PAMIĘTNIK ZAWODOWCA:


Sylwester SZMYD (Lampre-Fondital)

Data urodzenia: 2 marca 1978 roku
Miejsce urodzenia: Bydgoszcz
Miejsce zamieszkania: Montignoso di Massa (Toskania)
Wzrost: 179 cm
Waga: 60 kg
Tętno spoczynkowe: 48 bpm
Początek treningów: rok 1988
Początek kariery zawodowej: sezon 2001
Hobby: komputer

Przebieg kariery zawodowej:
2001 (Tacconi Sport-Vini Caldirola):
6. TOUR DE POLOGNE {kategoria 2.3}
9. GP Llodio {kat. 1.4}
16. Tour de Luxembourg {kat. 2.2}
2002 (Tacconi Sport-Emmegi):
3. Trofeo Immobiliare Italia di Fred Mengoni {kat. 1.3}
29. VUELTA a ESPANA {kat. GT = Wielkie Toury}
44. GIRO d'ITALIA {kat. GT}
2003 (Mercatone Uno-Scanavino):
8. Giro del Trentino {kat. 2.2}
14. Giro dell'Appennino (kat. 1.2}
20. GP Industria e Commercio di Prato (kat. 1.2}
24. GIRO d'ITALIA {kat. GT}
2004 (Saeco):
2. GP Schwarzwald {kat. 1.3}
4. Japan Cup {kat. 1.3}
12. Vuelta a Aragon {kat. 2.2}
13. TOUR de ROMANDIE {kat. 2.HC = najwyższa}
43. GIRO d'ITALIA {kat. GT}
74. VUELTA a ESPANA {kat. GT}
* Dużymi literami wyścigi od tego roku zaliczane do Pro Touru.
2005 (Lampre-Caffita):
19. Vuelta a Murcia (kat. 2.1)
21. Semana Catalana (kat. 2.HC)
40. Giro della Provincia di Reggio Calabria (kat. 1.1)
73. VUELTA AL PAIS VASCO (kat. PT)
81. Klasika Primavera (kat. 1.1)
60. FLECHE WALLONNE (kat. PT)
84. LIEGE-BASTOGNE-LIEGE (kat. PT)
7. GP Industria e Artigianato (kat. 1.1)
64. GIRO d'ITALIA (kat. PT)
14. Osterreich Rundfahrt (kat. 2.1)
11. Brixia Tour (kat. 2.1)
11. Volta ao Portugal (kat. 2.HC)
24. VUELTA A ESPANA (kat. PT)
29. GP Beghelli Milano-Vignola (kat. 1.1)
62. Giro del Piemonte (kat. 1.HC)
17. Firenze-Pistoia ITT (kat. 1.1)
2006 (Lampre-Fondital):
75. GP Costa degli Etruschi (kat. 1.1)
23. Clasica de Almeria (kat. 1.1)
16. Vuelta a Murcia (kat. 2.1)
9. Settimana Coppi e Bartali (kat. 2.1)
40. Giro d'Oro (kat. 1.1)
6. Giro del Trentino (kat. 2.1)
10*. TOUR de ROMANDIE (kat. PT)
19*. GIRO d'ITALIA (kat. PT)
38. CRITERIUM du DAUPHINE LIBERE (kat. PT)
38. Volta ao Portugal (kat. 2.HC)
14*. VUELTA a ESPANA (kat. PT)
43. ZURI METZGETE (kat. PT)
34. Giro dell'Emilia (kat. 1.HC)
67. GP Beghelli / Milano-Vignola (kat. 1.1)
83. Giro del Piemonte (kat. 1.HC)
38. GIRO di LOMBARDIA (kat. PT)
5. Japan Cup (kat. 1.1)
2007 (Lampre-Fondital):
53. Vuelta a Murcia (kat. 2.1)
13. Settimana Coppi e Bartali (kat. 2.1)
2. Settimana Ciclistica Lombarda (kat. 2.1)
87. LIEGE-BASTOGNE-LIEGE (kat. PT)
9*. TOUR DE ROMANDIE (kat. PT)
28. GIRO D'ITALIA (kat. PT)
2. CRITERIUM du DAUPHINE LIBERE - 4 etap (kat. PT)
45. Volta ao Portugal (kat. 2.HC)
25. VUELTA A ESPANA (kat. PT)
43. Memorial Cimurri (kat. 1.1)
45. Coppa Sabatini (kat. 1.1)
7. Giro dell'Emilia (kat. 1.HC)
17. GIRO DI LOMBARDIA (kat. PT)
2008 (Lampre):
9. Settimana Coppi e Bartali (kat. 2.1)
8. Giro del Trentino (kat. 2.1)
11. TOUR DE ROMANDIE (kat. PT)
23. GIRO D'ITALIA (kat. 2.HC)
8. CRITERIUM du DAUPHINE LIBERE (kat. PT)
27. TOUR DE FRANCE (kat. 2.WC)
5. Giro dell'Appennino (kat. 1.1)
70. DEUTSCHLAND TOUR (kat. PT)
26. TOUR de POLOGNE (kat. PT)
31. Giro del Lazio (1.HC)
24. Giro dell'Emilia (kat. 1.HC)
24. GIRO DI LOMBARDIA (kat. 1.WC)
2009 (Liquigas):
25. Settimana Coppi e Bartali (kat. 2.1)
12. Giro del Trentino (kat. 2.1)

