SUD TIROL, VENETO & GRAN FONDO CAMPAGNOLO

Na drzewach coraz mniej liści, na termometrze słupek rtęci coraz skromniejszy, a dzień powszedni na tyle krótki, że pracując w godzinach urzędowych pojeździć można tylko w weekendy. To znak, iż nastała nam już ta gorsza dla nas cyklistów amatorów połowa roku. Dlatego by jakoś rozświetlić mroki długich jesiennych wieczorów najlepiej snuć już plany kolejnych ambitnych wypraw lub wrócić na chwilę wspomnieniami do wydarzeń minionego lata. A działo się wiele, jako że na sezon 2008 przygotowałem sobie rekordową dawkę alpejskich wyzwań. Wśród nich aż cztery wyścigi i każdy o skali trudności większej niż królewskie etapy na każdym z trzech Wielkich Tourów. Tegoroczne wojaże rozłożyłem sobie na 18-dniowe Giro d'Italia w czerwcu oraz 9-dniowy Tour de Suisse w sierpniu. Na początek zgodnie z chronologią będzie rozprawka o pięknej Italii i to w trzech docinkach: tydzień po tygodniu, wyścig po wyścigu.

Do Włoch pojechałem wraz z mym wiernym kompanem Piotrem Mrówczyńskim. Zaplanowaliśmy sobie starty co niedzielę w trzech górskich Gran Fondo tzn. Campagnolo (15 czerwca), Pantani (22 czerwca) i Coppi (29 czerwca). W dni powszednie także nie mieliśmy zamiaru próżnować. Przemierzając drogi pięciu alpejskich regionów (wszystkich poza Doliną Aosty) szukaliśmy okazji do przejechania możliwie największej liczby podjazdów znanych z kart wspaniałej historii Giro d'Italia. Oczywiście priorytet na mojej liście życzeń miały wzniesienia jeszcze nam nieznane i zarazem nie znajdujące się w programie w/w imprez. W tym celu wyruszyliśmy do Włoch w środowy wieczór 11 czerwca znanym sobie szlakiem przez polskie bezdroża i niemieckie autostrady, aby następnie po krótkiej przeprawie przez austriacki Tyrol wjechać na włoską ziemię na przełęczy Brenner. Niestety tym razem "Bella Italia" nie powitała nas słońcem i letnią temperaturą. Przez pierwszy tydzień naszego pobytu pogoda po południowej stronie wschodnich części Alp była nad wyraz kapryśna. Naszym pierwszym przyczółkiem stała się wioska Valgenauna położona przy drodze krajowej SS12 nieopodal Campo di Trens (Freienfeld) i Vipiteno (Sterzing).



Wyświetl większą mapę

W to miejsce dotarliśmy w czwartek wczesnym popołudniem, więc do wieczora pozostało nam kilka godzin, z których część postanowiliśmy wykorzystać na pierwszą przejażdżkę po włoskich szosach. Na swój pierwszy cel obraliśmy przełęcz Pennes (2215 m. n.p.m.) będącą "sąsiadką" przełęczy Monte Giovo znanej nam z lipca 2006 roku. Trzeba przyznać, że północny szlak na passo Pennes to - delikatnie rzecz ujmując - "niełatwy orzech do zgryzienia". Czternaście kilometrów podjazdu zaczyna się we wiosce Pruno i ma średnie nachylenie na poziomie 9%, przy tym mocno "wchodzi w nogi" już od samego początku co dobrze widać na stosownym profilu. Tym boleśniej można się zderzyć z taką ścianą gdy będąc powodowany entuzjazmem jazdy w kolarskim raju zapomni się zrzucić łańcuch z dużej tarczy na małą. Na skutek tego błędu zabrałem się do "pracy" na niecodziennym przełożeniu 53 x 24. Przyznam bowiem, że dopiero po półtora kilometrze zorientowałem się, iż większy opór materii spowodowany był nad wyraz twardym przełożeniem, a nie jakimś problemem sprzętowym w stylu scentrowane koło ocierające o klocki hamulcowe. Dalej wspinałem się już zgodnie z wszelkimi prawidłami sztuki kolarskiej tzn. na przełożeniu dostosowanym do mocy zwykłego śmiertelnika, a więc 39x24 względnie 39x28 pokonując całe wzniesienie w niespełna 68 minut przy średnim tempie 12,5 km/h. Dało mi to całkiem niezły jak na początek naszej wyprawy VAM rzędu 1090 metrów na godzinę.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it


