ZMIANY W KOMENTARZACH
Drodzy czytelnicy podobnie jak w światowym peletonie również i na mojej stronie będziecie w tym sezonie świadkami pewnych zmian. Nauczony doświadczeniami ubiegłych dwóch lat postanowiłem nieco uniezależnić się od międzynarodowego kalendarza wyścigów i zarazem nie rezygnując z mam nadzieję wysokiej jakości efektów swojej pracy zyskać nieco więcej wolnego czasu. Dlatego też postanowiłem zrezygnować z tradycyjnych zapowiedzi + relacji ze wszystkich najważniejszych imprez sezonu. Tego rodzaju artykuły (równie jak dotąd obszerne) postaram się napisać jedynie przy okazji trzech wieloetapówek: Giro d'Italia, Tour de France i Vuelta a Espana oraz odpowiednio skromniejszy przed i po naszym narodowym wyścigu Tour de Pologne. Pozostałe wyścigi Pro Touru mają już lub też będą miały swe "wizytówki" podłączone do artykułu o Pro Tourze, zaś osobne relacje z każdego z nich zastąpią moje komentarze do wydarzeń kolejnych fragmentów sezonu. Nie da się ukryć, że i te komentarze siłą rzeczy odnosić się będą głównie do przebiegu imprez z cyklu Pro Touru. Pierwszy tego rodzaju komentarz najpewniej ukaże się po Paryż-Nicea i Tirreno-Adriatico a przed Mediolan-San Remo, zaś kolejne w odstępach m/w dwutygodniowych. Zupełną nowością staną się zaś prywatne relacje z treningów, startów i komentarzy do występów kolegów i rywali autorstwa naszego "włoskiego łącznika" z Pro Tourem Sylwestra Szmyda z grupy Lampre-Caffita. Już dziś zapraszam do lektury "pamiętnika zawodowca".
Sylwester SZMYD (Lampre-Caffita) Data urodzenia: 2 marca 1978 roku Miejsce urodzenia: Bydgoszcz Miejsce zamieszkania: Montignoso di Massa (Toskania) Wzrost: 179 cm Waga: 60 kg Tętno spoczynkowe: 48 bpm Początek treningów: rok 1988 Początek kariery zawodowej: sezon 2001 Hobby: komputer Przebieg kariery zawodowej: 2001 (Tacconi Sport-Vini Caldirola): 6. TOUR DE POLOGNE {kategoria 2.3} 9. GP Llodio {kategoria {kat. 1.4} 16. Tour de Luxembourg {kat. 2.2} 2002 (Tacconi Sport-Emmegi): 3. Trofeo Immobiliare Italia di Fred Mengoni {kat. 1.3} 29. VUELTA a ESPANA {kat. GT = Wielkie Toury} 44. GIRO d'ITALIA {kat. GT} 2003 (Mercatone Uno-Scanavino): 8. Giro del Trentino {kat. 2.2} 14. Giro dell'Appennino (kat. 1.2} 20. GP Industria e Commercio di Prato (kat. 1.2} 24. GIRO d'ITALIA {kat. GT} 2004 (Saeco): 2. GP Schwarzwald {kat. 1.3} 4. Japan Cup {kat. 1.3} 12. Vuelta a Aragon {kat. 2.2} 13. TOUR de ROMANDIE {kat. 2.HC = najwyższa} 43. GIRO d'ITALIA {kat. GT} 74. VUELTA a ESPANA {kat. GT} * Dużymi literami wyścigi od tego roku zaliczane do Pro Touru. 2005 (Lampre-Caffita): 19. Vuelta a Murcia (kat. 2.1) 21. Semana Catalana (kat. 2.HC) 40. Giro della Provincia di Reggio Calabria (kat. 1.1) 73. VUELTA AL PAIS VASCO (kat. PT) 81. Klasika Primavera (kat. 1.1) 60. FLECHE WALLONNE (kat. PT) 84. LIEGE-BASTOGNE-LIEGE (kat. PT) 7. GP Industria e Artigianato (kat. 1.1) 64. GIRO d'ITALIA (kat. PT) 14. Osterreich Rundfahrt (kat. 2.1) 11. Brixia Tour (kat. 2.1) 11. Volta ao Portugal (kat. 2.HC) 24. VUELTA A ESPANA (kat. PT) 29. GP Beghelli Milano-Vignola (kat. 1.1) 62. Giro del Piemonte (kat. 1.HC) 17. Firenze-Pistoia ITT (kat. 1.1) PAMIĘTNIK ZAWODOWCA: Maj - Giro d'Italia 2 lipca: Czas do pracy... Zrobiłem sobie małą przerwę, ale bardziej w pisaniu niż trenowaniu. Po Giro d'Italia przez dziesięć dni jeździłem po dwie-trzy godziny spokojnie i przyznam, że odczuwałem zmęczenie po Giro. Później zacząłem treningi w górach, w okolicach Ząbkowic gdzie byłem przez pięć dni startując w międzyczasie w Bike Maratonie w Złotym Stoku. Precyzując, stając na starcie chciałem go w całości przejechać, ale deszcz padający całą noc i o poranku w dzień maratonu uczynił trasę zbyt niebezpieczną. Lepiej nie ryzykować! Wystartowałem i wróciłem do samochodu zmieniając rower na szosówke po czym pojechałem na trening. Generalnie to cały czerwiec szło mi ciężko na treningach. Jak się zaczyna już w styczniu jeździć po górach, to trenować jest potem ciężej. W dzień wyjazdu do Polski, jeszcze w Italii kobieta zajechała mi samochodem drogę i przewróciłem się upadając na plecy. Proszę mi uwierzyć, że cały miesiąc nie mogłem się praktycznie wyprostować, a każda praca siłowa na rowerze była wielką męczarnią. Zaraz po powrocie poszedłem do znajomego osteopaty i trochę mnie naprostował. Mówił, że jeden z kręgów miałem zablokowany. Fakt bo w ciągu praktycznie dwóch dni ból zniknął. Będąc w Polsce zbyt dużo w górach nie trenowałem bo i w Bydgoszczy ich za wiele nie ma... Czuję się jednak dobrze. Jutro wylatuję do Austrii gdzie będzie ciężka czasówka pod górę (Kitzbuhler Horn) i etap z metą pod Grossglockner. Będzie ciekawie. Powinienem nawiązać do wyścigu o Mistrzostwo Polski, ale co tu pisać. ¦wietny komentarz na szosa.rowery.org, bardzo trafny. Próbowałem atakować odjeżdżać, ale pod te hopki na trasie jechało się 40-45 km/h. Nawet jeśli udało się zyskać jakąś przewagę to i tak się ze zjazdu wszystko straciło. Udało mi się nawet na chwilę dwa czy trzy razy odjechać, ale w polskim peletonie (co mnie denerwuje) jak już zyska się przewagę, to wszystkim odjazd przestaje pasować. Z drugiej strony wszyscy skaczą non stop. Widziałem to już w zeszłym roku na MP i później na wyścigu Dookoła Mazowsza. Skoki, skoki, a jak już odjadą, to wszyscy udają, że ucieczka im nie pasuje - o mamo, to w takim razie po co w ogóle skakać?! Myslę, że z Austrii będzie mi ciężko coś napisać, napiszę zatem dopiero po powrocie. Proszę trzymać kciuki. 