Sezon 2005

Sezon 2006

Sezon 2007


25 stycznia: Cytat tygodnia z Tomka Marczyńskiego: "Zauroczony pięknym słoneczkiem nawet się nie obejrzałem jak na swoim polarze ujrzałem 6 godzin!" Ja z kolei w toskańskim słońcu, podziwiając piękno tego regionu nie zauważyłem kiedy mi się zaczął 30-sty rok życia ;-) Właśnie - czas leci, tym bardziej trzeba każdy wyścig wykorzystać. Bo teraz to mi raczej bliżej końca niż początku kariery, a najlepszym razie to może w jestem w jej połowie. Doświadczenie jest, dojrzałość fizyczna też, motywacji nie brakuje, może być tylko lepiej. Trenujemy tu na zgrupowaniu w ośmiu, nie czuje się znakomicie, ale nie jest najgorzej. Myślę, że w sam raz tak jak powinno być na dzień dzisiejszy.


29 stycznia: Nieporozumienie. Brak mi słów. Po raz kolejny tylko dlatego, że realizuje swoją pasje i ścigam się na rowerze, muszę czuć się jak złoczyńca czy ktoś całkowicie pozbawiony praw. Bowiem jak inaczej nazwać fakt, że w dniu wczorajszym pojawili się u nas ludzie z CONI (Włoski Komitet Olimpijski) i to krótko przed północą. O tej porze zaczęli kontrolę antydopingową czyli badanie moczu i krwi całej drużyny. Pomijam fakt, że pobieranie krwi odbywało się na szafce w pokoju hotelowym. Ważniejsze, że ostatni z nas skończył kontrole o 03:37!!! Nie muszę wspominać, że odpoczynek jest częścią naszej pracy. Nikogo to nie obchodzi, a wczoraj dla przykładu byliśmy na treningu o długości ponad 210 kilometrów. Na nic - praca jak w błoto wyrzucona.

Nie skończy się to nigdy. Ktoś się chyba dobrze bawi, a my kolarze nie mamy żadnej siły. Nie mamy nikogo kto by bronił naszych praw. Owszem można robić kontrolę, nawet 10 razy częściej niż jakimkolwiek innym sportowcom, ale tu już chyba przesadzamy. I niech znów ktoś mi tu nie krzyczy, że w naszym sporcie jest najwięcej afer. Po raz kolejny powtarzam, że innym sportowcom nie robi się kontroli w domach, między zawodami, testów na EPO, GH czy transfuzje krwi. Testy te kosztują tysiące Euro i MY za nie płacimy. Jest oczywiste, że jeśli inni nie są tak dokładnie badani to nie mogą być pozytywni albo przynajmniej jest mniejsze prawdopodobieństwo wykrycia czegoś u nich. Przy tym wszystkim nie chce mi się nawet pisać o treningach i atmosferze w ekipie. To żałosne co musimy przechodzić i na co się godzić.


31 stycznia: Dalej ktoś chce światu udowodnić, że kolarze to pod-rasa do wytępienia. W dzisiejszej "La Gazzetta dello Sport" CONI sugeruje nawet 3 miesięczną dyskwalifikacje za to że ... byliśmy w restauracji na kolacji. A to nie zostało umieszczone w naszym formularzu o miejscu gdzie jesteśmy. Więcej, że właśnie w tych godzinach robi się transfuzje i my mogliśmy pojechać żeby taką praktykę przeprowadzić.

