FRIULI, TRENTINO, LOMBARDIA & GRAN FONDO PANTANI

Poniedziałek 16 czerwca nie był dla nas dniem odpoczynku po morderczych wyzwaniach niedzieli. Nazajutrz po Gran Fondo Campagnolo mieliśmy bowiem zaplanowaną około dwustu kilometrową podróż na wschód tzn. z Pedaveny do Piano d'Arta, malutkiej miejscowości w rejonie Carnia, nieopodal Tolmezzo. Jednym słowem czekał nas przejazd z regionu Veneto do Friuli. Ale nie tylko, bowiem w tej drodze mieliśmy sobie zrobić przystanek w Cortina d'Ampezzo by odbyć wymagającą dwugodzinną przejażdżkę z miasta Igrzysk Olimpijskich 1956 roku przez przełęcz Tre Croci na słynną metę Tre Cime di Lavaredo i z powrotem. Niestety pogoda nadal nie była nam przyjazna. Padało od Belluno i w okolicach Cortiny w obliczu deszczu i niskiej temperatury dokonaliśmy korekty naszych planów. Piotr zdecydował odpuścić sobie jazdę tego dnia. Ja natomiast mając w swym "dorobku" Tre Croci postanowiłem zdobyć za wszelką cenę przynajmniej Tre Cime. W rejonie Trzech Szczytów byłem już bowiem po raz trzeci, lecz dotąd nie podjąłem się próby sforsowania tego stromego podjazdu na rowerze. W lipcu 2003 roku mając w nogach Falzarego i wspomniane Tre Croci odpuściliśmy sobie z Krzyśkiem Żmijewskim i Wojtkiem Nadolskim ów piękny, acz bardzo trudny finał. Natomiast w maju 2007 roku podczas Giro d'Italia co prawda byłem z Piotrem na samej górze, ale dostaliśmy się na nią samochodem w roli widzów przyglądających się popisom niesławnego dziś duetu Ricco' & Piepoli. Dlatego też ostatecznie Tre Croci przejechaliśmy samochodem by dotrzeć do Misuriny nad jeziorem o tej samej nazwie tj. w miejsce gdzie zaczyna się 7-kilometrowy podjazd pod Tre Cime di Lavaredo.


Wyświetl większą mapę

Na miejscu szybka przebieranka przy samochodzie ze stroju cywilnego w kolarskie ciuchy. Tymczasem po wyjściu z auta na wysokości około 1750 metrów n.p.m. przywitała nas temperatura 5 stopni Celsjusza, więc warunki do wykonania tej czynności miałem niczym biegacz narciarski czy biathlonista po zawodach o Puchar świata. Umówiliśmy się na powtórzenie manewru z Monte Grappa czyli jadę tylko na górę gdzie Piotrek będzie na mnie czekał w samochodzie tak by oszczędzić sobie lodowatego zjazdu przy temperaturze, która na szczycie musiała już być bliska zeru. Jazda bez żadnej rozgrzewki i już po kilkuset metrach pierwsza ściana długości kilometra. Przy średnim nachyleniu 10,6, zaś maksymalnym nawet 14%. Przyznam, że w tych warunkach atmosferycznych, w ciepłym ubiorze i z całym niedzielnym maratonem w nogach owe 40 minut na Lavaredo było chyba moimi najtrudniejszymi chwilami podczas nie-wyścigowych dni tej wyprawy. Ów zapoznawczy kilometr był jednak tylko wstępem do lepszej zabawy. Po nim następował krótki zjazd i kilkaset metrów terenu "falsopiano" przez zasadnicza częścią podjazdu długości około 4200 metrów przy średnim nachyleniu około 12, zaś max. 18%! Prawdziwa golgota, której przejechanie zajęło mi ponad 27 minut przy średnim tempie 9,3 km/h. Wokół piękne, acz surowe widoki. Chłód i mój nierówny oddech zmęczenia powodowały kłucie w płucach. Niemniej skoro już tak przyszło mi się męczyć bliżej szczytu uznałem, iż wjadę wyżej niż bohaterowie ubiegłorocznego Giro, a nawet ponad Rifugio Auronzo, a mianowicie do samego końca drogi która dociera kilkanaście metrów powyżej owego schroniska na wysokość bodaj 2349 metrów n.p.m. Na szczęście czekał tam już na mnie mój "dyrektor sportowy", w którego pojawienia się na górze musiałem jednak zainwestować 20 Euro, albowiem na strażnicy 5 kilometrów przed szczytem od wszystkich samochodów jadących dalej (wyżej) pobierana jest opłata w wysokości kilku Euro za jeden piekielny kilometr.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it


Po powrocie do Misuriny i wykonaniu kilku zdjęć nad zasnutym mgłą jeziorem ruszyliśmy w dalsza drogę na wschód, na spotkanie z potworem zwanym Zoncolan. Najkrótsza, acz być może nie najszybsza droga do Piano d'Arta powiodła nas przez Auronzo do Cadore, przełęcz Mauria (1295 m. n.p.m.) i miejscowości Ampezzo oraz Tolmezzo. Po dotarciu na miejsce jedynym wyrazem naszej aktywności fizycznej był spokojny spacer. Przezornie postanowiliśmy oszczędzać siły przed wtorkiem. Zgodnie z planem czekać nas miała około 50-kilometrowa poranna przejażdżka na trasie: Piano d'Arta - Sutrio - Sella Valcada - Comeglians - Ovaro - Monte Zoncolan - Sutrio - Piano d'Arta. Niestety kolejny raz kapryśna pogoda popsuła nam szyki. Przelotne opady deszczu skłoniły Piotra przedłużenia sobie odpoczynku, zaś mnie do skrócenia planowanej wycieczki i podjechania "jedynie" pod Monte Zoncolan czyli od łatwiejszej, wschodniej strony znanej z Giro d'Italia 2003. Lekko jednak nie było. Już sam dojazd do Sutrio jest pagórkowaty, zaś wkrótce po minięciu tego miasteczka należało odbić w lewo i zacząć główne danie dnia. Wschodnie oblicze Zoncolanu nie jest mordercze na całej swej długości jak zachodnia strona, lecz też budzi respekt.