Na piątkowe przedpołudnie mieliśmy zaplanowaną wspinaczkę pod passo del Erbe (2004 m. n.p.m.) po wcześniejszym krótkim transferze samochodowym z Valgenauny do Bressanone (Brixen) czyli miejsca gdzie zaczyna się ten przeszło 29-kilometrowy podjazd o przewyższeniu blisko 1500 metrów. Jednak warunki pogodowe panujące od samego rana w dolinie Isarco czyli ulewny deszcz i temperatura poniżej 10 stopni na wysokości około 1000 metrów n.p.m. skutecznie nas zniechęciły do zaplanowanej eskapady. Zamiast rowerowej przejażdżki zdecydowaliśmy się pojechać od razu do Pedaveny wioski położonej w regionie Veneto tuz obok miasta Feltre. Miała być ona naszą bazą na kolejne trzy doby. Podróż urozmaiciliśmy sobie postojem w Bolzano (alias Bozen) gdzie wcielając się w rolę pieszego turysty z plecakiem spędziliśmy przeszło godzinę na podziwianiu uroków tamtejszej starówki. Nawet nie będąc szczególnym znawcą architektury dało się wyczuć tyrolski charakter tego miasta, które do końca I Wojny światowej było częścią Cesarstwa Austriacko-Węgierskiego. Na ulicach jak i szyldach sklepowych język niemiecki zdawał się dominować nad włoskim. Nie bez powodu Bozen jest stolicą prowincji Sud Tirol, która cieszy się autonomią w ramach zdominowanego przez Włochów regionu Trentino-Alto Adige.

Po przystanku w Bolzano pojechaliśmy już prosto do Pedaveny gdzie zastała nas całkiem przyjazna pogoda. Dlatego też po rozgoszczeniu się na stancji postanowiliśmy nadrobić poranny bezruch i w miejsce odpuszczonej przed paroma godzinami passo Erbe zdobyć słynne wzniesienie Monte Grappa. Na tą "świętą" dla Włochów górę (z uwagi na krwawe wydarzenia I Wojny światowej) prowadzi kilka dróg. My wybraliśmy najbardziej znaną czyli z miasteczka Romano d'Ezzelino położonego nieopodal Bassano del Grappa. Niestety w połowie 40-kilometrowej podróży samochodem ku temu miastu nasze miny mocno zrzedły, albowiem z nieba lunęło jak z cebra. My zaś będąc nazbyt optymistycznie nastawieni do włoskiej aury nie przygotowaliśmy się na ewentualność deszczowej wspinaczki. Na miejscu czyli u podnóża góry przeczekaliśmy najgorszy deszcz i podjęliśmy swe decyzje. Piotr rozważnie odpuścił sobie ten występ, zaś ja romantycznie porwałem się na pojedynek z kolosem ubrany "na krótko" mając jednak logistyczne wsparcie w koledze. Uzgodniliśmy bowiem z Piotrem, iż wjedzie on po mnie na górę samochodem oszczędzając mi tym samym konieczność odbycia lodowatego zjazdu.