Nikt nie mówi zaś o tym, że ani w recepcji nas nie szukano przed 23:10, ani też przez telefon do któregokolwiek z dyrektorów lub zawodników nie zadzwoniono. Pierwszy telefon, który do nas dotarł był już po powrocie do hotelu o 23:19. Nasz dyrektor sportowy dostał wiadomość od dyrekcji hotelu z informacja o kontroli. Swoją drogą ten dyrektor hotelu ma zamiar podać panów kontrolerów do Sądu za wtargnięcie na teren prywatny.

CONI broni się zaś twierdząc, że ludzie którzy mieli przeprowadzić kontrole byli u nas o 22:00, a nas w hotelu nie było. Jak pisałem wtedy nas nie szukali, nigdzie nie dzwonili. Zresztą to akurat bujda, bo my zrobiliśmy zdjęcie pisma (zlecenia kontroli), w którym było napisane że kontrolerzy mają przeprowadzić swe czynności po godzinie 23:00 !!! Paranoja. Nasi adwokaci ponoć już pracują. Di Rocco (prezes FCI - Włoskiej Federacji Kolarskiej) wybierał się dziś do Rzymu na wizytę w CONI. Tymczasem wielki Ettore Torri bawi się dalej.


10 lutego: Tydzień między zgrupowaniami minął raczej spokojnie. Kilka dni pracy. Zdecydowanie więcej odpoczynku. Nawet dni bez wsiadania na rower. Jednak najdłuższy mój trening to ponad 7 godzin i blisko 4500 metrów w górę. Od dzisiejszego wieczora kolejne, tygodniowe zgrupowanie. Dwa dni temu polatałem sobie samolotem. Bez instruktora, ale za to z pilotem - doktorem Cecchinim. Już jakiś czas mnie zapraszał na wspólne latanie jakbym miał ochotę. A przy okazji był czas na rozwianie kilku wątpliwości dotyczących mojej pracy i treningów. Nie wiem jak z moimi pierwszymi startami, ale wszystko powinno się wyjaśnić tu na zgrupowaniu.


18 lutego: W tym roku zacznę sezon później niż zwykle. Zanim to się stanie dam jeszcze radę wpaść do Polski na jakiś tydzień. Natomiast ścigać się zacznę dopiero pod koniec marca, po Wielkanocy. Jeśli ostatecznie pojadę Giro d'Italia to bardzo mało będę miał przed tym wyścigiem startów. Jeśli tym razem Giro ominę to zacznę zwiększać liczbę startów im bliżej Touru. Pojawię się wtedy głównie na imprezach z Pro Touru czyli Romandia, Catalunya i Dauphine. Potem oczywiście Tour de France, a dalej Pekin i Vuelta. Po Hiszpanii cała reszta sezonu jak co roku czyli przez Emilię do Lombardii. Tak więc nie spieszy mi się jeszcze łapaniem kondycji. Chociaż swoją drogą widząc, że teraz wszyscy w drużynie testy robią u tego samego trenera mam dobre porównanie. Okazuje się bowiem przy tej okazji, że drugi rok z rzędu mam najlepsze wyniki z całej ekipy ...


27 marca: Ciao. I znów numer na plecy. Jestem o rok starszy, z pewnością bardziej doświadczony i pewniejszy siebie. Ostatnie treningi były super. Pojeździłem spokojniej niż zwykle, bez pracy na 100%. Przyznam że pierwszy start po pięciu miesiącach jest wyjątkowo trudny, ale jak widać po wynikach nie jest tragicznie.

Najważniejsze są jednak odczucia, a te jednak nie są najlepsze. Wciąż jedzie się ciężko i wydaje się że ledwo jadę z najlepszymi. Biorąc pod uwagę że mam takie właśnie, właściwe dla tej pory roku odczucia to pozytywnym zaskoczeniem jest fakt, iż mimo wszystko jestem z przodu. Każdy kolejny etap to podnoszenie mojego "progu bólu". Dziś było jeszcze ciężej ale myślę że przyczyniła się do tego również pogoda i temperatura, która miejscami dochodziła do 2 stopni Celsjusza.

W sobotę będzie znów ciężko w końcówce, ale pojadę żeby się jakoś wybronić. Ten start jako całość i tak oceniam jako pozytywny sprawdzian i test wykonanej do dziś pracy. No i przede wszystkim super trening przed Trentino, Romandią i dalszą częścią sezonu.