11 lipca: Witam serdecznie. Po tylu dniach założyłem ponownie kask... Pomijam wyścig o Mistrzostwo Polski. Od razu mówię, że generalnie jestem zadowolony, ale też i "tyci" zawiedziony bo w obsadzie jaka była, nie ujmując nikomu, w okolicy dziesiątki powinienem się zakręcić. Cóż, zostaje jeszcze trochę pracy do zrobienia. Mam dwanaście dni do Brixia Tour. Zmieniłem trochę plan treningów tj. sposób trenowania. Zobaczymy jaki to da efekt. Najważniejsze, że czuję się dobrze fizycznie i psychicznie, reszta do mnie należy. Wracając do wyścigu... zreszta nieźle skróconego. Na drugim etapie mieliśmy przejechać Grossglockner, a tymczasem na przełęczy w opadach śniegu i przy 3-stopniowym mrozie zakończyliśmy go. Nie czułem się od początku podjazdu źle, ale to pierwszy taki podjazd od Giro d'Italia i brakowało mi trochę rytmu. Do tego od samego dołu szły skoki i dlatego było mi dużo ciężej. Przyznam, że na ostatnich dwóch kilometrach nie wiedziałem już sam dobrze gdzie jestem i co robię z powodu zimna jakie panowało tam. Straciłem cztery minuty. Dzień później śmiałem się z Przemka Niemca, że jadąc z nogi na nogę prawie wygrał etap. A było tak, że Przemek odjechał na początku etapu z piecioma innymi śmiałkami. Nie dawałem im najmniejszych szans, bo uważałem, że takim płaskim etapem będą zainteresowani sprinterzy. Myliłem się bo dojechali. Od szóstki oderwała się czwórka, a Przemek został z tyłu. Czterech bystrych z przodu, na 300 metrów przed metą (a jechali ten odcinek drugi raz) pomyliło drogę, przerzucili więc rowery przez barierki i... tak wygrali etap. Zostali zdyskwalifikowani, a Przemek i Marten Den Bakker jadąc spokojnie na metę, znaleźli się w takiej sytuacji, że to im zostało przyznane zwycięstwo. Czasówka pod górę. Jechałem tą górę wcześniej, w zeszłym roku aż cztery razy. Nie będę się rozpisywał dlaczego, ale powiem tylko, że w drodze do Polski zatrzymywałem się tam, wyciagałem rower z samochodu i jechałem tą "ścianę". Cały podjazd wjechałem na przełożeniu 39x25. Proszę pomyśleć, jaki to ciężki podjazd. Jechałem ekstra i tylko na ostatnich dwóch kilometrach odbiły mi korby gdzie straciłem najwięcej. Myślę jednak, że 40 sekund straty do Juana-Miguela Mercado jest optymistyczne. Kolejny etap to kolejne obcinanie, z 200 kilometrów do ledwie 50 i w dodatku tylko po płaskim - znów z powodu śniegu. Generalnie skończyłem czternasty. Z formą jest O'Key, ale musi być lepiej. Nie pamiętam czy już pisałem, ale podtrzymuję i potwierdzam, że we wrzesniu pojadę raczej na Vuelta a Espana, a nie Tour de Pologne. Pozdrawiam wszystkich moich cierpliwych i wytrwałych kibiców. 25 lipca: No i znów nie udało mi się wejść w "dychę"! W sumie nie było źle, ale brakuje tego czegoś by udało się ugrać więcej. Podczas pierwszego etapu na decydującym, ostatnim podjeździe odjechali: Emanuele Sella, Davide Rebellin, Igor Astarloa. Damiano Cunego był z nimi, ale nie wytrzymał ich tempa. Na szczycie nasza grupka miała do prowadzącej dwójki stratę około 40 sekund i było jeszcze 15 kilometrów do mety. Choć ja, Francisco Villa i Giuliano Figueras ciągnęliśmy do samej mety to na kresce strata urosła do minuty. Wyścig w tym momencie stał się bezpośrednią rozgrywką miedzy Rebellinem a Sellą. Zadecydować miała sobotnia, popołudniowa czasówka pod górę. Sella był zbyt mocny dla wszystkich, minuta przewagi nad drugim o tym świadczy. Mnie na więcej niż 11 miejsce nie było stać. Cały podjazd wjechałem bardzo miękko, tzn. 90-100 obrotów / minutę, ale w zasadzie potrzeba było czasem wrzucić cięższe przełożenie i przez to przyśpieszyć. Ostatni etap bez historii zakończył się finiszem z peletonu. Muszę trochę jeszcze popracować, spokojnie z rozsądkiem, żeby nie przesadzić. Dziś lub jutro porozmawiam z "Martino" który wrócił z Tour de France i dowiem się o moich dalszych programach. A tu mamy kolejne zwycięstwo Lance'a. Moim zdaniem po raz kolejny wyścig ten okazał się dość nudny, lecz mam nadzieję, że wraz z odejściem Armstronga stanie się dużo ciekawszy. 1 sierpnia: Ale mamy mocne góralki od MTB. Gratuluje dziewczynom i Andrzejowi Piątkowi. Skończyłem już okres treningów przed Volta ao Portugal. Wyścig zaczyna się w piątek, ale tylko jeszcze jutro zrobię słabe 3 godziny, w tym trochę za motorem i basta. Czuje się dobrze, a i czasy na swych próbnych podjazdach mam najlepsze z całego roku, tak więc myślę że nie powinno być źle. W Portugali nie jest lekko. Wyścig ciężki i Portugalczycy znani są z tego że żyją tym wyścigiem cały rok (jak Polacy Tour de Pologne) ale to normalne. Najbardziej mnie niepokoi wysoka temperatura. Pewnie nie będę się koncentrował na klasyfikacji generalnej tylko na jakimś etapie z metą pod gorę, ale jak mówi "Leo" (Piepoli) ciężko "mając nogę" wypaść z "generalki" bo wszystko tam góra-dół, bez metra płaskiego i selekcja od tyłu. Oczywiście zależy też wiele od tego jak będzie się czuł "Gibo" (Simoni) tzn. co będzie chciał tam zrobić. A co dalej? TdP nie jadę, chyba że coś się w tym względzie w ostatnim momencie zmieni. Damiano Cunego też do Polski nie przyjedzie. Powinni natomiast być Gianluca Bortolami, Aleksandro Ballan i Enrico Franzoi ... bardziej zainteresowanym powinny te nazwiska coś mówić. 