Wyświetl większą mapę

Pierwsze dziewięć kilometrów ma swoje "momenty", lecz średnie nachylenie tego odcinka 8,3 % choć niemałe jest do przełknięcia. Na wysokości około 1300 metrów n.p.m. znajduję się następnie półtorakilometrowy odcinek prawie płaskiego terenu. Okoliczność sprzyjająca zaczerpnięciu paru głębszych oddechów przed morderczym finałem. Niedługo po minięciu schroniska Enzo Moro zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Ostatnie trzy kilometry wzniesienia mają bowiem średnie nachylenie 13,5%, zaś w najbardziej stromym miejscu licznik pokazał mi stromiznę 22,5%. Wrażenia trudno opisać to trzeba samemu przeżyć. Z początku jechało mi się łatwiej niż zakładałem, ale ile set metrów można sprawnie wspinać się po takiej ściance. Jak wynika z odczytu na komputerze ostatnie 3300 metrów przejechałem w tempie 9,6 km/h przy minimalnej prędkości 7,2 km/h. Prawdę mówiąc pamiętam nawet przez chwilę na liczniku wyświetliła mi się nawet "szóstka". Jako, że szosa była wilgotna po porannych opadach deszczu tym trudniej było kontrolować rower. W razie jazdy na stojąco ślizgało się tylne koło, zaś przy siedzącym trybie jazdy i przeniesieniu ciężaru ciała do tyłu z kolei koło przednie miało ochotę oderwać się od ziemi dzięki czemu cały rower mógłby stanąć dęba niczym mustang na rodeo.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Ostatecznie jednak dopiąłem swego i bez postawienia stopy na ziemi wjechałem na szczyt. Niemała była w tym zasługa odpowiedniego przygotowania technicznego. Mając w persepktywie wspinaczki pod Zoncolan, Lavaredo czy Mortirolo za namową Jurka Plietha i przy serwisowej pomocy Czarka Fabijańskiego zamiast pchać się w wymianę standardowych korb 53x39 na kompaktowe 50x34 czy 50x36 pozwoliłem sobie na zmiany "w tyłach". To znaczy na montaż górskiej kasety i tylnej przerzutki Deore XT z zasięgiem na 28 i 32 zęby. Dzięki temu fortelowi wdrapałem się na Monte Zoncolan w niespełna 66 minut przy średniej prędkości 12,3 km/h. Na zjeździe początkowo trzeba było być ostrożnym z uwagi na stromiznę i wilgotna jezdnię. Nie rozpędzałem się zresztą zanadto chcąc tu i uwdzie "strzelić fotkę" co ciekawszym fragmentom tej piekielnej drogi. Po powrocie do Piano d'Arta około południa czas było szybko się spakować i wyruszyć w przeszło dwustukilometrową podróż na zachód. Nasza kolejną przystanią miała być bowiem Panchia wioska położonej między Cavalese a Predazzo w znanej dobrze fanom narciarstwa klasycznego Val di Fiemme. Aby się tam dostać obraliśmy drogę przez Tolmezzo, Osoppo, San Daniele di Friuli, Pordenone, Sacile, Vittorio Veneto, Belluno, Cencenighe, passo Valles i Predazzo. Tym sposobem przez sześć godzin jazdy przemierzyliśmy szosy trzech włoskich regionów od Friuli przez Veneto po Trentino. W trasie co godzinę zmiana pogody. Ledwie kilkanaście stopni w rejonie Carnia, potem trzydziestostopniowy upał na krajówce S50, urwanie chmury na ulicach Vittorio Veneto i ostatecznie słoneczna pogoda ... do końca tego dnia jak i zasadzie do końca naszego pobytu w Italii. Do Panchii dojechaliśmy dobrze po godzinie osiemnastej, a że się trochę pogubiliśmy na miejscu nasi gospodarze czyli młoda rodzina Varesco odebrali nas na obrzeżach miasteczka i zawiedli do swego domostwa wcielając się w rolę pilotów wycieczki.



