NOWY KRÓL BELGII

"Umarł król niech żyje król" tą frazę śmiało mogą od niedzieli skandować belgijscy fani kolarstwa. Rok po tym jak karierę w nieprzyjemnej atmosferze zakończył Johan Museeuw największy specjalista od wyścigów jednodniowych w erze Pucharu Świata, przewidywany na jego następcę i wciąż niespełna 25-letni Tom Boonen wygrał zarówno Ronde van Vlaanderen jak i Paris-Roubaix. Młody lider ekipy Quick Step dokonał tego jako dziewiąty zawodnik w historii (a ósmy Belg w tym gronie) i w nagrodę został kolejnym po Julichu, Freire i Petacchim liderem pierwszej edycji Pro Touru.

Boonen pochodzący z Mol, miasteczka w prowincji Antwerpia - tej samej, z której wywodzili się dwaj wielcy Rik'owie: Van Steenbergen (mistrz świata z lat 1949 i 1956-1957) oraz Van Looy (mistrz świata z lat 1960-1961) zaczął ten sezon w bardzo dobrym stylu, wygrywając m.in. dwa etapy na trasie marcowego "wyścigu przez śnieg ku słońcu" czyli Paris-Nice. Wkrótce jednak podczas Milan-San Remo uległ całej plejadzie ścigantów, którzy mieli w nogach wyścig Tirreno-Adriatico. Ósme miejsce na finiszu w San Remo dla sprintera, który w ubiegłym roku wygrał dwa odcinki Tour de France (w Angers i co istotniejsze w Paryżu na Champs-Elysees) z pewnością było rozczarowniem. Jednak młody Tom nie rozpamiętywał długo swego niepowodzenia na włoskiej riwierze. Wrócił na północ do rodzimej Flandrii i już tydzień później wygrał najbardziej prestiżowy pośród wyścigów bezpośrednio podprowadzających pod Ronde van Vlaanderen czyli GP E-3 w Harelbeke (kategoria 1.HC). Podczas tej imprezy uciekł prawie wszystkim rywalom już 55 kilometrów przed metą w towarzystwie Niemca Andreasa Kliera (T-Mobile), któremu na finiszu nie dał najmniejszych szans rewanżując się w ten sposób Bawarczykowi za porażkę w Gent-Wevelgem 2003. Wiktoria w takim stylu tj. po długiej ucieczce, a nie z pomocą kolegów i po sprinterskim finiszu dobrze wróżyła młodemu gwiazdorowi przed wielką Ronde, która jest nie tylko najbardziej prestizowym, ale zarazem najtrudniejszym z flandryjskich klasyków.

Na trasie 89. edycji "Flandryjskiej Piękności" z początku najbardziej dokazywali będący w kilkuosobowej ucieczce Szwed Magnus Backstedt (Liquigas) oraz Hiszpan Constantino Zaballa (Saunier Duval). Potężny Magnus, bodaj najcięższy kolarz w Pro Tourze (90 kg wagi!) poważnie trenował przed swoimi ulubionymi klasykami czyli Gent-Wevelgem oraz Paris-Roubaix, w których przed rokiem był drugi i pierwszy. Natomiast Zaballa potwierdzał swą dobrą formę z początku sezonu, która przyniosła mu przede wszystkim trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Paris-Nice. Jednak sygnał do decydującej akcji dał niespełna 26-letni Włoch Alessandro Ballan (Lampre), który w tygodniu poprzedzającym Ronde wygrał pierwszy, najtrudniejszy etap Driedaagse van de Panne i zajął ostatecznie drugie miejsce w "generalce" tego wyścigu. W okolicach czternastej z siedemnastu "hopek" czyli Valkenbergu, który wrócił na szlak RvV po dziewięciu latach do wysokiego (190 cm), lecz bardzo "wycieniowanego" (69 kg) kolegi z zespołu, naszego Sylwestra Szmyda dołączyli najpierw Roberto Petito (Fassa Bortolo) i zadziwiająco aktywny tego dnia Niemiec Erik Zabel (T-Mobile), a tuż po nich najmocniejsza "trójca" tego wyścigu czyli: Boonen, Klier i dwukrotny triumfator RvV (z lat 1999 i 2003) Peter Van Petegem (Davitamon). Pod Kapelmuur tempo podkręcił Van Petegem, zaś pod Bosberg najpierw Klier, a po nim Boonen. Grupa przy obu okazjach rwała się, lecz ostatecznie pozostała trójka zdołała się utrzymać na kole faworytów. Dwaj Belgowie ponowili ataki na płaskiej już drodze do Meerbeke, lecz odskok udał się tylko (9 kilometrów przed metą) Boonenowi. Młody lider Quick Stepu dotarł do mety z przewagą 0:35 nad Klierem, któremu w końcówce udało się wykorzystać przewagę liczebną kolarzy T-Mobile w pościgowej "piątce" oraz 0:40 nad pozostałym kwartetem, z którego najszybciej finiszował Van Petegem wyprzedzając Zabela, Petito i Ballana. Tym samym podium rozegranego osiem dni wcześniej GP E-3 okazało się ze wszechmiar prorocze.