8 sierpnia: Pierwsza część portugalskiej Volty już za mną. Gorąco trzeba od razu powiedzieć. Na pierwszym etapie max. 43 stopnie, wczoraj jeszcze 40, ale dziś już lepiej tzn. chłodniej. Pierwsze dwa etapy spokojne. Prawie cały drugi etap uciekał Jacek Morajko, drugi z Polaków obecnych na tym wyścigu. Doszliśmy odjazd na jakieś 800 metrów przed metą. Szkoda bo Jacek jest szybki i miał duże szanse na wygranie tego etapu. Wczoraj na trzecim etapie 28-kilometrowy podjazd był gwoździem programu. Od połowy wzniesienia zaczęło mnie mdlić i zbierało mi się na wymioty jak tylko trzeba było nacisnąć mocniej na pedały. Dlatego musiałem trochę zwolnić. Na samym szczycie zwymiotowałem. Cóż zdarza się. Myślę że to żadne zatrucie bo cały etap jak i początek tego podjazdu czułem się bardzo dobrze. Może to przez ten ukrop. Jak by nie było myślę, że wybroniłem się dobrze z tej opresji i po etapie czułem się juz znakomicie. Dziś pojechałem w odjazd na pierwszej premii górskiej, w sumie było nas osiemnastu. Sytuacja prawie jak na wyścigach w Polsce tzn. wszyscy skaczą i chcą iść w odjazd a jak już tam są to nikt nie ciągnie, nie wychodzi na zmiany. Po ostatniej górze zostało nas chwilowo ośmiu, potem czternastu i wśród dziesiątek skoków udało się odjechać jednemu Portugalczykowi (Rui Lavarinhas). Dziwne tylko, że ekipy takie jak Milaneza-Maia, LA Aluminios-Liberty czy Comunidad Valenciana (dawna Kelme), które miały po dwóch kolarzy w ucieczce tak łatwo oddały ten etap i w ogóle nie zainteresowały się gonieniem Lavarinhasa. Dojechaliśmy z przewagą tylko kilkudziesięciu sekund po ponad 180 kilometrach akcji. Na mecie byłem szósty (piąty z grupki) - o'key. Jutro dzień odpoczynku i od środy się zaczyna druga część wyścigu od razu od ciężkiego etapu z 20-kilometrowym wzniesieniem po drodze i w dodatku z małym podjazdem na metę. Decydującym jednak będzie raczej etap ósmy. Na razie walczę. 10 sierpnia: Nie jest źle, a raczej bardzo dobrze. Widzę, że gdyby nie te problemy na trzecim etapie to mogłoby być nawet trochę lepiej. Ale nie lubię gdybać - po prostu trzeba kręcić dalej i nie poddawać się. Dziś skrócili nam etap bo do premii górskiej dojechaliśmy inną trasą z powodu pożaru okolicznych lasów. W efekcie wjechaliśmy pod Torre od najcięższej strony i dobrze. Dziwi mnie tylko taktyka ekipy Milaneza-Maia. W tym wyścigu jadą praktycznie wyścig na Wladimira Jefemkina (aktualnego lidera z ... Barloworld). Liczyłem na to że od samego dołu gdzie było najciężej pójdą mocno żeby go zgubić a oni nic. Potem tylko "ekko-pół-śmieszny" skok Francisco Pereza na 3 kilometry przed premią górską i nic więcej. Oderwaliśmy się w dziewięciu zostawiając z tyłu lidera oraz (trzeciego w "generalce") Candido Barbosę, ale było oczywiste że nas dojdą bo zjazd był długi. Najwyraźniej Milaneza stawia wszystko na najcięższy sobotni etap. Lekko w każdym bądź razie Portugalczykom wygranie tego wyścigu nie przyjdzie. Czułem się dziś dobrze co tu dużo mówić. Najważniejsze żeby i w sobotę noga była taka jak dziś. Na mecie znów nie zrozumiałem taktyki swych rywali, bo wyglądało jakby ani Milanezie ani L.A.-Liberty nie zależało na zwycięstwie etapowym chociaż byłem pewien, że przy mecie pod górę i z czteroma zawodnikami z przodu Milaneza zrobi wszystko żeby etap przywieźć do domu. Kolejne dwa etapy powinny być dla zawodników z poza czołówki "generalki", którzy pójdą w długi odjazd. Ja w każdym razie sobie tego życzę bo byłyby to dwa dni względnego odpoczynku. Nie oznacza to oczywiście, że w tym czasie stracę koncentrację. 12 sierpnia: Właściwie to nie miałem zamiaru dziś pisać, ale etap był trudniejszy, a zarazem ciekawszy niż przewidywałem. Jedyny, 10-kilometrowy podjazd zaczynał się po 88 kilometrach i pech chciał, że pękła mi przerzutka z przodu właśnie przy tablicy początek podjazdu. Tego samego rodzaju defekt uniemożliwił w tym roku Damiano wygranie Vuelta a Murcia a mi to samo stało się już dwa razy w ubiegłym sezonie. Sam się zastanawiam kiedy mechanicy albo technicy z Campagnolo zrozumieją wady tego sprzętu. W każdym razie wziąłem zaraz rower od Oleksandra Kvachuka i starałem się jechać blisko grupy czekając na mój zapasowy rower. Nasz dyrektor był akurat za kolejną grupką bo już wcześniej się porwało. Moja jazda na rowerze Kvachuka musiała być dość zabawna zważywszy na fakt, że chłopak ma pewnie 190 cm wzrostu. Do siodełka nie dosięgałem. Jak zmieniłem rower, to przez kilka kilometrów dociągał mnie do grupy Simoni. Niesamowite uczucie, Gibo który pracuje dla mnie pod górę. Na finiszu się zagiąłem, było lekko pod górę i wiedziałem że będzie po kostce - nie chciałem głupio stracić cennych sekund. Byle do soboty. 