Wyświetl większą mapę

Środa 18 czerwca była pierwszym dniem pełnego słońca podczas naszej wyprawy. Mając już na rozkładzie niemal wszystkie znane przełęcze na wschód i północ od Predazzo zaplanowałem nam wycieczkę z Panchii w kierunku zachodnim. Naszymi celami na ten dzień były przełęcz Manghen (2047 m. n.p.m.) oraz stacja narciarska Alpe di Pampeago (1757 m. n.p.m.). Obie stanowiły w tym roku główne atrakcje czternastego etapu Giro d'Italia, przy czym z racji bazy w Val di Fiemme nam akurat przyszło pokonywać Manghen od północnej strony. Na rozgrzewkę czekało nas 11 kilometrów po płaskim przez Tesero i Cavelese, a następnie urokliwy zjazd ścieżką rowerową do Molina di Fiemme gdzie zaczynała się prawdziwa zabawa. Manghen z obu stron wygląda bardzo poważnie, acz jego północne oblicze należy uznać za łagodniejsze z dwojga. Wzniesienie to liczy sobie nieco ponad 16 kilometrów przy średnim nachyleniu 7,5 %. W istocie jednak trzeba tu wyróżnić dwie wyraźne połówki. Pierwsze osiem kilometrów do mostu nad rzeczką Stue jest całkiem przyjemne. Średnie nachylenie tego odcinka czyli 5,3% pozwala wejść we właściwy rytm. Za to druga połówka trzyma już mocno tzn. na poziomie 9,6%. W górnej części droga przez dłuższy czas wije się wąską ścieżką ukrytą w lesie by wypaść na alpejską łąkę dopiero około trzy kilometry przed szczytem. Na szczyt wjechałem w niespełna 68 minut przy średniej prędkości 14,2 km/h. Dobra pogoda sprzyjała wysokiej frekwencji na przełęczy. Oprócz wszędobylskich motocyklistów spotkaliśmy tam również włoskich cyklistów, którzy podobnie jak my przed paroma dniami brali udział niezapomnianym GF Campagnolo.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Na przełęczy przyszedł czas by zrobić w tył zwrot i tą samą drogą wrócić aż do Tesero gdzie zaczyna się dobrze znany podjazd do Alpe di Pampeago. Odkryta przed dziesięciu laty stacja bywała szczęśliwa dla mistrzów tej klasy co: Paweł Tonkow, Marco Pantani czy Gilberto Simoni. Nikogo nie powinna mylić długość tego wzniesienia czyli skromne 7,6 km, albowiem stromizna każdemu może tu podciąć nogi. Średnie nachylenie tego podjazdu to 9,9 %, zaś ostatnich czterech kilometrów blisko 12%. Poza tym nie ma tu serpentyn, które mogłyby choć odrobinę ułatwić wspinaczkę. W pierwszej części trzeba pokonać około 3-kilometrową prostą. Kto ma podzielną uwagę może rzucić okiem przez lewe ramię na uroczy kościółek La Palanca i chwilę później na mauzoleum Stava upamiętniające 268 ofiar lawiny błotnej, która zeszła tu 19 lipca 1985 roku. Niespełna kilometr dalej w okolicy hotelu Shandranj należy skręcić w prawo gdzie zaczyna się trudniejsza połowa podjazdu, w trzech momentach sięgająca nachylenia aż 16%! Na ostatnim kilometrze trzeba się było jeszcze "przebić" przez trzy tunele i tak dotarłem na górę w czasie 39:36 co dało mi średnią prędkość ponad 11,5 km/h. Tempo z pozoru umiarkowane, lecz na tak stromej górze ów wynik przełożył się na VAM o wartości 1112 m/h. Wdrapaliśmy się do samego końca tamtejszej szosy czyli nieco wyżej niż uczestnicy Giro tzn. do miejsca gdzie rozpoczyna się 2,5-kilometrowy odcinek szutru wiodący na przełęcz Pampeago (1983 m. n.p.m.). Darowaliśmy sobie jednak tą atrakcję by zacząć chyba najprzyjemniejszą część środowej wycieczki. Skoro podjazd był stromy i prosty to zjazd musiał być szybki i bez technicznych niespodzianek. Nie zawiedliśmy się. Wystarczało choćby przez chwilę zdjąć dłonie z hamulców by licznik ochoczo wskazał prędkość 60 km/h i więcej. Słoneczna środa natchnęła nas optymizmem na pozostałe półtora tygodnia.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it