Boonen w drodze do sławy > www.uci.ch

W środku tygodnia pomiędzy Ronde van Vlaanderen a Paris-Roubaix przyszedł czas na rozgrywany w Zachodniej Flandrii semi-klasyk Gent-Wevelgem. Wyścig ten ze względu na profil trasy czyli tylko sześć pagórków i blisko 40-kilometrowy dojazd do mety po płaskim terenie pada nierzadko łupem sprinterów, dla których wielka Ronde jest zbyt trudna. W tym roku jednak to nie sprinterska walka na ostatnich metrach rozgrzała emocje osób będących uczestnikami czy też świadkami tej imprezy. Po ostatnim przejeździe przez najtrudniejszą z dwukrotnie pokonywanych trzech "hopek" czyli Kemmelberg uformował się odjazd ósemki zawodników, z której jednak po kraksie odpadli Backstedt i Włoch Filippo Pozzato (Quick Step). Z pozostałej szóstki jako pierwszy - na 7 kilometrów przed metą - zaatakował Belg Nico Mattan (Davitamon), który był już trzeci w tym wyścigu w 1998 roku kiedy to bardzo pomógł w odniesieniu zwycięstwa swemu niesfornemu przyjacielowi i rodakowi Frankowi Vandenbroucke. Do Mattana przeskoczyli Hiszpan o "belgijskim sercu" Juan Antonio Flecha (Fassa Bortolo) oraz szybki Australijczyk Baden Cooke (FdJeux.com). Po chwili współpracy zaatakował z kolei Flecha, który swym "skokiem" zgubił Cooke'a i zaczął odjeżdżać Mattanowi. Wydawało się "Człowiek-strzała" zrealizuje swe marzenie zwycięstwa w jednym z północnych klasyków gdyż na ostatni kilometr wjechał w przewagą pięciu sekund nad Belgiem. Niestety raz jeszcze sprawdziło się sportowe porzekadło, iż "gospodarzom często pomagają ściany". Mattan wykorzystując próżnię stworzoną przez obecność między kolarzami (przypadkową czy umyślną - to nie najistotniejsze) "neutralnego" samochodu Shimano i dwóch motorów dopadł Flechę i minął go około 250 metrów przed metą odnosząc swój życiowy sukces w mocno kontrowersyjnych okolicznościach. Trójkowy finisz po trzecie miejsce wygrał Włoch Daniele Bennati (Lampre) przed Szwajcarem Fabianem Cancellarą (Fassa Bortolo) i Norwegiem Thorem Hushovdem (Credit Agricole). Mocno "ujechany" Cooke dotarł do mety na szóstym miejscu tuż przed peletonikiem, który przyprowadził 4-krotny (w tym aktualny) mistrz Belgii Tom Steels - kolega z grupy tegorocznego triumfatora, który sam wygrywał G-W w latach 1996 i 1999 (za drugim razem dystansując naszego Zbigniewa Sprucha).