31 marca: Pierwszy start już za mną. A jak pójdzie wszystko zgodnie z planem to jeszcze tylko dwie krótkie etapówki mnie czekają przed wielkim GIRO. Jeszcze dwa lata temu stresowałbym się, że tak mało się ścigam. Jednak teraz widzę, że potrafię się dobrze przygotować również w domu. Brakuje mi oczywiście jeszcze szybkości i przyzwyczajenia do tempa wyścigu, odporności na zmiany rytmu etc.

Dlatego też tak sobie myślę o "Rybie", że będzie mu pewnie ciężko na Bergamasce. Jest mocny, solidnie tu trenował przez ostatni miesiąc. Niemniej był przez 18miesiecy z dala od wyścigów co może mu przysporzyć wiele problemów, zwłaszcza na płaskich etapach i szybkich dojazdach do gór.

Pozostali Polacy z którymi się w zeszłym tygodniu ścigałem wciąż w zasadzie tak jak ja trenują. No może poza Przemkiem Niemcem, który jest już dalej w rytmie wyścigowym i praktycznie poza ostatnim etapem był zawsze w czołówce. Ale sezon jest długi.

Moją formę oceniam jak poprzednim razem czyli dobra w sam raz na ten czas. Dużo czasu mi jednak nie zostało, Na Trentino chciałbym już być w stanie nawiązać walkę z czołówka, zaś na Romandii, jak zawsze na mojej Romandii - gonić za marzeniami czyli zwycięstwem etapowym i podium w generalce.

Start w Giro jest coraz bardziej prawdopodobny. Niemniej pozostaje do rozwiązania kwestia jak drużyna pod nieobecność Cunego będzie ustawiona na tym wyścigu i z jakimi ambicjami w nim wystartujemy.


13 kwietnia: Dwa ostatnie wielkie wyścigi przebiegły mniej więcej zgodnie z przewidywaniami. Po pierwszym etapie Basków nie miałem już większych wątpliwości, że zdeterminowany Contador wygra całość. Tak samo dziś w Roubaix na metę przyjechali sami faworyci i wygrał najszybszy z nich.

Od przyszłej niedzieli i ja zacznę się powoli ścigać. Po kolei Giro d'Oro, Trentino i Romandia. Ponadto już praktycznie pewne Giro d'Italia. Czyli wyjadę z domu na półtora miesiąca. Myślę, że nogę mam dobrą, ale sam nie wiem co z tego wyjdzie. Trenuje w tym roku inaczej. Spokojniej jak już pisałem tzn. koncentrując się bardziej na jakości pracy i jeżdżąc na 80% swego maksimum.

Przyznam, że ciężko mijają ostatnie dni, przyzwyczaiłem się już że ktoś jest u mnie w domu. Najpierw był "Ryba". Potem cały czas w okolicy był "Goły", a tu nagle nikogo. Do tego jeszcze niepewna pogoda. Raz ładna, raz gorsza ... byle do Giro. Będę chciał powalczyć na Trentino. Zakładam walkę o czołową "5-tkę". Jednak jest płaska czasówka na sam początek i boje się ż słabszy w niej wynik może mieć duży wpływ na generalkę. Potem Romandia wiadomo. Moje myśli są już na niej skoncentrowane, ale niestety trasa na dzień dzisiejszy nic mi nie mówi.

Co do wielkiego Giro natomiast. Pojadę, bez większych założeń. Jako wolny strzelec. Taki czarny koń drużyny razem z Patxi Villą jak mówi nasz dyrektor. Jak nie będziemy wysoko to ewentualnie przydamy się do pomocy w trzecim tygodniu dla Marzio Bruseghina.


26 kwietnia: Na Trentino ze swojego założenie czyli skończenia tego wyścigu w generalnej "piątce" powiedzmy, że teoretycznie się wywiązałem. Zdecydowanie jednak brakowało mi konkretnego etapu czyli takiego z metą pod ciężką górę. Zawsze dojeżdżałem z najlepszymi i tylko ta czasówka nieco mi zepsuła wynik końcowy. Właśnie ona sfałszowała bo tak trzeba powiedzieć klasyfikację generalną. Zawodnicy, którzy startowali w pierwszej godzinie wyścigu praktycznie nie mieli wiatru na trasie. Potem zaczął on mocno wiać w twarz i kolejni startujący nie mogli nawiązać walki z tymi pierwszymi. Co widać zresztą po wynikach czasowki. Nagle Zagorodny na 10 km bije o 22 sekundy Savoldelliego, czy też mikrus Pozzovivo, który puszcza koła na płaskim i to w grupie, tu nagle jedzie lepiej niż Bruseghin. Ale tak bywa na wyścigu. Jak przegrałem z Marzio jakieś 15 sekund co uważam za swój niezły występ.