Wyświetl większą mapę

Tymczasem w czwartek 19 czerwca czekały nas dwa kolejne wyzwania. Jednak tym razem by rozpocząć kolejną rowerową przygodę musieliśmy z rana odbyć 70-kilometrową podróż samochodem do stolicy regionu czyli Trento. Naszym celem na ten dzień była słynna góra Monte Bondone (1654 m. n.p.m.). Jednak w ostatniej chwili pomyślałem o utrudnieniu sobie zadania i podjechaniu pod Passo Coe' (1615 m. n.p.m.) czyli wzniesienie, na którym podczas Giro z 2002 roku "umierał z głodu" niespodziewany lider owego wyścigu Cadel Evans. Rano udało mi się namówić do tego pomysłu Piotra. Po wjechaniu do Trento zaparkowaliśmy na wylocie z miasta tzn. na via Brescia położonej na prawym (zachodnim) brzegu Adygi. Dla rozgrzewki zrobiliśmy sobie jednak kilometrową mini-rundkę przejeżdżając przez most na Adydze do centrum miasta w okolice dworca kolejowego. Pierwsze dwa kilometry podjazdu były stosunkowo łagodne, lecz przy większym ruchu samochodowym. Potem należało zboczyć z głównej drogi w kierunku na miejscowość Sardegna. Jakkolwiek podjazd pod Monte Bondone należy uznać za wymagający z uwagi na dane techniczne czyli 19,1 km przy średnim nachyleniu 7,5% to muszę przyznać, iż wspominam go bardzo miło. To nie tylko góra-legenda z uwagi na wydarzenia z Giro d'Italia, lecz zarazem piękne krajobrazowo wzniesienie. Sprzyjała nam też temperatura czyli 28 stopni w Trento i 20 stopni na samej górze. Większość podjazdu ukryta w lesie, droga szeroka i dobrej jakości, a do tego liczne serpentyny ułatwiają wcale niełatwą wspinaczkę. Szosa kilka razy wznosi się pod kątem ponad 10%, by na jedenastym kilometrze na moment sięgnąć nawet 14%. Po drodze mijamy kilka górskich miejscowości poczynając od wspomnianej już Sardegny, przez Candriai, Vaneze (gdzie kończył się pamiętny śnieżny etap z 1956 roku wygrany przez Charly Gaula) i dalej przez Norge do Vason na samym szczycie znajdującym się blisko półtora tysiąca metrów ponad Trydentem.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Po tradycyjnej sesji fotograficznej na przełęczy tym razem musieliśmy zjechać w nieznane czyli południowym zboczem Monte Bondone by przez miejscowości Garniga Terme, Cimone dostać się do Aldeno, a stamtąd już po z grubsza płaskim terenie dojechać do Calliano na wschodnim brzegu Adygi gdzie zaczyna się podjazd pod Passo Coe'. Zaledwie dwa kilometry na północ od Calliano znajduje się miejscowość Besenello gdzie zaczyna się najtrudniejszy podjazd kolarskiej Europy czyli Scanuppia - Malga Palazzo (7,5 km przy średnim nachyleniu 17,6 %!). Oczywiście tego typu "potwór" nie został jak dotąd oswojony przez żaden wyścig zawodowców. Dlatego też nie widziałem najmniejszego sensu porywania się nań ze swymi wątłymi siłami. Poza tym aby w ogóle śnić o wjechaniu pod tego typu ścianę trzeba by mieć pewnie mniej zębów na tarczy niż w kasecie, gdy tymczasem ja mogłem sobie pozwolić co najwyżej na opcję 39x32, zaś Piotr na 34x27. Wystarczającym masochizmem wydało mi się podjechanie pod drugi podjazd w typie Bondone, albowiem Coe' to wzniesienie o zbliżonych parametrach czyli 19,3 km przy średnim nachyleniu 7,3% i max. 13%. Słońce całkiem ładnie przypiekało i tak w Calliano było już 31 stopni, zaś na samej górze mimo całkiem sporej wysokości 24 stopnie. Do tego cały podjazd musiałem pokonać z niewielkim zapasem płynów w bidonie, więc do wspinaczki wypadało się zabrać ostrożnie. Podjazd początkowo wiódł urokliwym zboczem góry, przez wydrążone w skałach tunele i pośród łąk więc słoneczko nieźle dawało się nam we znaki. Po drodze minęliśmy Dietrobesone i Mezzomonte by po z górą dwunastu kilometrach dotrzeć do największej miejscowości na tym szlaku czyli Folgarii. Tu należało skręcić w prawo ku osadzie Esparmeri by poprzez Fondo Grande i Fondo Piccolo dotrzeć na samym szczyt obok zagadkowej piramidki. Przyznam, że zmęczenie upałem jak i wcześniejszym podjazdem dało znać o sobie. Chociaż obie góry mają zbliżone przewyższenie, długość i nachylenie to wspinaczka pod Coe' zajęła mi 86 minut czyli o osiem więcej niż "szturm" na Bondone. Jak by nie patrzeć zaaplikowaliśmy sobie tego dnia blisko trzy godziny sporego wysiłku, a w sumie 5 godzin i 20 minut jazdy przy średniej temperaturze 26 stopni. Po zjeździe do Calliano trzeba było jeszcze wrócić do oddalonego o ponad 20 kilometrów Trento. Na szczęście Piotrek już wcześniej wypatrzył snującą się wzdłuż Adygi ścieżkę rowerową. Jak nam powiedziano ścieżyna ta łączy Rovereto z Bolzano czyli miasta oddalone od siebie o bagatela 85 kilometrów! Dzięki niej mogliśmy wrócić do Trento schładzani lekką bryzą znad rzeki zamiast wdychać spaliny samochodów z drogi krajowej nr 12. Po powrocie do samochodu licznik pochwalił się dystansem 115,8 km oraz łącznym przewyższeniem 2903 metrów. Bez dwóch zdań to był nasz najtrudniejszy dzień na rowerach poza niedzielnymi wyścigami.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it