13 sierpnia: Jestem tak zmęczony, że nawet pisać mi się nie chce. Wiem jednak, że dużo ludzi mi dziś kibicowało i o tym też pamiętałem dając z siebie wszystko w portugalskich górach przy ponad 40 stopniach Celcjusza! Pierwszy raz czułem się jak lider ekipy bo i też tak było. Wszyscy dla moich potrzeb koło mnie w razie potrzeby. Myślę, że nie zawiodłem, Czułem się kiepsko cały etap, noga się nie kręciła. Być może była to kwestia głowy tj. nerwów, ale nie było tak dobrze jak na wcześniejszych górskich etapach. Etap ciężki, cztery premie górskie, właściwie bez metra płaskiego i 200 kilometrów dystansu a do tego jeszcze ta temperatura. Pod ostatni podjazd czułem się już dobrze, skoncentrowałem się i zacisnąłem zęby. Chciałem wejść w ta "dychę"! Straciłem jedno miejsce, ale zbliżyłem się do wielu rywali z końcówki pierwszej dziesiątki. Na 2 kilometry do mety byłem jeszcze z czołówką. Na 1500 metrów do mety popuściłem koła, a na 1300 metrów przed kreską jeden z kibiców wszedł na drogę tuż przede mną nie patrząc i przewrócił mnie. Nie podparłem się nogą i wywróciłem się na ziemię. To zawsze wybija z rytmu, strata prędkości, szczególnie w tak ważnym momencie. Przyjechałbym myślę na metę w grupce w której byłem czyli z Klausem-Michaelem Mollerem jakieś 15 sekund wcześniej. Mniejsza o to bez gdybania. Teraz najważniejsza jest czasówka. Jeśli pojadę tak jeździłem tego rodzaju etapy na początku sezonu na Vuelta a Murcia czy Semana Catalana to o "dychę" jestem spokojny. Nie znam co prawda możliwości swych przeciwników, ale jakieś cele trzeba sobie stawiać. Ja żyje już tylko tymi 36 kilometrami poniedziałkowej walki z czasem. A potem w środę mam Coppa Agostoni we Włoszech. Bardzo lubię ten wyścig. Ciężki tj. kończący się na rundach ze stromym podjazdem. Tam jednak wrócę już pewnie do swojej roli "gregario". Zobaczymy - dzięki wielkie za kibicowanie! 17 sierpnia: Siedzę właśnie na lotnisku, wróciłem z wyścigu (Coppa Agostoni) i czekam na kolegę, który ma mnie odebrać. Pojechałem dziś ładny wyścig - przez połowę dystansu uciekałem z Giovannim Viscontim z Domina Vacanze i to w najcięższej jego fazie, na rundach z trudnym 2-kilometrowym podjazdem. Po tych rundach było jednak jeszcze 50 km płaskiego terenu do mety i powoli się wszystko poschodziło tak że w końcu powstała około 50-osobowa grupa. Dalej liczne skoki w wyniku których odjechała grupka 14 ludzi i było po wyścigu! Na ostatniej rundzie w czasie jazdy pod górę ludzie krzyczeli do mnie bym czekał na Damiano! Cóż on ma tam więcej fanów. A dla informacji naszych kibiców na starcie TdP powinien się pojawić lider ProTouru Danilo di Luca. Tak zapewnił mnie dzisiaj jego dyrektor sportowy. Powiedział, że na 100% Danilo pojedzie do Polski. Na krotko wrócę jeszcze do Portugalii. Na koniec wyszła mi czasówka mojego życia. Dobra średnia patrząc na przekrój trasy, mała strata do zwycięzcy. Cieszy mnie to bo oznacza, iż w dobrej kondycji ukończyłem ten wyścig. Poza tym potwierdza się, że w tym roku zdecydowanie polepszyłem swa jazdę na czas. Jedenaste miejsce w klasyfikacji generalnej - wiem że nogę miałem na dużo lepsze. Powiem jednak, że cieszę się z tak przejechanego wyścigu nie mniej niż np. Majka Włoszczowska ze swojego srebra na Mistrzostwach Europy! W końcu ona zawsze wkoło podium się kreci. Vuelta za 10 dni - będę je spędzał spokojnie tj. bez cięższych treningów. 27 sierpnia: I tak zacząłem kolejny Wielki Tour. To już mój siódmy - jak ten czas leci. Męczące były te ostatnie dni przed startem tzn. od środy do dziś. Właściwie mało w tym czasie jeździliśmy, a więcej siedzieliśmy w barze, czas bardzo wolno leciał. Ale tak jest zawsze przed tymi wyścigami. Ostatni ciężki trening przejechałem we wtorek. Trochę mnie tego dnia "Leo" naciągnął. Zrobiliśmy w sumie podczas 6h 30 minut jazdy 4450 metrów przewyższenia, w tym dwa razy San Pellegrino in Alpe podjazd znany z Giro d'Italia. Czuję się dobrze. Właściwie to wróciła mi determinacja i wola walki dziś na starcie. Prolog jak na tego typu etap dość ciężki. Podjazd sztywny od startu zostawał w nogach. Zastanawiałem się nad przełożeniem i w końcu założyłem 41-55 z przodu. Joaquin Rodriguez z Saunier Duval, który na szczycie był trzeci założył małą 50 i z tego wjeżdżał ten podjazd. Uważam, że dla mnie byłoby to za twardo. Muszę być zadowolony, bo nigdy nie pojechałem tak dobrze takiej krótkiej czasówki. Cieszy mnie również fakt, że "Gibo" tak dobrze pojechał bo to oznacza, że jest dobrze przygotowany i ma chęci do walki. Zobaczymy jak będzie, Vuelta jest ciężka i długa. 