Wyświetl większą mapę

Sam podjazd od Romano d'Ezzelino mimo 26 kilometrów okazał się dość szybki, choć bynajmniej nie można go nazwać łatwym. Na szczyt wjechałem w czasie 91 minut z przeciętną prędkością ponad 17 km/h. Początek wiódł wśród rzędu cyprysów momentami przy lekkim deszczyku. Pozornie łatwy środek wzniesienia akurat tego dnia nie należał do komfortowych. To właśnie w okolicy Ponte San Lorenzo przypomniała o sobie ulewa co w połączeniu z większą prędkością na prawie płaskim terenie kazało mi się zacząć zastanawiać nad sensownością dalszej wspinaczki. Na szczęście deszcz wkrótce zelżał i w górnej części trasy moim głównym rywalem okazał się z kolei porywisty wiatr. Najmocniej dawał się on we znaki na ostatnich 4-5 kilometrach czyli w otwartym terenie pośród alpejskich łąk. Po dotarciu na szczyt wjechałem na sporej wielkości parking służący zmotoryzowanym turystom przybywającym do mauzoleum wybudowanego na cześć tysięcy włoskich i austriackich żołnierzy. Polegli oni w trzech zażartych bitwach rozegranych na tym terenie pomiędzy listopadem 1917 a październikiem 1918 roku. Niemniej z uwagi na panującą u góry temperaturę (+ 5 stopni) i przemoczony strój bynajmniej nie w głowie było mi zabrać się do zwiedzania tego historycznego miejsca. Kilkanaście minut do przyjazdu Piotra musiałem przeczekać w opustoszałym schronisku. Do Pedaveny wróciliśmy "na skróty" czyli drogą SP 148 gdzie na zjeździe do Seren del Grappa mój kolega dawał popis swego kunsztu rajdowego a'la Sebastien Loeb, co mnie momentami przyprawiało o ciarki na plecach.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it


Pomimo zachłanności na poznawanie i zdobywanie kolejnych podjazdów zachowując resztki zdrowego rozsądku obiecaliśmy sobie jednak przynajmniej "wolne soboty". Na cotygodniowy odpoczynek wybraliśmy ten właśnie dzień, bowiem co niedzielę czekał nas bardzo trudny wyścig i walka z samym sobą do kresu naszych ograniczonych możliwości. Jednym słowem każdego tygodnia czekało nas sześć dni sportu i jeden dzień spokojnej turystyki. W sobotę 14 czerwca zamarzyło nam się wybrać do Wenecji, którą od Pedaveny dzieli zaledwie 90 kilometrów. W teorii oznaczało to około dwie godziny podróży samochodem przez Montebellunę, Treviso i Mestre. Mieliśmy cały dzień wolnego czasu, jako że sprawy akredytacyjne wokół GF Campagnolo załatwiliśmy już w piątkowy wieczór. Niestety i tym razem pogoda sprawiła nam przykrą niespodziankę. Padać zaczęło już w okolicach Montebelluny, zaś im bliżej było Adriatyku tym chmury były czarniejsze i deszcz się nasilał. W pobliżu Wenecji na autostradzie A27 z nieba leciała już istna ściana wody, więc tak jak wielu podróżnych schowaliśmy się w przydrożnym barze nieopodal Mestre łudząc się, że przeczekamy najgorsze. Temperatura 11 stopni i wielka ulewa, przyznam że nie tego oczekiwałem po włoskim czerwcu. Wkrótce porzuciliśmy wszelką nadzieję i jak niepyszni zawróciliśmy. To był odwrót praktycznie spod samych wrót Wenecji, która tego dnia i tak pewnie była podtopiona. Wystarczyło jednak przejechać kilkadziesiąt kilometrów z powrotem na północ by wyjechać z tej niegościnnej "krainy deszczowców". Dzięki temu w godzinach popołudniowych "na pocieszenie" mogliśmy przynajmniej pozwiedzać stare miasto w Feltre. W jej trakcie natknęliśmy się na brukowaną i prowadzącą ostro pod górę uliczkę, więc z nutką ironii żartowaliśmy sobie, że to są finałowe metry czekającego nas nazajutrz wyścigu.