W piątek przed południem musieliśmy niestety opuścić gościnne progi domu Familii Varesco. żegnani przez Panią domu Zuzanę i małego Davidka. Głowa rodziny czyli Rolando jak co dzień z samego rana wyjechał do pracy. Podczas tej wyprawy nocowaliśmy ogółem w siedmiu różnych miejscach i dwóch z nich spotkaliśmy się z serdecznością gospodarzy większą niż nakazana normami biznesu turystycznego. Stąd jeśli w przyszłości będę miał okazję do ponownego zawitania w te strony z pewnością skieruje swe kroki do B&B L'Abete przy via Vaselai 7. Po wyjeździe z Panchii czekało nas w sumie 175 km w samochodzie. Nasz szlak wiódł przez Orę, Egnę i Mezzolombardo do doliny Non znanej we Włoszech jako "jabłkowe eldorado". Największą miejscowością w tej okolicy jest Cles będące rodzinnym miastem Maurizio Fondriesta - mistrza świata z 1988 roku. Z Val di Non droga wpadła do Doliny słońca czyli Val di Sole gdzie akurat odbywały się Mistrzostwa świata w kolarstwie górskim. W okolicach Male i Dimaro kątem oka mogliśmy zerknąć na kolorową i gwarną wioskę startową. Dwa dni przed naszym przejazdem Ola Dawidowicz zdobyła brązowy medal wyścigu zawodniczek do lat 23, zaś dwa dni po naszym "przelocie" Maja Włoszczowska zajęła piąte miejsce w wyścigu seniorek. Mając w planach popołudniowy "trening" nie szukaliśmy jednak obozu biało-czerwonych i gnaliśmy dalej drogami Val Vermiglio by przez passo Tonale (1883 m. n.p.m.) opuścić region Trentino i wkroczyć do Lombardii gdzie mieliśmy spędzić kolejnych sześć dni. Na przełęczy napotkaliśmy jeszcze jedno mauzoleum ku czci bohaterów I Wojny światowej, które jednak było jedynym miejscem wartym obejrzenia w tym miejscu. Po wkroczeniu do Lombardii czekał nas już tylko zjazd. Z razu szybki do Ponte di Legno u podnóża słynnej Gavii, potem coraz łagodniejszy przez Edolo i Cedegolo do nowej bazy w Capo di Ponte w dolinie Camonica.


Wyświetl większą mapę

Klimat w miejscu gdzie wynajęliśmy pokój na pięć kolejnych noclegów diametralnie odbiegał od domowej atmosfery Casa Varesco, zaś sam hotel będący swego rodzaju emanacją różowo-tęczowej duszy jego zarządców słabo komponował się w historycznej części tego miasteczka. Niemniej nie o walory estetyczne nam chodziło czy tym bardziej o zawierania nowych przyjaźni. Najważniejsze, że mieliśmy tu dobrą bazę wypadową na wybrane wcześniej przełęcze oraz nasz kolejny wyścig czyli Gran Fondo Pantani. Na cel naszej ostatniej przejażdżki przed niedzielnymi zawodami obraliśmy przełęcz Vivione (1827 m. n.p.m.), która trzy tygodnie wcześniej witała uczestników Giro na deszczowym etapie do Monte Pora. Naszą podróż śladami "profich" musieliśmy zacząć od przeszło 8-kilometrowej rozgrzewki w górę Val Camonica po czym z drogi krajowej nr 42 należy skręcić w lewo w kierunku na Forno Allione. Sam podjazd jest dość wymagający z uwagi na samą długość czyli 19,5 km oraz fakt, że zdecydowanie najtrudniejsza jest jego trzecia tercja. Pierwsze trzynaście kilometrów ma średnie nachylenie 5,9%, lecz następnych sześć wznosi się już pod kątem 8,8 % i dopiero na ostatnich kilkuset metrach można wrzucić twardszy obrót lub sobie odpocząć - w zależności od osobistego upodobania. Podjazd niemal na swej całej długości ukryty w lesie ma swój urok. Kręta droga przebiega przez tylko jedną miejscowość Paisco. Pomimo późnego popołudnia u podnóża wzniesienia było wciąż 25 stopni, lecz w drodze na szczyt niekiedy wiało chłodem. Otóż w kilku miejscach trzeba było pokonać mostki nad lokalnymi potokami, które zwalały się ze zbocza góry. Przejazdy obok takich mini-wodospadów dla były niczym przejście obok otwartej lodówki. Na jednym z takich mostków przyszło nam przekroczyć granicę między prowincjami Brescia i Bergamo. W tych okolicach droga była już wąska, dość kiepskiej jakości i stroma momentami do wartości 13%. Dlatego też w drodze powrotnej akurat w owej górnej części zjazdu nie można było popuścić wodzów fantazji. Na samym szczycie oddzielającym doliny Paisco i Scalże znajduje się eleganckie schronisko będące bazą wypadową do pieszych wędrówek po Parku Regionalnym Orobie-Bergamasche. Podstawowe dane z ostatniego testu przed Pantanim to w moim przypadku czas wspinaczki 75 minut z małym hakiem przy średniej prędkości nieco ponad 15,5 km/h i VAM w prywatnych stanach średnich czyli 1031 m/h.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it