31 sierpnia: Cztery dni za nami. Właściwie jak dotychczas wyścig przebiega spokojnie. Nie ma oczekiwanego w tych rejonach wiatru, ale za to jest straszny upał. Na drugim i trzecim etapie w termometry pokazywały po 43-45 stopni Celsjusza! W komunikacie po wczorajszym etapie była podana średnia temperatura na nim - 43 stopnie. Na etapie drugim w końcówce był podjazd drugiej kategorii. Nie czułem się dobrze, ale zaczepiony na tyle czołowej grupy jechałem i wjechałbym w niej gdyby nie kraksa na kilometr przed szczytem premii górskiej. Straciłem do czoła grupy i dałem sobie spokój z zaginaniem się. Myślę, że po prostu musiałem się "przepalić", bo cztery dni nic nie robienia to jednak dużo czasu. Najzabawniejsze, że na etapie tym rozmawiałem chwilę z Leonardo Bertagnollim (jeździliśmy razem w Saeco jeszcze przed rokiem), który mi opowiadał, że szykował się na Giro d'Italia ale musiał wycofać się po dziesięciu etapach, potem miał jechać na Tour de France ale był za słaby i dodał jeszcze (żartem), że pewnie tu też przejedzie tylko tydzień i wróci do domu. Ja go zagadnąłem "Powiedz gdzie się podział ten "Berta" z zeszłego roku co wygrywał i walczył w górach?". No i cóż na mecie miałem odpowiedź. W naszej ekipie luz. "Gibo" skoncentrowany i myślę, że mocny. "Patxi" Villa też jest silny. Giosue Bonomi wciąż finiszuje i jest na swoim dobrym poziomie. Podjazd na metę szóstego etapu znam. Ciężko wziąć go z przodu, bo zaczyna się zaraz po zjeździe, który znajduje się z kolei po wcześniejszym szybko pokonywanym podjeździe. Sam w sobie ten finałowy podjazd nie jest ciężki i myślę, że na metę powinna przyjść większa grupka. 3 września: Kapitan Manolo Sainz (menadżer drużyny Liberty Seguros) wita wszystkich na pokładzie samolotu Boeing 767 hiszpańskich linii lotniczych Liberty Airlines. Zachęcam wszystkich do zapięcia pasów bezpieczeństwa i pozostania w nich przez całą długość lotu. Przewidywane silne turbulencje szczególnie w początkowej części podróży (na początku siódmego etapu były 4 premie górskie). Tak sobie wczoraj żartowaliśmy na etapie z Patxi Villą, ale powiem, że bynajmniej nikomu do śmiechu nie było. Jak często w zeszłym roku tak i wczoraj panowie z Liberty zebrali wyzwiska i gwizdy od innych za to jak mocno ciągnęli na tym odcinku. Czasem trochę przeginają, nie zawsze sytuacja wymaga tego żeby tak mocno pracować. Mówiłem dziś "Rybie" że nie potrafią ciągnąć, a on mi na to, że i tak wolno jechali - no pewnie jak ktoś akurat "ma nogę". Dziś też było szybko. Wrócę jeszcze do etapu z metą pod górę (szóstego). Nie spodziewałem się, że tak dobrze mi pójdzie. Bolały mnie cały dzień nogi. Okazało się w końcu, że zacząłem Vueltę mając siodełko o 6 milimetrów za nisko! Nie wiem jak to się stało, ale właśnie ten ból nóg dał mi do myślenia i sprawdziłem. Dyrektor sportowy prosił mnie żebym jutrzejsza czasówkę pojechał spokojnie tj. tracąc około 5 minut. Tak trzeba, bo wtedy będę mógł spróbować zabrać się w odjazd na najbliższych górskich etapach: poniedziałkowym lub wtorkowym. Cholernie trudna sprawa bo wszyscy chcą odjechać i przez godzinę "idzie gaz" i "wyciągarka", więc trzeba się nieźle napocić. Będę jednak próbować. Muszę próbować! 6 września: Doszliśmy do dnia odpoczynku. Dwa etapy pirenejskie za nami. Ciekawie się ta Vuelta zapowiada, zresztą jak zawsze. Proszę zwróćcie uwagę, że jak na mało który wyścig nie jest on do samego końca ułożony. Tak pewnie będzie i w tym roku. Ciężko jest zerwać w górach Denisa Mienszowa, a na czas ten facet jest dużo lepszy od Roberto Herasa. Chciałem dziś spróbować szczęścia w odjeździe. Dobrze jednak, że nie odjechałem bo Liberty Seguros nie chciała puścić nikogo. Swoją drogą jak już sam start jest pod gorę to dla mnie odjechanie jest prawie niemożliwe. Zawsze od startu jedzie mi się ciężko - powiedzmy, że muszę "przepalić się". Dziś na przykład popuszczałem koła pod pierwszy podjazd choć w grupie było jeszcze 80 kolarzy. Jednak generalnie czuje się dobrze. Dziś czułem się świetnie. Męczę się tylko tzn. "ubijam nogę" na niby-płaskim terenie (po włosku "falso piano"). Zresztą nic dziwnego bo ostatnio ważę tylko 55 kilogramów czyli o 4 mniej niż na początku. Pod górę jest w porządku, ale często dojeżdżam do podjazdu z nogą lekko podciętą. Jutro dzień odpoczynku. Wkurzam się bo w dzień odpoczynku zamiast odpoczywać musimy przejechać samochodem aż 500 kilometrów. Na następnych etapach etapy będę próbował szczęścia w jakimś odjeździe, a jak się nie uda to postaram się trzymać tak jak dotąd jak najdłużej z pierwszymi. Brakuje mi powiedzmy niewiele, ale myślę że pierwsza "10" to już całkiem inna historia. Mogę się jeszcze nieco polepszyć, ale ci ludzie z "dychy" są poza moim zasięgiem ... znaczy na Vuelcie i tylko tu! 10 września: Dzień tyci gorszy, ale myślę że się dobrze wybroniłem. Czułem się ekstra cały dzień, zabrakło mi siły pod ostatni podjazd. Cały dzień czułem też głód. Nie ma problemu, siły są te co są. Po 2 tygodniach ścigania nie mogę liczyć na cuda. Gilberto Simoni dziś zaryzykował i pojechał po zwycięstwo etapowe. Jakby posłuchał dyrektora który mówił mu żeby odjechać wcześniej, to może by mu się udało. Tylko że "Gibo" od razu mówił, że w żadne odjazdy od startu się nie pcha. Ja nie czuję się teraz zmęczony. Mięsień na masażu też nie był specjalnie zakwaszony. To dobrze. Teraz jednak bardziej liczy się bardziej koncentracja i