjazdu. Szybko jednak przekonałem się o różnicy między mozolną wspinaczką, a szybszą jazdą przy temperaturze 1 stopnia Celsjusza. Po ledwie kilkuset metrach spasowałem przemarznięty zawróciłem do schroniska, które niestety okazało się zamknięte na cztery spusty. Pozostał mi telefon do przyjaciela i cierpliwe wyczekiwanie na ratunek. Jednym słowem blisko pół godziny dreptania i chuchania. Nieliczni kierowcy przejeżdżający przez przełęcz nie specjalnie przejęci moim losem. No cóż miałem czego chciałem. Na moje szczęście trafiła się w końcu 4-osobowa rodzina uprzejmych Samarytan. Zaprosili mnie do swego samochodu, podali koc i poczęstowali czekoladą. W tym cieplejszym klimacie ludzkiej życzliwości spędziłem kilka minut pozostałych do przyjazdu Łukasza. Jazda samochodem w tych warunkach czyli przy minimalnej widoczności oraz mokrym śniegu pod letnimi oponami wymagała od mojego kolegi sporych umiejętności i doświadczenia za kółkiem przy minimalnej widoczności oraz mokrym śniegu pod letnimi oponami zjeździe do La Punt. W dolnej części zjazdu przeszkadzał już tylko deszcz. Okazało się, iż śnieg padał m/w od wysokości 2100 metrów, więc w samej dolinie Engadin już go nie było. Wieczorem zwiedziliśmy Samedan, w którym zamieszkaliśmy po porannej ewakuacji z Bever. Wcześniej jednak ciepło się nam zrobiło na sercach widząc sukces naszego kulomiota Tomasza Majewskiego, który zdobył pierwszy dla Polski złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie.



Wyświetl większą mapę

Ostatnim dniem naszych górskich podbojów była sobota 16 sierpnia. Postanowiliśmy pojechać samochodem czyli 27 kilometrów w dół doliny Ober-Engadin. Stamtąd zaś już na rowerach planowaliśmy pojechać północny-zachód ku przełęczy Fluela (2383 m. n.p.m.), zaś po powrocie do Zernez wybrać się jeszcze ewentualnie na wschód ku Ofenpass czyli na przełęcz Fuorn (2149 m. n.p.m.). Zernez było idealnym punktem wypadowym na tego rodzaju "ekspedycję". Za zanim w miejscowości Susch rozpoczął się na dobre podjazd pod Fluelę mogliśmy się na płaskim odcinku długości 6,5 kilometra. Podjazd na tą przełęcz prowadzi doliną Susasca przez blisko 13 kilometrów o średnim nachyleniu 7,8 %. Pierwsze trzy kilometry wymagające i pełne serpentyn. Kolejne trzy są łatwiejsze, zaś piąty kilometr daje nawet okazję do złapania głębszego oddechu. Potem przychodzi czas na trzy najtrudniejsze kilometry, choć potem jeszcze kilometr jedenasty może się dać we znaki zważywszy na włożony już wcześniej wysiłek. W sumie szosa wielokrotnie przekracza tu poziom 10 % dochodząc maksymalnie do wartości 13 %. Na podjeździe spędziłem 51 minut i 50 sekund co dało mi średnią 14,9 km/h i rekordowy podczas całej wyprawy wskaźnik VAM 1098 metrów! Można więc powiedzieć, że swą ubiegłoroczną znajomość ze szwajcarskimi Alpami zakończyłem mocnym akcentem. Na przełęczy było gwarno. Spotkaliśmy wielu motocyklistów oraz autobusową wycieczkę z holenderskimi turystami w podeszłym wieku. Przede wszystkimi jednak trafiliśmy na naszego rodaka-kolarza, który zdobył Fluelę z przeciwnej (północnej) strony tzn. rozpoczynając wspinaczkę w słynnym Davos. Na górze było tylko 9 stopni w cieniu, lecz w słońcu aż 27 stąd czekając na Łukasza czy pozując później do zdjęć mimo śniegu na zboczach okolicznych gór nie musiałem wciągać nogawek. Co innego na zjeździe, który pokonałem spokojnie w tempie max. 59 km/h. Po drodze mieliśmy spotkanie bliskiego stopnia z górskimi kozicami, które wstrzymały na parę minut ruch kołowy na przełęczy.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Po powrocie do Zernez choć mieliśmy w nogach tylko 40 kilometrów zrezygnowaliśmy z wyprawy "Drang nach Osten" ku szwajcarskim kresom wschodnim. Akurat przełęcz Ofenpass lokowała się w dolnej części mojej prywatnej "listy życzeń", więc przystałem na sugestie Łukasza by odpuścić sobie tą część wycieczki czyli w sumie 43 kilometry po to by wcześniej rozpocząć odwrót do kraju. Dzięki tej decyzji po przebraniu się, rozmontowaniu bagażników dachowych i spakowaniu wszystkich swych bagaży do samochodu około czternastej mogliśmy swą długą podróż. Na początek ostatnich 45 kilometrów po szwajcarskich szosach przez dolinę Unter-Engadin. Potem przynajmniej dla mnie "dawnych wspomnień czar" bowiem jadąc przez Austrię mijaliśmy Prutz, Landeck i Imst czyli miejscowości, które poznałem w lipcu 2003 roku podczas swego pierwszego dnia w Alpach. Zresztą do Niemiec też wkroczyliśmy szlakiem Krzyśka i Wojtka czyli przez Fernpass, miejscowość Griesen oraz słynące z noworocznych skoków narciarskich Garmisch-Partenkirchen. Cała podróż prowadząca dalej przez centrum Monachium, okolice Norymbergii, Lipska, Berlina i w końcu Kołbaskowo, Koszalin, Słupsk i Wejherowo zajęła nam w sumie 17 godzin. O ile na początku było pięknie, o tyle w drugiej połowie naszej podróży było z pewnością ciekawie. Od okolic Berlina ulewny deszcz i wichura, choć na nasze szczęście nie tak mocne i tragiczne w skutkach co żywioły buszujące samej nocy tzn. z 16 na 17 sierpień w środkowej Polsce. Już po polskiej stronie granicy zdarzyło mi się w ciemnościach zboczyć z trasy na Nowogard, więc zamiast monotonii długiej jazdy po "krajówce" mieliśmy okazję do nocnej jazdy na orientację. Wybrnęliśmy obronną ręką i z tego zadania i około siódmej nad ranem dotarliśmy do Trójmiasta, które powitało nas iście jesienną aurą. Podczas ośmiu dni jazdy po Szwajcarii przejechałem w sumie 622,5 kilometra pokonując łącznie 17.027 metrów przewyższeń. Obiecaliśmy sobie wrócić do tego pięknego kraju, lecz za drugim razem odwiedzić zachodnią część tamtejszych Alp czyli szosy znane dobrze z wyścigu Tour de Romandie. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem w połowie czerwca 2009 roku będę miał okazję wspinać się pod przełęcze Forclaz, Gran San Bernard, Croix i Simplon oraz stacji narciarskich Crans-Montana czy Verbier. Ta ostatnia pojawi się na miesiąc później trasie Tour de France 2009.