Gran Fondo Campagnolo był w tym roku chronologicznie piątym z dziesięciu wyścigów składających się na Prestigio di Cicloturismo powołane do życia przez "Bicisport" czyli najbardziej poczytny z włoskich miesięczników kolarskich. Cały ten cykl rozpoczynał w tym roku kwietniowy wyścig GF Selle Italia na trasie wokół miasteczka Cervia (prowincja Rawenna, region Emilia-Romania). W maju rozegrano trzy imprezy tzn. GF Dieci Colli Bolognesi (Bologna), GF Felice Gimondi (Bergamo) oraz najstarszy i najpopularniejszy pod względem liczby uczestników GF Nove Colli (Cesenatico). Z kolei czerwiec zarezerwowany został na dwa bodaj najtrudniejsze wyścigi w całym tym kalendarzu tzn. GF Campagnolo (Feltre) i Maratona dles Dolomites (Corvara alta Badia). Ta druga impreza rozgrywana w sercu Dolomitów jest trochę łatwiejsza od Campagnolo z uwagi na krótszy dystans, lecz uznać uchodzi za najbardziej prestiżową i umiędzynarodowioną - w tym roku doczekała się nawet kilkugodzinnej relacji live w kanale RaiTre! Lipcowy program Prestigio po raz pierwszy obejmował GF Carnia Classic z bazą w Tolmezzo i przejazdem przez Zoncolan od Ovaro niczym na Giro w 2007 roku oraz GF Pinarello (Treviso). Całość zamykały zaś organizowane na przełomie sierpnia i września: austriacko-włoski Oetztaler Radmarathon (Solden) i GF Colnago (Piacenza).


Wyświetl większą mapę

W niedzielny poranek jak zwykle przy takiej okazji pobudkę mieliśmy przed brzaskiem, a śniadanie około 5:30. O tej porze dnia człowiek chętniej by się przykrył kołdrą i przewrócił na drugi bok, ale niestety starty imprez w stylu Gran Fondo są wyznaczane w godzinach 7:00 - 7:30. Rozum podpowiada by dobrze się najeść przed maratońskim dystansem i wszystkimi czekającymi nas podjazdami, ale żołądek jest jeszcze "zaspany" i nie przyswaja z ochotą większej ilości pożywienia. Po śniadaniu oraz drobiazgowym dobraniu strojów i wszelkiej maści zapasów po szóstej wyjechaliśmy z naszej bazy w Pedavenie do Feltre na ulicę Campogiorgio gdzie na starcie wyścigu stanęło około 3500 miłośników kolarstwa. Organizatorzy przewidzieli dla wszystkich dwie trasy. Łatwiejsza zwana Medio Fondo liczyła 110 kilometrów okraszonych ledwie dwoma podjazdami: passo Cereda (1369 m. n.p.m. na 58 km - będącą przedłużeniem "naszej" Forcella Franche) oraz Croce d'Aune (1015 m. n.p.m., na 95 km). Trudniejsza czyli Gran Fondo była czymś dla ludzi szukających prawdziwych wyzwań. Nawet najbardziej wybrednych może bowiem zadowolić dystans 216 kilometrów z sześcioma górami. Czekały nas kolejno: Forcella Franche (992 m. n.p.m., na 43 km), passo Duran (1605 m. n.p.m., na 69 km), Forcella Staulanza (1775 m. n.p.m., na 89 km), paaso Valles (2032 m. n.p.m., na 136 km), passo Rolle (1970 m. n.p.m., na 149 km) i w końcu wspomniane już passo Croce d'Aune (na 201 km). Po powrocie do kraju i zrzuceniu danych z licznika na domowy komputer dowiedziałem się, że te wszystkie podjazdy złożyły się na łączną sumę przewyższeń rzędu 5283 metrów!