nastawienie psychiczne niż stan fizyczny. Wiem, że wiele osób mi kibicuje przed telewizorami. Nie poddam się, ale zdaje sobie sprawę ze sił z każdym etapem będzie coraz mniej. Najlepiej jednak o tym nie myśleć. Najgorsze są początki etapów takie jak dziś czy wczoraj gdy przez godzinę tempo nie schodzi poniżej 60 km/h bo wszyscy chcą odjechać. Właśnie wczoraj przy tym gazie i wspomnianej prędkości na rancie leżał Darek. Jechałem kilka pozycji za nim i powiem szczerze że sam nie wiem jak z tego wyszedłem. Kraksa wyglądała nie najlepiej. Cieszę się, że Darkowi nic się nie stało, ale przez długi czas nie mógł dojść do siebie. Mówił że w nocy prawie nie spał. Myślę, że sprawa zwycięstwa jest już rozstrzygnięta. Mienszow jest mocny, bardzo mocny. Nie wiele zostało gór Herasowi żeby zerwać Denisa. 12 września: Wczoraj właściwie przewróciła nam się generalka. Nie spodziewałem się (jak pewnie każdy), że Heras będzie jeszcze w stanie wygrać ten wyścig. Czapki z głów! Zagranie Liberty Seguros identyczne jak nasze z zeszłorocznego Giro d'Italia z Damiano (na etapie do Falzes). Było czterech ludzi z Liberty w odjeździe, więc Mienszow łatwo mógł się domyślić, że mają jakiś zamiar i powinien skasować czym prędzej ten odjazd, póki jeszcze miał swych ludzi do pomocy. Ja ze swojej strony z dobrych źródeł wiedziałem, że Heras miał zaatakować na ostatnich 4 kilometrach przedostatniego podjazdu. Tam właśnie kiedy z grupy odjechało 10-12 najmocniejszych zawodników, ja zostałem w drugiej grupce tracąc na premii górskiej 15 sekund. Na zjeździe, jak wszyscy wiedzą, walka dopiero się zaczęła. A moja grupka, choć z ludźmi z pierwszej dwudziestki w "generalce" jechała dość spokojnie. Moja strata duża to fakt, ale tylko dlatego, że było w tym momencie aż trzydziestu ludzi w odjeździe. Właśnie, powinienem chociaż starać się odjechać wcześniej. Ludzie, którzy są w podobnej formie czyli: Francisco Lara, Daniel Atienza, Mario Aerts czy Aleksander Botczarow wszyscy byli z przodu. Nie mogę tak się ścigać. Nie mogę czekać aż się ruszą najlepsi, bo efekt będzie zawsze taki sam, czyli zostanę z tylu. Ciężko odjechać, ale muszę próbować bo inaczej na nic te moje treningi, wyrzeczenia. Nie osiągnąłem na Vuelcie tego, na co mnie było stać. Ale Vuelta się jeszcze nie skończyła. Na sto procent będą odjazdy na etapach siedemnastym i osiemnastym. 15 września: Co tu dużo mówić. Dla mnie był to najcięższy etap. Pranie cały dzień. Przy przewyższeniu ponad 3000 m, średnia 43 km/h to dopiero wynik! Od startu próbowałem odjechać i pod pierwszą premię górską nawet byłem w odjeździe osiemnastu kolarzy, ale z jakiegoś dziwnego powodu Liberty Seguros go skasowała. Pod górę nie czułem się źle, to nie był problem. Później od trzeciego podjazdu zaczęła się walka o podium: Garcia Quesada (Carlos), Mancebo i Sastre. W tym momencie do ostatniego podjazdu brakowało jakieś 25-30 kilometrów płaskiego oraz "falso piano" i tam CSC z Liberty ciągnęli cały czas 55-60 km/h. Właśnie w tym miejscu "zostawiłem nogi". Im bliżej podjazdu tym słabszą nogę czułem. Ciężko mi wytrzymać cały etap w takim tempie. Jak się zaczął podjazd nogę miałem już słabą i zabrakło mi sił na walkę. Zdarza się. Hiszpanie są z innej planety, a mi wciąż czegoś brakuje. Nie dużo, ale właśnie to trochę by się pokazać i zająć lepsze miejsce na etapie. Wiem, że Vuelta jak i inne wyścigi, które jeżdżę to ścisła światowa czołówka. Tu proszę mi uwierzyć, nikt nikomu w oczy nie patrzy i z nikim się nie liczy. Jak ktoś poczuje nogę, to atakuje i stara się zerwać innych, odjechać. Jak choćby Mancebo dzisiaj. Powoli, powoli... Nauczyłem się dużo na tej Vuelcie. Czasem brakuje mi jeszcze odpowiedniego nastawienia psychologicznego, ale popracuję i nad tym. 21 września: Czeka mnie jeszcze kilka startów w tym sezonie. Trochę mi się już nic nie chce. Trzy dni przejażdżek za mną. Od jutra zacznę poważniejsze trenowanie. Zuri Metzgete, Giro dell'Emilia, Coppa Sabatini, Giro del Piemonte i Giro di Lombardia to starty, które mnie jeszcze czekają. Podsumowując krótko Vueltę ... właściwie było w porządku. Same podejście do tego wyścigu od początku było z mojej strony raczej swobodne. Myślałem sobie jest "Gibo" (Simoni) i Patxi Vila, którzy celują w cały wyścig, a ja mam im pomóc w górach. Po Pirenejach jednak zauważyłem, że mogę jechać swój wyścig. Na pewno ciągle popełniam te same błędy tzn. zbyt daleko jeżdżę w grupie przez co zaczynam podjazdy z odległego miejsca, za rzadko próbuję odjazdów, nie atakuję z dala od mety i za słabo dbam o rezerwy swych sił w czasie wyścigu. Prawie byłbym skłonny powiedzieć, że Mienszow może uważać się moralnym zwycięzcą Vuelty. Zaskoczył mnie, nie spodziewałem się że tak dobry i będący w formie góral jak Heras może mieć problemy by zerwać go z koła. Liberty Seguros jednak okazało się sprytniejsze a raczej pokazało, że wyścig to nie tylko ostatni podjazd, Manolo Sainz nieźle rozegrał taktycznie ten wyścig wykorzystując przewagę silnej ekipy. Na całym wyścigu jak zawsze na Vuelcie mocni byli przede wszystkim Hiszpanie. Walka