Sobota zgodnie z naszym planem jak i zdrowym rozsądkiem była dniem odpoczynku od roweru, lecz nie od kolarskiej atmosfery. Przed południem udaliśmy się do oddalonej o niespełna 40 kilometrów Apriki by załatwić formalności przed-wyścigowe tzn. potwierdzić zgłoszenie oraz odebrać numery startowe, chipy i inne gadżety wrzucone do tradycyjnych "pacchi di gara". W przygotowanym na wizytę fanów kolarstwa miasteczku startowym można się było poczuć trochę jak w świątyni kultu słynnego "Pirata", albowiem na stoiskach oprócz towarów z szeroko pojętego rynku rowerowego można było nabyć masę rzeczy związanych z osobą błyskotliwego włoskiego górala. Poczynając od bandan i koszulek, a na książkach i albumach fotograficznych kończąc. W tym miejscu wypada mi dodać, iż choć Marco Pantani pochodził z Romanii to Aprica nie przypadkowo gości największy z wyścigów ku pamięci tego asa. Właśnie na ulicach Apriki "Il Pirata" odniósł jedno ze swych najbardziej efektownych zwycięstw. Dokonał tego 5 czerwca 1994 roku gdy jako zaledwie drugoroczny "profi" wygrał królewski odcinek Giro d'Italia wiodący przez przełęcze Stelvio, Mortirolo i San Cristina. Trasa Gran Fondo w dużym stopniu zbieżna jest z tym etapem, przy czym z uwagi na lokalizacje startu zamiast "mamuta" Stelvio trzeba na dobry początek pokonać niemal równie wysokiego "mastodonta" Gavię. Różnica niewielka obie przełęcze usytuowane są na wysokości ponad 2500 metrów n.p.m. i aby na nie wjechać trzeba pokonać blisko 2.000 metrów różnicy wzniesień. Jednak o tym za chwilę. Po powrocie do naszej bazy, aby odprężyć się przed niedzielnym wyzwaniem postanowiliśmy "przeprawić" się na drugi brzeg rzeki Oglio i pozwiedzać najstarszą część Capo di Ponte. Jak widać z załączonych poniżej zdjęć strome i wąskie uliczki oraz tknięte biegiem czasu mury domów tej dzielnicy mają swój niezaprzeczalny urok. Udało nam się zawędrować do Cemmo i obejrzeć tamtejsze stanowisko archeologiczne (słynące z neolitycznych rytów skalnych) oraz zwiedzić kościół, w którym odbywały się próby lokalnego chóru przed wieczornym występem. Odpuściliśmy sobie jednak spacer do wyżej położonej i szczególnie godnej zobaczenia osady Pescarzo, która uchodzi za najstarszą siedzibę ludzką w tym rejonie Lombardii.



Wyświetl większą mapę

W niedzielę oczywiście pobudka wraz z kogutami. Bardzo wczesne śniadanie i blisko godzinny dojazd samochodem przez Edolo, na start do Apriki. Po wjechaniu na główną ulicę miasta czyli Corso Roma zrobiło nam się zielono przed oczyma. Na starcie stanęło bowiem około dwu tysięcy uczestników i niemal wszyscy zgodnie z surowym regulaminem zawodów ubrani w oficjalne "maglia verde" z napisem Mercatone Uno, twarzą Pantaniego oraz logiem "Il Pirata". Cała ta dwutysięczna rzesza musiała zaraz po starcie zjechać przez Corteno Golgi do Edolo i tam zacząć zrazu spokojny podjazd pod Gavię. Pierwsze kilometry masowej imprezy wyznaczone na zjeździe to pomysł dość ryzykowny. Jazda w rozochoconym tłumie 10-krotnie liczniejszym od przepisowego peletonu zmusza do pewnej ostrożności. Na szczęście zjazd ten nie należy do trudnych technicznie. Dla wszystkich śmiałków organizatorzy przewidzieli zaś w sumie trzy trasy tzn. Corto (85 km), Medio (152 km) i Gran (172 km). Najdłuższa od średniej różniła się tylko koniecznością dwukrotnego przejechania 20-kilometrowej, finałowej rundy wokół małego Mortirolo czyli Valico San Cristina. Runda krótka była zbieżna z dwoma pozostałymi tylko na pierwszych 20 kilometrach do Monno i w swej ostatniej fazie od Mortirolo przez Trivigno do Apriki. Co najistotniejsze jednak w tej opcji słynne Mortirolo trzeba było pokonać od znacznie łatwiejszej południowej strony. Ostatecznie największą popularnością cieszyło się trasa Medio Fondo, którą ukończyło 1129 kolarzy.