GALERIA ZDJĘĆ


Łukasz na tle apartamentu w Andermatt


Furka - przejazd przez Hospental


Furka - Hospental ujęcie drugie


Furka - początek podjazdu w Realp


Furka - pierwsze kilometry


Furka - kurs golfa


Furka - hotel Galenstock


Furka - Łukasz na tle ostatnich kilometrów podjazdu


Furka - rejon Tiefenbach


Furka - hotel Tiefenbach


Furka - widok na wschodnią stronę


Furka - hotel Furkablick


Furka - ostatnie metry Łukasza


Daniel na przełęczy Furka


Łukasz na przełęczy Furka


Furka - herb kantonu Uri


Oberalp - widok na tunel


Oberalp - stacja kolejowa


Oberalp - ostatni wiraż przed szczytem


Oberalp - restauracja Piz Calmot


Daniel na przełęczy Oberalp


Łukasz na przełęczy Oberalp


Stare miasto w Altdorf


Pomnik Wilhelma Tella w Altdorf


Klausen - początek podjazdu


Klausen - Wilhelm Tell aus Burglen


Klausen - Muzeum Tella w Burglen


Klausen - widok na wioskę Springen


Klausen - półmetek podjazdu za Unterschachen


Klausen - kilka kilometrów przed szczytem


Klausen - ślady po Tour de Suisse


Klausen - widok na ostatnie kilometry


Klausen - hotel Klausenpass-hohe


Daniel na wietrznej pzełęczy Klausen


Łukasz na przełęczy Klausen


Kapliczka na przełęczy Klausen


Andrematt - kaplica Marii ponad miastem


Andermatt - rondo z niedźwiedziem


Andermatt - hotel Trzech Króli


Andermatt - hotel Schweizerhof


Andermatt - deszczowe centrum wieczorową porą


Andermatt - kościół farny św. Piotra i Pawła


Lukmanier - widok na Disentis


Lukmanier - początek podjazdu na Rheinbrucke


Lukmanier - w dole "młodziutki" Ren


Lukmanier - kościół we wiosce Platta


Lukmanier - osada Parde / Medel


Lukmanier - ostry kawałek na dziewiątym kilometrze


Lukmanier - Łukasz na tle Lai da Sontga Maria


Lukmanier - schronisko św. Marii


Lukmanier - raj dla kolarzy


Daniel na przełeczy Lukmanier / Lucomagno


Łukasz na przełęczy Lukmanier / Lucomagno


Albula - wiadukt Kolei Retyckich


Albula - czwartek w pełnym słońcu


Albula - Łukasz pięć kilometrów przed szczytem


Albula - widok na ostatnie kilometry


Bernina - ostatnie metry po północnej stronie


Bernina - motel na przełęczy


Bernina - schronisko na przełęczy


Ratusz w Poschiavo


Kościółek w Poschiavo


Bernina - osada la Rosa


Bernina - posterunek celny la Motta


Bernina - ostatnie metry po południowej stronie


Daniel na przełęczy Bernina


Łukasz na przełęczy Bernina


Julier - widok na ostatnią fazę podjazdu


Daniel na przełęczy Julier


Łukasz na przełęczy Julier


Na zjeździe - osada Bivio


Na zjeździe - kościół w Tinizong


Rondo w Tiefencastel


Albula - widok na Suravę


Albula - widok na Filisur


Albula - stromy odcinek przed Bergun


Albula - deszczowy rynek w Bergun


Daniel na przełęczy Albula


Albula - zimowa pogoda na szczycie


Łukasz w Samedan na tle ośnieżonych szczytów


Samedan - siedziba władz gminnych


Fluela - początek podjazdu z Susch


Fluela - widok z dołu


Fluela - widok z góry


Fluela - stromy jedenasty kilometr


Fluela - przypruszone śniegiem góry


Fluela - schronisko na przełęczy


Daniel na przełęczy Fluela


Łukasz na przełęczy Fluela


Na zjeździe - spotkanie z kozicami

POWRÓT