trwała cały dzień od startu, na wszystkich podjazdach dnia jak i na mecie. ProTour jednak niewiele zmienił w przypadku Vuelty. To był zawsze ciężki wyścig na dużym poziomie i tak też było w tym roku. Petacchi wykazał się, świetną formą na tydzień przed Mistrzostwami Świata. Pytałem go czy stresuje się przed przyszłą niedzielą i odpowiedział mi, że jest raczej spokojny, chociaż trochę napięcia bierze się z tego, iż dla niego to jednak jedna z niewielu takich okazji. Trasa wyścigu o MŚ myślę, że nie jest zbyt ciężka. Są na niej krótkie podjazdy, ale nie one będą one miały wpływu na selekcje czy ewentualne zmęczenie sprinterów. Sądzę, że łatwiej będzie o jakiś odjazd czy ataki w samej końcówce. Choćby dlatego, że do ostatnich 600 metrów przed meta dojeżdża się 90 km/h gdzie trudno utrzymać grupę jeden za drugim, jakby to widziała "squadra azzura" w przypadku rozprowadzania "Pety". Do tego momentu grupa dojedzie "ławą" co było widać w niedzielę. Potem jest nawrót o 180 stopni i ostatnia prosta lekko pod górę. Ciekawa końcówka dla ludzi typu Paolo Bettini czy Robbie McEwen. A sam fakt mniejszej ilości zawodników na ekipę będzie zmuszał poszczególne państwa do interpretacji na bieżąco sytuacji w wyścigu. Poza Italią mało kto będzie chciał dojechać do mety całą grupą. Na pewno będzie ciekawie. 3 października: Jednak pojechałem Zurych, ale nie dojechałem do mety. Nawet się szczególnie nie zmęczyłem, ale przyszło mi się wycofać na rundę przed finałem. Na trzeciej rundzie od końca na jednym ze zjazdów mocno "zaprali" kolarze Quick Stepu i porobiły się dziury. Zostałem z tyłu przez własną nieuwagę i nigdy już nie doszedłem czołówki. Próbowałem przeskoczyć z kilkoma co bardziej ambitniejszymi jak np. Chris Horner ale wszystko na nic. Cóż na tego rodzaju wyścigach trzeba być wciąż czujnym, to coś czego tak często mi brakuje. Myślę, że po prostu potrzebuje więcej czasu na to by dojrzeć fizycznie do wyścigów klasycznych ... oby to się udało! Jeśli chodzi o Mistrzostwa Świata to sądzę, że na takiej trasie jak w Madrycie "Szczawiu" (Krzysztof Szczawiński) byłby niezły. A co do (przynajmniej części) naszego składu to dziwię się jak można wystawiać zawodników, którym nogi nigdy się tak szybko nie kręciły. Przecież na Mistrzostwach Świata trzeba walczyć z ludźmi, którzy są dla naszych jakby z innej planety. Moje kolejne starty to czwartek (Coppa Sabatini), sobota (Giro dell'Emilia), niedziela (GP Beghelli czyli Milano-Vignola), przyszły czwartek (Giro del Piemonte) i na koniec sezonu w przyszłą sobotę najważniejszy z tych wyścigów Giro di Lombardia. 10 października: Właściwie to niewiele jest do pisania o ostatnich wyścigach. Czuć już w powietrzu koniec sezonu, ale ogólnie chęci do ścigania mi nie brakuje i to pomimo, że mam już w nogach ponad 90 startów. Zależało mi na Giro dell'Emilia bo lubię ten wyścig. Niestety - deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz tak on w tym roku wyglądał choć było dużo cieplej niż w Zurychu. Przemilczę jednak szczegóły mojego występu ... a miało być tak dobrze. W sumie jednak było. Proszę mi uwierzyć, że "Gibo" pod kluczowy podjazd San Luca jeździł jak na motocyklu, atakując za na każdej rundzie i zasłużenie wygrał. Damiano jest obecnie zdecydowanie słabszy, co zresztą było widać dwa dni wcześniej na Coppa Sabatini. Ile się wówczas cała ekipa napracowała, to wiem pewnie tylko ja. Kilka razy kasowałem odjazdy robiąc wszystko żeby Damiano pozostał z przodu. "Martino" miał potem trochę pretensje do niego, że nie powiedział, iż się nie czuje najlepiej tj. "nie jedzie" wyścigu. Widziałem, że Bennati kręcił dobrze, ale zjechał z trasy na 40 kilometrów do mety mając w głowie Paris - Tours. Było tylko sporo śmiechu z naszej jazdy, bo wzięliśmy wyścig w swoje ręce a ostatecznie nikogo z naszych nawet w "20" nie było. Trofeo Beghelli (Milano - Vignola) jechaliśmy raczej treningowo, a to dlatego ze wyścig ten jest generalnie dla sprinterów a my takiego w zespole nie mieliśmy. Kończył się na ośmiu rundach z podjazdem długości 1500 metrów. Na podjeździe zawsze byłem w czołówce, ale na niewiele się to zdało bo na metę przyszła nas grupka około trzydziestu ludzi. Nie finiszowałem, "odbiłem" na 200 metrów do mety. Gratulacje dla "Szczawia" po raz kolejny znalazł się "w dychu". Zostały nam praktycznie dwa starty. Giro del Piemonte w czwartek i Giro di Lombardia w sobotę. Jak będzie w czwartek na starcie będzie Bennati to już wiadomo, że będziemy cały dzień ciągnąć na niego. Wyścig nie jest ciężki i przeważnie kończy się finiszem z kilkunastoosobowej grupki. A na Lombardi to już wiadomo, że pojedziemy na "Gibo". Z tym co pokazał na Giro dell'Emilia może czuć się jednym z faworytów. Zobaczymy. To będzie mój piąty start w Lombardii i jak dotychczas zawsze udawało mi się dojechać do mety. 17 października: Już po Lombardii czyli po sezonie! Moim zdaniem tegoroczna jak i zeszłoroczna trasa była dużo łatwiejsza niż ta przy której wyścig kończył się w Bergamo. Naszym zadaniem na sobotę było aby jak najwięcej naszych zostało po Ghisallo z przodu. Ja tam nawet nie dojechałem. 