Copyright: http://www.granfondomarcopantani.com/index.php?p=1_10_Percorsi

Po 16-kilometrowym zjeździe do Edolo rozpoczęło się szukanie swego miejsca w szeregu. Przyszedł czas na 38-kilometrowy podjazd pod passo Gavia (2621 m. n.p.m.), albowiem jechaliśmy pełną wersje tego podjazdu, szlakiem śnieżnego etapu z Giro 1988, na którym to w głównych rolach wystąpili Amerykanin Andy Hampsten i Holender Erik Breukink. Zasadnicza część tego wzniesienia ma około 16 kilometrów przy średnim nachyleniu 8,1 % i max. 16%. Niemniej już sam przydługi wstęp czyli 22-kilometrowy odcinek z Edolo przez Vezza d'Oglio do Ponte di Legno do płaskich nie należy. Droga wznosi się tu pod średnim kątem 3% i przy maksymalnym nachyleniu 7%. Ten fragment trasy to był jeszcze czas, w którym można było sobie pozwolić na jakieś skoki z grupki do grupki. Dwukrotnie musiałem odpracowywać wcześniej wywalczoną pozycję z uwagi na półminutowe postoje do których skłonił mnie zbyt wyluzowany magnes jeżdżący po szprysze w moim przed nim kole. Dodam, że po trzecim przejawie takiego "buntu" tzn. już na początku zjazdu z Gavii poniechałem prób naprawy i do końca wyścigu pozbawiony byłem odczytu danych uzależnionych od tzw. przebiegu. Pozostało mi kierować się wskazaniami pulsometra, altimetra i zegara. Pod Gavię jechało mi się rewelacyjnie. Znając to wzniesienie wiedziałem gdzie zrobić odpowiedni użytek z trybu "28". Pogoda była piękna, zaś temperatura mimo sporej wysokości bezwzględnej wciąż dość przyjemna. Dość powiedzieć, iż na samym szczycie mimo porannej pory czyli godziny wpół do dziesiątej było już 15 stopni! Pokonanie stromego odcinka od Ponte di Legno zajęło mi tylko 69 i pół minuty czyli ponad osiem mniej niż w 2006 roku. Na przełęczy byłem zaś 67 pośród 510 ludzi, którzy ostatecznie dotarli na metę Gran Fondo. Mój wielki podziw wzbudził pewien Włoch, który jechał w bardzo zbliżonym do mojego tempie, choć zamiast jednej z nóg miał protezę.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Pierwsza część zjazdu z Gavii co bardziej lękliwych zjazdowców może przyprawić o gęsia skórkę. Wąska i niekiedy bardzo stroma droga, a dlatego po kiepskiej szosie miejscami nieźle pociętej przejawami ostrej zimy. Straciłem kontakt z jedną mała grupką, potem drugą. Potem na bardziej otwartym odcinku wiodącym po lepszej jakościowo drodze w środkowej części zjazdu mimo "młynka" na przełożeniu 53x12 zaczęli mi umykać kolejni kamikadze. W tym momencie żałowałem, że nie działa mi prędkościomierz gdyż zapewne w swej desperacji utrzymania kontaktu z asami downhillu pobiłem swój rekord prędkości rodem ze słowackich czyli 86 km/h. Na płaskim odcinku w okolicy Santa Caterina Valfurva "stanąłem na głowie" by złapać ogon najbliższej grupki, zaś potem nie dałem się urwać do samego Bormio gdzie miał miejsce półmetek mojego wyścigu (87 km) i koniec zjazdu z Gavii. Po wyjeździe z owego centrum narciarstwa alpejskiego wkraczaliśmy na szosy Val Valtellina gdzie czekał nas 27-kilometrowy odcinek do Mazzo prowadzący niemal cały czas w dół tzn. z poziomu 1217 na 552 metrów n.p.m. Droga opada tu jednak na tyle spokojnie, że ów fragment trasy uchodzić może za szybki kawałek płaskiego terenu. Dlatego ważne było by znaleźć się na nim w większej grupce zawodników po to by szybko i zarazem możliwie najmniejszym nakładem sił dotrzeć do Mazzo di Valtellina u podnoża passo Foppa, lepiej znanej jako Mortirolo. Z punktu pomiaru czasu na bufecie wynika, iż przejechałem matę na 101 miejscu. Jednak w istocie moje straty w porównaniu z pozycją zajmowaną na Gavii były niewielkie jako, że do Mazzo wjechałem na końcu około 30-osobowego peletoniku.

Oczywiście nasza jedność prysła już na pierwszym kilometrze włoskiej ściany płaczu. Stopniowo zacząłem przesuwać się w wyścigowej tabeli. Góra ta jest zaiste piekielna, a zadania nie ułatwiał nam fakt, iż przyszło nam zaczynać przy temperaturze 28 stopni. Pierwsze trzy kilometry podjazdu do San Mate mają jeszcze dość "skromne" nachylenie 8,8 % dlatego też w tej fazie wspinaczki kręciłem na przełożeniu 39x28. Środek wzniesienia to już z pewnością - parafrazując tekst bohatera jednej z bajek - "to co kozice lubią najbardziej". Owe sześć kilometrów ma bowiem przewyższenie 739 metrów przy średnim nachyleniu 12,35 % i max. 18 %! Przeto nie miałem żadnych wątpliwości czy godzi się skorzystać z tajemnego trybu na czarną godzinę czyli "32". Aby lepiej zilustrować stromiznę tego fragmentu trasy dodam, iż trudów podjazdu nie wytrzymał motocykl pomocy technicznej, który to mocno zgrzany stał na poboczu wraz ze swym zmartwionym właścicielem. Ostatnie 3,4 kilometra to ponownie czas względnego odpoczynku na łatwiej przyswajalnym średnim poziomie 8,7 %. Na szczycie byłem już 75. ze stratą 44:14 do trójki liderów (Fontana, Negrini, Bażenow). Sam podjazd pod Mortirolo zajął mi 1h 08:03 (średnia prędkość 10,93 km/h) co okazało się nawet 56 czasem tego odcinka. Jeszcze lepiej pojechał Piotrek, który tradycyjnie spokojnie zaczynając ściganie do Mazzo przyjechał blisko 14 minut później, lecz pod Mortirolo wdrapał się w czasie 1h 07:48. Jak zwykle mój kolega dobrze rozłożył swe siły i ostatecznie na metę w Aprice wpadł 109. już tylko osiem minut za mną.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it