Profil wyścigu Gran Fondo Campagnolo

http://www.gfsportful.it/percorsi/altimetrie.asp?lingua=EN/

Nasze numery startowe czyli 2983 i 2984 oznaczały, że na starcie musieliśmy stanąć bliżej końca niż początku stawki. Jak się okazało z całego peletonu 1624 śmiałków podjęło próbę przejechania najtrudniejszego z włoskich Gran Fondo, zaś na metę dotarło nas jedynie 1286. Początkowe 38 kilometrów prowadziło w terenie pagórkowatym z tendencją wznoszącą do osady California położonej przeszło 300 metrów wyżej niż Feltre. Ten fragment trasy dla uczestników startujących klika minut po rywalach z pierwszego szeregu to ciągły slalom celem odrobienia wielu pozycji. Mamy tu jednak pewien dylemat taktyczny. Z jednej strony nie należy szaleć na takim zapoznawczym odcinku, aby w miarę wypoczętym dojechać do prawdziwych gór. Z drugiej strony jednak warto możliwie szybko znaleźć się w grupie kolarzy na zbliżonym do swego poziomie. Przy starcie z odległych pozycji ciężko pogodzić te dwie racje. Dodam tylko, że Piotr zdaje się być zwolennikiem pierwszej opcji, zaś ja drugiej. Dlatego też na trasach tego rodzaju wyścigów jeździmy osobno, każdy w właściwym sobie stylu i spotykając się przez chwilę jedynie wówczas gdy zdarza mi się "przeholować". Nasz pierwszy podjazd czyli Forcella Franche liczył sobie 6,8 km przy średnim nachyleniu 6,6%. Poszedł mi dość sprawnie tzn. w tempie ponad 17 km/h. Na górze chcąc kontynuować udział w Gran Fondo należało skręcić w prawo i zacząć zjazd do Agordo, gdzie na drugim tego dnia punkcie pomiaru czasu byłem 348. ze średnią prędkością blisko 29 km/h. Czekała nas teraz sekwencja podjazdów pod Duran i Staulanzę znana nam z maja 2007 roku czyli trasy Gran Fondo Dolomiti Stars. Musiałem na chwilę przystanąć by zdjąć z siebie część ciuchów. Minęła godzina dziewiąta i robiło się coraz cieplej, a wiedziałem, że szczególnie pierwsze z powyższych wzniesień potrafi zgrzać.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Tym razem byłem jednak byłem tego podjazdu znacznie lepiej przygotowany i jechało mi się świetnie. Na podjeździe pod Duran (12,5 km przy 7,9 %) przeszedłem chyba samego siebie. Podjechałem na przełęcz w średnim tempie 14 km/h co dało mi na tym odcinku 78. czas pośród wszystkich uczestników. Dzięki temu awansowałem już na 187. miejsce w całej stawce. Można powiedzieć, że zameldowałem się w swojej "okolicy" jeśli chodzi o prezentowany poziom sportowy. Do mety pozostawało jeszcze blisko 160 kilometrów, lecz peleton rozciągnął się już na tyle mocno, że o kolejne awanse nie było łatwo. Po technicznym zjeździe do Dont od razu przyszedł czas na podjazd pod Staulanzę (12,7 km przy 6,6 %). Przełęcz ta jest wyżej położona niż jej poprzedniczka, ale sam podjazd mimo podobnej długości oraz stromego pierwszego kilometra jest łatwiejszy niż Duran. W drodze na szczyt minęliśmy kurort Zoldo Alto gdzie Paolo Savoldelli wygrał etap podczas Giro d'Italia 2005. Udało mi się wjechać na przełęcz w średnim tempie 14,8 km/h i nieznacznie poprawić zajmowaną pozycję. Teraz czekało nas jednak 27 kilometrów zjazdu do podnóża passo Valles. Z początku był to szybki odcinek do Selva di Cadore, na którym udało mi się utrzymać kontakt z kilkunasto-osobową grupką niezłych ścigantów. Niestety "puściłem koła" na serpentynach pomiędzy Selvą a Caprile. Co prawda od ubiegłego roku znacznie poprawiłem swe kiepskie umiejętności zjazdowe i nie traciłem już 2-3 minut do najlepszych na każdych 10 kilometrach zjazdów, ale odpuszczenie tej grupy na jakieś 30 sekund i tak okazało się brzemienne w skutkach. Za Caprile czekał mnie bowiem 13-kilometrowy odcinek przez Alleghe do Cenceninghe. Prowadził on co prawda lekko w dół, ale samotna jazda w wietrznej dolinie nieco mnie wymęczyła przed pozostałymi stu kilometrami wyścigu.