Tegoroczna - już 103! - edycja Paris-Roubaix była prawdziwym popisem wytrzymałości, siły, ale również taktycznego wyrachowania Boonena. Ów rewelacyjny młodzieniaszek Boonen przejechał w niedzielne "Piekło Północy" jak stary profesor. To jego kolega Pozzato dał sygnał do ataku w sektorze Hornaing-Wandignies (nr 14 od końca) tj. już na około 80 kilometrów przed metą! Gdy Tom poprawił to co zaczął Filippo pozostało z nim ledwie sześciu rywali: Flecha i Cancellara (obaj z Fassa Bortolo), ubiegłoroczny zwycięzca Backstedt, Amerykanin George Hincapie (Discovery Channel), Duńczyk Lars Michaelsen (Team CSC) oraz Holender Leon van Bon starający się zastąpić w ekipie Davitamon swego lidera Van Petegema, którego z wyścigu wyeliminowały obrażenia poniesione w kraksie jaka miała miejsce w okolicach półmetka. Z grupy asów pierwszy odpadł Pozzato, następnie van Bona oraz Cancellarę z doborowego towarzystwa "wygoniły" defekty. Pozostała piątka na niespełna 50 kilometrów przed Roubaix dogoniła najwytrwalszych spośród ośmiu śmiałków, którzy w pewnym momencie wyścigu mieli nawet dwanaście minut przewagi nad peletonem. Należy w tym miejscu wtrącić, iż trzej spośród tych wczesnych uciekinierów tzn. Francuzi: Florent Brard (Agritubel) i Arnaud Coyot (Cofidis) oraz Belg Erwin Thijs (MrBookmaker.com) do końca jechali bardzo dzielnie finiszując w pierwszej grupie pościgowej ze stratą 3:49 do zwycięzcy na miejscach odpowiednio: siódmym, dziesiątym i trzynastym. Dotrzymanie koła "ekspresowemu kwintetowi" było jednak zadaniem ponad ich nadwrężone długą ucieczka siły. Kolejny kluczowy moment wyścigu miał miejsce w sektorze Carrefour de l'Arbre (nr 4 od końca) około 15 kilometrów przed finałem. Tam za sprawą przede wszystkim Flechy i Boonena z czołówką pożegnali się dwaj Skandynawowie. Od tego momentu trio: Boonen-Flecha-Hincapie do samego velodromu współpracowała bardzo zgodnie nie dając szans na "powrót do gry" Backstedtowi. Na charakterystycznym dla P-Roubaix torowym finiszu Boonen nie dał najmniejszych szans swemu byłemu koledze z US Postal Hincapiemu oraz Flechy. Dwaj kolejni zawodnicy dotarli do mety pojedynczo: Backstedt czwarty (+ 1:09), Michaelsen piąty (+ 2:43), zaś sprint z pierwszej większej grupy (11-osobowej) po szóstą lokatę wygrał bez większych kłopotów pechowy van Bon.

Jak już wspomniałem ośmiu kolarzom do tego roku udało się wygrać w jednym sezonie dwa najpoważniejsze "brukiem naznaczone" klasyki czyli Ronde van Vlaanderen oraz Paris-Roubaix. Jako pierwszy dokonał tego Szwajcar Heiri Suter w 1923 roku, zaś w jego ślady szli następnie już tylko Belgowie tzn. Romain Gijssels (1932), Gaston Rebry (1934), Raymond Impanis (1954), Fred De Bruyne (1957), Rik Van Looy (1962), Roger De Vlaeminck (1977) oraz Peter Van Petegem (2003). Co ciekawe wyczyn ten nie stał się nigdy udziałem "kolarza wszechczasów" Eddiego Merckxa czy też najlepszego klasyka ostatnich kilkunastu lat Johana Museeuwa. Tymczasem kreowany na następcę tego ostatniego od czasu, gdy zajął trzecie miejsce w swym debiutanckim P-Roubaix (w 2002 roku) Boonen "ustrzelił" ów dublet jeszcze przed swymi 25 urodzinami czyli praktycznie w wieku profesjonalnego młodzieżowca. Żaden z jego rodaków nie uczynił tego równie szybko (jego poprzednik Van Petegem ów wielki sukces "świętował" dopiero po swych 33 urodzinach). Młodszy od Boonena w chwili owego podwójnego triumfu był jedynie Suter mający w kwietniu 1923 roku zaledwie 23 lata i 9 miesięcy co dodatkowo podkreśla skalę talentu Boonena, który dzięki owym wielce prestiżowym zwycięstwom został liderem klasyfikacji Pro Tour z dorobkiem 112 punktów. Za nim po siedmiu "eliminacjach" tego cyklu znajdują się obecnie: Petacchi - 93, Hiszpan Oscar Freire (Rabobank) - 78 oraz dwaj Amerykanie: Hincapie i Bobby Julich (Team CSC) obaj z 75 punktami na koncie. W tej ścisłej czołówce indywidualnej klasyfikacji Pro Touru tylko Julich jest kolarzem o specjalizacji etapowej, ale taki układ sił wkrótce powinien się zmienić bo etapowcy mogą wtrącić swoje trzy grosze już podczas górzystych klasyków z drugiej połowy kwietnia (Amstel Gold Race, Fleche Wallonne i Liege-Bastogne-Liege), zaś kolejne trzy miesiące (maj, czerwiec i lipiec) tradycyjnie będą już ich wyłączną domeną. Skoro już jestem przy rankingu Pro Tour to odnotujmy tylko, że wśród ekip (po P-Roubaix) prowadzi Fassa Bortolo - 112 punktów, przed Davitamon (106), Rabobank (102), Team CSC (99) i T-Mobile (94). Natomiast wśród federacji narodowych nadal przewodzą Hiszpanie - 257 punktów, przed Włochami (245), Belgami (214 - przeszło połowę tych punktów zdobył Boonen), Niemcami (201) i Amerykanami z USA (150, które do spółki uzbierali Hincapie i Julich).