25 kilometrów przed tym podjazdem, ze zjazdu przy 80 km/h Paride Grillo wcisnął mi się po wewnętrznej i zahaczył o koło Gorazda Stangelja jadącego przede mną. Stracił przez to równowagę i wpadł na krawężnik a ja bezpośrednio na niego. Chłopak powinien się uspokoić bo cały rok widzę jak się zgrywa i zachowuje niczym amator. Sam jak słyszałem wyszedł z tego zdarzenia z pękniętą kością dłoni. Ja zaś konkretnie poobijany no i wiadomo, że w tym momencie wyścigu grupy już nie mogłem dojść. Z obolałymi plecami, zbitym tyłkiem i nogą skończyłem ten sezon. Oby ... bo jestem pierwszym rezerwowym na Japan Cup, choć byłem w ścisłym składzie początkowo, tyle że udało mi się wybłagać "Martino" aby mnie znowu nie skazywał na trzynastogodzinny lot do Japonii i to dwa razy w ciągu pięciu dni dla dokładności. Jeśli upiecze mi się Japonia to w sobotę pojadę jeszcze czasówkę Firenze - Pistoia, ale to już jakby poza sezonem. Sądzę, że w sobotę "Gibo" zrobił co mógł. Bettini był nie do urwania, a tym bardziej do ogrania na finiszu. Czapka z głowy przed Bettinim, ma facet klasę. Proszę pomyśleć, że na odprawie przed wyścigiem "Martino" mówił, że jak będzie szedł gaz pod Ghisallo i zostanie mało ludzi to chce widzieć Bettiniego z tyłu ... a tymczasem to on zrobił selekcję i grał pierwsze skrzypce pod ten podjazd. Damiano natomiast mówił mi, że się nie czuł najlepiej, gdyż jest zmęczony sezonem. Wszyscy w ostatnich dniach mówili tylko o przekręcie z Sony-Ericson. Tak wrobić Giancarlo Ferrettiego wydaje się prawie niemożliwością. Nie tyle chodzi tu o kwestię zaufania pośrednikom ile samego faktu, że kontrakty ze sponsorem były podpisywane z kimś kto się podawał za członka rady nadzorczej Sony Ericsson, a wszystkie podpisy były ponoć sfałszowane. Tak się w peletonie mówi, ale kto wie jak to do końca wyglądało. Ja teraz muszę odpocząć, bo jestem zmęczony. Fizycznie nie czuje tego jeszcze, ale psychicznie tak. Sezon nie był lekki. Przy takim kalendarzu, dużej ilości wyścigów potrzebna jest wciąż duża koncentracja i zaangażowanie. Oprócz fizycznego, duże obciążenie psychiczne. Myślę już o przyszłym sezonie, o tym jak trenować, gdzie się polepszyć, co zmienić. Nowy kontrakt już podpisałem tzn. przedłużyłem umowę z Lampre na kolejny rok. z Lampre. Grupa dotychczasowa, ale rowery będą nowe tj. zamiast Cannondale będziemy jeździć na sprzęcie firmy Willier. Za tydzień na jakiś miesiąc przyjeżdżam do Polski, a potem już od 28 listopada pierwsze trzydniowe zgrupowanie przed kolejnym sezonem. 1 grudnia: O mamo, ale sobie urlop zrobiłem! Był potrzebny, choć teraz już czas od pracy. Praktycznie przez cały miesiąc nic nie robiłem. Żaden rower, żadna siłownia, ani basen czy coś w tym rodzaju. Po prostu pełny odpoczynek. Krotko chcę jeszcze nawiązać do minionego sezonu. Bez większych podsumowań czy analizowania. Pierwsza część sezonu podporządkowana była w 100% startowi Giro d'Italia i nie wyszła kompletnie. Na Giro - z jakich powodów to już bez znaczenia - nie kręciłem w ogóle. Przyznam, że uratowałem się jakoś drugą częścią sezonu, choć zabrakło zawsze to małe coś aby zrobić konkretny wynik. Czternaste miejsce w Austrii, jedenaste w Brixia Tour oraz w Volta ao Portugal, poza tym długi czas byłem w "20" a na koniec 23. w Vuelta a Espana. To dobre wyniki, ale żadne wielkie rezultaty, którymi można by się szczycić. Wszystkie doświadczenia minionego sezonu mają mnie wzbogacić i posłużyć do bycia lepszym w następnym sezonie, już szóstym w zawodowym peletonie. Czas leci, kto by pomyślał. Zmienię sposób trenowania i przygotowywania się. Będę trenował mniej więcej tak jak w drugiej części tego sezonu. Bez wnikania w szczegóły, bo są to rzeczy do śledzenia i wprowadzania w życie na bieżąco, będę mniej jeździł w górach. Skoncentruje się jeszcze bardziej na jakości treningu, ale nie zmniejszając jego długości. Chęć bycia lepszym i dążenie do doskonałości to jest najważniejsze. To tyle w tej części mojej rozprawki i pomyśleć że wszystkie wypracowania w szkole pisała mi siostra, a teraz tyle mam sił do rozpisywania się! Jestem od wczoraj na pierwszym, czysto organizacyjnym zgrupowaniu mojej ekipy. Badania lekarskie, badania krwi, przymierzalnia nowych rzeczy tych kolarskich jak i pozostałych, nowe buty (Specialized), kaski i okulary, programy indywidualne wyścigów, odprawy z lekarzami, z dyrektorami sportowymi, w tym z Giuseppe Saronnim. Dwa dni zleciały na takich sprawach. Rano przejechałem się dwie godziny. Jutro myślę, że zgodnie z moim planem pójdę na siłownie bo i taką tu mamy możliwość. Drużyna jest mocna i powinna być zgrana. "Martino" mówi, że mu się bardzo grupa podoba. Mój plan na przyszły sezon jest tradycyjny, podobny do tegorocznego, chociaż nawet jeszcze bliższy temu z 2004 roku tzn. w pierwszej części sezonu przede wszystkim liczy się Giro, zaś przed nim czeka mnie: Murcia, Coppi-Bartali, Pais Vasco, Trentino oraz Romandia. Może być. Teraz tylko ciężka praca i trochę więcej wiary we własne możliwości, a będzie dobrze.
|