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Jak miało się jednak okazać to nie pozostały do przejechania dystans, ani też trzy czekające nas jeszcze przełęcze dały się nam wszystkim najbardziej we znaki. W Cencenighe na wysokości nad poziom morza zbliżonej do tej w Zakopanem świeciło słońce przy temperaturze 16 stopni. Osiem kilometrów dalej w położonym blisko 400 metrów wyżej Falcade temperatura pozostawała bez zmian i nic jeszcze nie zapowiadało załamania pogody. Do tej miejscowości dojechałem w czasie niemal równych pięciu godzin na 178 miejscu. Do passo Valles będącej najwyższym punktem trasy całego wyścigu pozostawało jednak ponad jedenaście bardzo ciężkich kilometrów o przewyższeniu 840 metrów. Zmęczenie po raz pierwszy dało mi o sobie znać, a do tego jeszcze pojawiły się opady deszczu. Przejechanie odcinka z Falcade na przełęcz Valles zajęło mi nieco ponad godzinę. W tym czasie temperatura zleciała z 16 do zaledwie 6 stopni, zaś deszczyk zmienił się w chłodną ulewę co wielu uczestników zmusiło do postojów na poboczu drogi i wdziania czegoś cieplejszego jeszcze przed końcem wspinaczki. Ja postanowiłem nie wybijać się ze swego i tak słabnącego rytmu, więc na przełęcz dotarłem ubrany na krótko. Tam jednak zanim rzuciłem się na bufet podciągnąłem rękawki i nogawki oraz ubrałem na siebie co tylko miałem w kieszeniach. Na bufecie też się nie spieszyłem i poza skosztowaniem standardowych przysmaków tutejszej kuchni wypiłem jeszcze dwa kubki gorącej kawy. Po trwającym prawie siedem minut postoju byłem gotów do dalszej jazdy w warunkach pogodowych rodem z przedwiośnia czy późnej jesieni.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Na początek czekał mnie blisko 7-kilometrowy zjazd ku drodze S50 prowadzącej z Predazzo na passo Rolle. Mimo koniecznej w tych warunkach ostrożności momentami przekraczałem 50 km/h jadąc w strumieniu wody. Ta prędkość wystarczała do spotęgowania uczucia chłodu i tak już dokuczliwego z uwagi na wszechogarniającą wilgoć. Zjazd kończy się nieco powyżej miejscowości Paneveggio. Po skręcie w prawo zacząłem z pozoru łatwy podjazd pod passo Rolle. W pełnej wersji czyli od Predazzo to ładny, choć niezbyt stromy kawał góry. Natomiast w opcji czyli od bivio Valles to tylko 6,6 km przy średnim nachyleniu 6,1 %. Niemniej cały 29-minutowy podjazd musiałem pokonać w ulewnym deszczu. Człowiek nasiąka wodą i ma wrażenie, że wwozi do góry więcej kilogramów. Moja średnia prędkość na tym odcinku to 13,7 km/h. Z pewnością niezbyt imponująca, ale był to już 150 kilometr trasy. Na przełęczy Rolle pogoda była jeszcze gorsza niż na Valles. Temperatura ledwie 4 stopnie i do tego mgła. W takich warunkach zacząłem najdłuższy ze wszystkich sześciu zjazdów. W normalnej sytuacji uznałbym, że już prawie wszystkie przeszkody za nami czyli wystarczy tylko sturlać się do Ponte d'Oltra (410 m. n.p.m.) i jakoś pokonać ostatnią przeszkodę w postaci Croce d'Aune. Normalnie bowiem na tym wiodącym cały czas w dół 39-kilometrowym odcinku można by zjeść "małe co nieco", odpocząć w kołach rywali i tym sposobem zebrać siły na finał. Jednak przy tej pogodzie zjazd ten okazał się nieomalże walką o przetrwanie. Tym bardziej, że gnaliśmy w dół przy otwartym ruchu drogowym i