Na przełomie marca i kwietnia najpoważniejszym wyścigiem etapowym pozostaje baskijska Vuelta al Pais Vasco. Tym razem pierwsze skrzypce zagrał w niej szykujący się do ardeńskich klasyków Włoch Danilo Di Luca z Liquigasu. Di Luca wygrał pierwszy etap z metą w Zarautz, ale stracił prowadzenie w wyścigu na rzecz Baska Aitora Osy z Illes Ballears (zwycięzcy VaPV 2002) już następnego dnia po etapie z metą pod górę do La Lejana-Trapagaran gdzie najmocniejszy okazał się Francuz David Moncoutie z Cofidisu. Środkowa faza wyścigu należała do wszechstronnego Alejandro Valverde z Illes Ballears, który najszybciej finiszował zarówno w Gasteiz (Vitorii) oraz Altsasu i szczególnie na prowadzącym lekko pod górę finiszu etapu czwartego nie pozostawił złudzeń swym rywalom. Niemniej swe generalne ambicje Valverde poświęcił na rzecz starszego z braci Osa. Na porannym etapie 5a podobnie jak przed rokiem (i po raz trzeci w karierze) wygranym przez Niemca Jensa Voigta (Team CSC) Valverde pomógł Osie zniwelować przewagę Di Luci na podjeździe do Onati-Arantzazu. Osa przed finałową czasówką wokół Onati pozostał liderem, ale na popołudniowym: górzystym i trudnym technicznie "etapie prawdy" mógł już oczywiście liczyć tylko na siebie. Czasówkę tą wygrał nowy as hiszpańskiego peletonu Alberto Contador (Liberty Seguros), który we wrześniu 2003 roku wygrał czasówkę TdP z Jeleniej Góry do Karpacza-Orlinek. Dwa tygodnie przed 45 edycją VaPV odniósł on swój największy dotąd sukces, wygrywając etapówkę Semana Catalana (Tydzień Kataloński, kat. HC). W całym wyścigu Dookoła Kraju Basków zajął zaś trzecie miejsce (ze stratą 0:11 do zwycięzcy), bowiem niewiele gorzej od niego pojechali wyżej klasyfikowani przed finałem Włosi: Di Luca i Davide Rebellin (Gerolsteiner). Minimalnie lepszy w tej próbie był Rebellin, lecz ogólnie lepszy o trzy sekundy (dzięki swej porannej akcji) był Di Luca - który w 2000 roku przegrał ten wyścig (z Niemcem Andreasem Klodenem) właśnie na czasówce! Tym razem jego dawny los podzielił Osa, który spadł w ogólnym rozrachunku aż na czwartą pozycję (+ 0:14). Julich, który w marcu królował we Francji, gdyż oprócz Paris-Nice wygrał też weekendową etapówkę Criterium International (kat. HC) gdzie ograł bardzo utalentowanego Holendra Thomasa Dekkera z Rabobanku, w VaPV zajął "tylko" piątą lokatę (+ 0:18), ale powiększył swój dorobek w Pro Tourze o dalszych 25 punktów.

Postscriptum: Do pierwszej wieloetapówki tego sezonu czyli Giro d'Italia pozostało już niewiele ponad trzy tygodnie warto więc zwrócić uwagę na stan przygotowań faworytów tej imprezy. Ubiegłoroczny triumfator Giro Damiano Cunego z Lampre zajął dziewiąte miejsce w VaPV, a pod koniec marca był trzeci w wygranej przez Franco Pellizottiego z Liquigasu włoskiej etapówce Settimana Internazionale di Coppi e Bartali. W przyszłym tygodniu Cunego będzie się ścigał w belgijskich Ardenach (FW i L-B-L), zaś jego starszy kolega z drużyny Gilberto Simoni, który wygrał etap Paris-Nice z metą na Mont Faron oraz ukończył na piętnastym miejscu Semana Catalana formę szlifować zamierza w swych rodzinnych stronach czyli na etapówce Giro del Trentino. Lider duńskiej ekipy CSC, trzeci w Tour de France 2004 Ivan Basso dał o sobie znać w Criterium International zajmując we francuskich Ardenach czwartą pozycję, lecz do występu w Kraju Basków już się nie przyłożył. Teraz zapewne też pojedzie do Walonii gdzie bywał już w przeszłości na podium tak "Strzały" (drugi w FW 2001) jak i "Staruszki" (trzeci w L-B-L 2002).

 

POWRÓT