Co ciekawe po minięciu passo Foppa nie dane nam było odpocząć na zjeździe. Najpierw trzeba się było przez blisko pół godziny pomęczyć na krętych, wąskich oraz pagórkowatych drogach płaskowyżu, który położony jest na wysokości ponad 1800 metrów n.p.m. Dopiero po minięciu osady Trivigno przyszedł czas na zjazd do Apriki (1176 m. n.p.m.), który częściowo pokrywał się z czekającym nas jeszcze zjazdem z Valico San Cristina. Do Apriki dotarłem w czasie 5h 40:06 (minus 5:16 zgubione na starcie) co dawało mi w tym momencie 69 lokatę wśród "granfondistów". Niemniej po pokonaniu 152 kilometrów trasy i blisko 3500 metrów przewyższenia przy temperaturze 26 stopni mój silnik zaczął się już nieco przegrzewać. Tymczasem do pokonania mieliśmy jeszcze solidną rundkę o długości dwudziestu kilometrów ze stromym 7-kilometrowym podjazdem pod Valico San Cristina (1427 m. n.p.m.) na deser. Kilka pozycji straciłem na sześciu kilometrach zjazdu w kierunku Tresendy. Zjazd ten jakkolwiek szeroki wbrew pozorom nie należał do przyjemności gdyż trwały na nim roboty drogowe. W pewnym momencie z owej głównej drogi trzeba było zboczyć na wąską, leśną alejkę by zacząć ostatnią tego dnia katorgę. Podjazd pod San Cristina od tego miejsca ma tylko 6,8 km, lecz przy średnim nachyleniu 9,5 % oraz max. 16 % śmiało może uchodzić za "mniejszego brata" Mortirolo. Zresztą potrafił on pogrążyć nawet tej miary mistrza co Miguel Indurain. Na ostatnich kilkunastu kilometrach wspomnianego przeze mnie etapu Giro 1994 "Big Mig" zmożony stromizną "Krystyny" stracił do szalejącego Marco Pantaniego aż trzy i pół minuty! Ja również przeżywałem tu od połowy podjazdu ciężkie chwile. Chcąc nie chcąc w pewnym momencie wrzuciłem tryb "32" i na miękko z wolna przemierzałem kolejne, coraz "dłuższe" kilometry wyglądając końca tego podstępnego podjazdu. Oczywiście straciłem jeszcze kilka pozycji i na górze byłem 79. Do mety pozostało jeszcze siedem kilometrów, z czego sześć na zjeździe. Ostatnie dziesięć minut z hakiem wysiłku i koncentracji i w końcu upragniona meta. Z wyniku byłem zadowolony. Realnie uzyskałem 79 czas tzn. 6h 37:14 (średnia 25,98 km/h). W wyścigu zająłem 86 miejsce z czasem 6h 42:30, a to przez nasze dalekie miejsca na starcie. Mniejsza o szczegóły. W swoim przypadku miejsce wśród 15-20 % najlepszych uczestników uważam za bardzo dobre, szczególnie że średni poziom włoskich imprez wydaje mi się być wyższy niż choćby francuskich zawodów spod znaku "cyclosportive". Cały wyścig podobnie jak GF Campagnolo wygrał Rosjanin Aleksander Bażenow o 2:40 przed Giannim Fontaną i 5:36 przed Emanuele Negrinim. Za nami był pełen tydzień pięknych przygód i drugi niezapomniany wyścig po legendarnych przełęczach. A przed nami trzeci tydzień naszego prywatnego Giro i najdłuższy maraton na rowerze, ale o tym opowiem w trzecim odcinku swej mini-powieści.


Copyright: http://ciclismo.sitiasp.it



GALERIA ZDJĘĆ


Lago di Misurina we mgle


Strome serpentyny na Tre Cime di Lavaredo


Postrzępione szczyty masywu


"Ciclista" przy schronisku Auronzo


"Direttore" przy schronisku Auronzo


Widok z końca szosy na schronisko Auronzo


Senne uliczki Piano d'Arta


Sutrio u podnóża Monte Zoncolan


Jedziemy śladami wielkiego Giro


Wypłaszczenie na dziesiątym kilometrze


Brama do kolarskiego piekła czyli schronisko Enzo Moro


Próbka nieludzkiej szosy nr 1


Próbka nieludzkiej szosy nr 2


Daniel na szczycie Zoncolan


Monument ku chwale cyklistów


Centrum Cavalese


Manghen / początek podjazdu


Manghen / Ponte delle Stue


Manghen / 3 km przed szczytem


Manghen / schronisko na przełęczy


Daniel na przełęczy Manghen


Piotr na przełęczy Manghen


Tesero gospodarz tegorocznego Giro


Tesero / kapliczka w centrum


Tesero / kościół w centrum


Kościół La Palanca


Val di Fiemme centrum narciarstwa klasycznego


Mauzoleum ofiar błotnej lawiny w dolinie Stava


Na rozstaju dróg / w prawo Pampeago


Hotel Shandranj


Alpe di Pampeago / 4 km do szczytu


Alpe di Pampeago / u bram stacji


Alpe di Pampeago / Piotr na końcu drogi


Alpe di Pampeago / z szosy na szutr


Piotr w Alpe di Pampeago


Daniel w Alpe di Pampeago


Człowiek szczęśliwy


Predazzo wieczorową porą / obrazek nr 1


Predazzo / obrazek nr 2


Predazzo / obrazek nr 3


Monte Bondone / wjazd do Vason


Monte Bondone / widok na Trento


Piotr na szczycie Monte Bondone


Daniel na szczycie Monte Bondone


Zamek ponad Calliano


Kościółek w Mezzomonte


Folgaria / 6 km przed szczytem


Piotr na szczycie passo Coe


Daniel na szczycie passo Coe


Zuzana i Davidek Varesco


Mauzoleum bohaterów I Wojny światowej na passo Tonale


Passo Tonale / opuszczamy Trentino


Passo Vivione / początek w Forno Allione


Passo Vivione / wjazd do prowincji Bergamo


Passo Vivione / "wodna lodówka"


Schronisko na przełęczy Vivione


Daniel na przełęczy Vivione


Piotr na przełęczy Vivione


Miasteczko startowe w Aprice


Stare uliczki w Cemmo


Kościół w Cemmo


Widok na Capo di Ponte


Rzut okiem z kościelnego okna

POWRÓT