najlepiej trzymać się swego pasa drogi. Szczególnie przy przejeździe przez miasteczka takie jak w San Martino di Castrozza czy też Fiera di Premiero, bo inaczej można wpaść na jakiś samochód czy wielki autobus z turystami. Szczęśliwie byłem odpowiednio ubrany i na zjeździe minąłem nawet kilkadziesiąt bardziej wyziębionych osób. Za miejscowością Imer (177,5 km) musiałem się jednak na chwilę zatrzymać z uwagi na Skórcze. W ten sposób straciłem "miejscówkę" w swojej grupce i po minucie czy dwóch złapałem kolejny taki "pociąg" do Feltre.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Z nowymi towarzyszami niedoli dojeżdżam do podnóża ostatniej przełęczy. Croce d'Aune w odróżnieniu od Duran, Staulanzy, Valles czy Rolle nie zapisała się jakoś szczególnie w historii Giro d'Italia. Niemniej ta wznosząca się niewiele ponad 1000 metrów nad poziom morza przełęcz zapisała się w dziejach włoskiego i światowego kolarstwa z innych ważnych względów. To na zboczach tej góry ówczesny kolarz, a wkrótce założyciel najsłynniejszej w świecie fabryki osprzętu rowerowego czyli Tullio Campagnolo uznał, że trzeba znaleźć sposób na to by mniej męczyć się przy jeździe pod górę i w efekcie wpadł na pomysł swojej pierwszej przerzutki. Na początku tego wzniesienia udaje mi się zgubić większość "sąsiadów". Później spory kawałek podjazdu przejechałem w towarzystwie pewnego Włocha, który zainteresowany przybyszem z dalekiej Polski starał mi się pomóc swym doświadczeniem. Massimo potwierdził to co wiedziałem w teorii czyli że trudniejsza jest druga połówka wspinaczki, a szczególności trzeci kilometr od końca. Ten fragment przebyliśmy razem, ale wkrótce i tak nieznacznie mi odjechał. Cóż po blisko dwustu kilometrach mordęgi każdy radzi sobie po swojemu i lepiej trzymać swój rytm niż za wszelką cenę walczyć o utrzymanie koła nieco mocniejszego kolegi-konkurenta. Z późniejszych analiz wynika, iż mój przewodnik na mecie zjawił się 2:23 przede mną, ale tylko dwadzieścia sekund zyskał na samym podjeździe.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Zjazd wiódł przez "naszą" Pedavenę, ale stamtąd bynajmniej nie najkrótszą drogą do Feltre, lecz musieliśmy odbić na wschód ku Foen. Tam praktycznie na płaskim terenie złapało mnie trzech-czterech gości. Pchany siłą woli i mamiony bliskością mety mogłem jeszcze w miarę szybko jechać, ale nie na tyle by samotnie uciekać przed kilkuosobową grupką pościgową. Postanowiłem zawalczyć z nimi na finiszu, lecz po wjeździe do Feltre czekała mnie niemiła niespodzianka. W centrum miasta musieliśmy skręcić w lewo i przez średniowieczną bramę wjechać na stare miasto by ostatnie kilkaset metrów pokonać po kostce i pod górę po wąskiej uliczce znanej nam z sobotniego spaceru. W mojej grupce każdy finiszował na swój sposób. Nie było już zaciętej walki o pozycje. Minęliśmy linię mety na rynku w kilkusekundowych odstępach. Ja dotarłem do kresu tej niesamowitej podróży w czasie realnym czyli od przekroczenia linii startu: 8 godzin 56 minut i 32 sekundy (czas wyścigu 9h 00:51). To daje mi 164 miejsce w wyścigu, lecz de facto 155 czas przejazdu. Jak się okazało był on blisko dwie godziny gorszy od zwycięzcy Rosjanina Aleksandra Bażenowa z zespołu Guru Parkpre Selle Italia. Co ciekawe ten niby-amator dwa tygodnie później na Mistrzostwach Rosji ze startu wspólnego przegrał tylko z Siergiejem Iwanowem. Natomiast we wrześniu godnie reprezentował swój kraj podczas Mistrzostw Świata w Varese zajmując 27 miejsce ze stratą 3:24 do Alessandro Ballana.

Za metą postanowiłem wstrzymać się z wyprawą na stołówkę i zaczekać na Piotra, który podczas tego wyjazdu wyjątkowo oddał mi palmę pierwszeństwa czy jak kto woli fotel lidera w naszej dwuosobowej drużynie. Niepokojąco dłużący się czas oczekiwania spędziłem na przyglądaniu się pracy hałaśliwego wodzireja o wyglądzie porucznika Kojaka i oklaskiwaniu zwycięzców poszczególnych kategorii, którzy za swe indywidualne bądź zbiorowe dokonania odbierali nagrody rzeczowe w postaci sprzętu kolarskiego. W międzyczasie do mety dotarli też trzej panowie Pinarello, w tym 46-letni Fausto - obecny właściciel fabryki rowerów, którą na świecie rozsławił przede wszystkim Miguel Indurain. W końcu na mecie ujrzałem znajomą sylwetkę kolarza z Pruszkowa w stroju Caisse d'Epargne. Jak się okazało Piotrek na trasie przeszedł nad wyraz ciężką próbę charakteru. Podjeżdżając pod passo Valles około dwadzieścia minut po mnie złapał "gumę" co przy tej pogodzie było fatalne w skutkach. Kilkanaście minut potrzebował na rozgrzanie dłoni aby móc w ogóle zabrać się do pracy. Oczywiście sama zmiana dętki również nie mogła przebiec tak sprawnie jak w normalnych okolicznościach. Do tego zziębnięty owym przymusowym postojem trafił na jeszcze gorszą pogodę na passo Rolle. Jakieś pół godziny po moim przejeździe zamiast ulewy padał tam już śnieg z deszczem. Przemarznięty do szpiku kości Piotrek pokonał jednak te wszystkie przeciwności losu i dotarł do mety w czasie 10h 14:33. W ten sposób obaj przetrwaliśmy swą kolarską Golgotę i w myśl powiedzenia "co cię nie zabije, to cię wzmocni" z nadzieją mogliśmy patrzeć na kolejne dwa tygodnie wspinaczek, w tym pozostałe nam do przejechania wyścigi - najtrudniejszy test był już za nami. Aha za rok nie będzie już GF Campagnolo, choć tego rodzaju wyścig na tej samej trasie i o tej samej porze roku odbędzie się. Kto jednak będzie chciał przeżyć podobną do naszej przygodę będzie musiał szukać jej pod hasłem GF Sportful - bowiem jej nowym sponsorem tytularnym został właśnie ów producent odzieży sportowej.



GALERIA ZDJĘĆ


Moja górska kaseta - tajna broń na Zoncolan ;-)


Daniel na passo Pennes


Ostatnie metry Piotra


Schronisko Alpenrosenhof


Piotr na passo Pennes


Ostatni kilometr w drodze na przełęcz


Widok z Dosso na dolinę Isarco


"Maczuga Herkulesa" w drodze na Pennes


Bolzano - kamieniczka na starym mieście


Bolzano - Walther von der Vogelweide platz


Bolzano - Gotycka katedra z XIII wieku


Daniel na Monte Grappa


Mauzoleum na Monte Grappa


via Mezzaterra - ostatnia prosta wyścigu


Kościół świętego Rocha


Zamek Alboino


Brama Oria


Bonsai po włosku


Katedra w Feltre


via Paradiso


Biblioteka publiczna przy Piazza Maggiore


"Monti del Sole" - nasza baza w Pedavenie


Widok z okien "Monti del Sole"


Przedstartowy matrix ;-)

POWRÓT