Trochę ciężej mi szło na trzecim etapie pod górę, ale już całkiem super na ostatnim etapie gdzie jednak prawdziwego podjazdu było tylko od 3 kilometrów przed metą. Wcześniej "szła" cała grupa. Teraz spokojnie odpoczywam następne 3 dni i jadę pewny o swoja formę na Romandię, której właściwie w tym roku nie znam. Inny prolog, inna czasówka i najcięższy (sobotni) etap też mi niewiele mówi. Jedyne co będzie pewne to przeciwnicy, bez niespodzianek jak na Trentino.


6 maja: Tour de Romandie to mój coroczny ważny cel w sezonie. Jak wiadomo każdemu, w tym roku znów zająłem miejsce w "swoich stałych okolicach" czyli koło dziesiątej pozycji. Przyznam jednak, że zabrakło mi terenu do konkretnej konfrontacji i ewentualnej walki o wyższą pozycję. Na pierwszym etapie pod ostatnią górę zostało nas tylko ośmiu z przodu, ale potem i tak wszystko się zeszło. Potem czasówka ułożyła generalkę, która niewiele zmieniła się na najcięższym, sobotnim i jedynym górskim etapie. Tam tez w końcówce miałem problemy ze skurczami i stad moja mała strata na ostatnich 600 metrach etapu.

Cieszę się jednak mimo wszystko, bo kondycja jest dobra, a brakuje mi jedynie odpowiednich wyścigów. Nastawienie do Giro d'Italia mam jak zawsze bojowe, ale co roku różnie to ze mną na tym wyścigu bywało. Przyznam, że znów jestem pełen wiary, że będzie dobrze pod górę, a nie jak co roku. Wierzę, że będę widoczny i będę w stanie nawiązać walkę z najlepszymi. Trzeci tydzień będzie bardzo ciężki, tak więc nawet nie myślę na razie o generalce. Dobre w niej miejsce może być po prostu konsekwencją dobrej jazdy w górach, a nie walki o 15 czy 30 sekund na końcówkach płaskich etapów.


13 maja: Giro d'ITALIA. Nie spodziewałem, się że startując z Sycylii i dalej jadąc do Reggio di Calabria codziennie będzie raczej zimno i dostaniemy zawsze trochę deszczu. Mi to nie sprzyja na razie męczy mnie wciąż katar od Romanii. Zeby się go pozbyć potrzebuje trochę cieplejszych dni. Drugi etap to była cholernie szybka końcówka. Zacząłem podjazd z tyłu i gdzie byłem praktycznie zostałem. Niemożliwym było dojść czuba, bo i oni jechali już na maxa. Jutro może być podobna końcówka a i ja będę musiał walczyć o miejsce.

Trochę dzikie to Giro. Wczorajsza końcówka była niebezpieczna: dziurawe i śliskie drogi, a do tego przejazdy po etapie. Po drugim etapie skończyłem masaż o 23:50 po dojeździe do hotelu blisko 200-kilometrowym. Wczoraj byliśmy w hotelu o 22:40 i nikt już nawet nie myślał o masażu. Tylko kolacja i spać, bo i sam etap miał blisko 230 kilometrów. Dziś za to kolejne 190 km po etapie. To wszystko jest mało zabawne biorąc pod uwagę, że Zommegnan na prezentacji Giro mówił, że będzie to wyścig w zasięgu i z myślą o każdym kolarzu czyli krótkie przejazdy i mniej gór ;-)

Mamo, przecież z ważnych gór chyba ani jednej nie pominiemy, będą bodaj wszystkie podjazdy, które przejechałem przez sześć lat startów w Giro pojadę teraz w tym jednym roku!!! Nie narzekam, bo setki jak nie tysiące ludzi chciałoby być na moim miejscu, ale całe to Giro od początku jest tylko kolejnym przykładem, że nikt z władz i organizatorów w ogóle już się z kolarzami nie liczy. Bynajmniej nie jestem jedynym co tak uważa. Już pozbawili nas praw do prywatności, osobistego życia, a potem jeszcze przy wykonywaniu pracy wcale nie pamiętają, że to właśnie odpowiedni odpoczynek jest najważniejszą częścią sukcesu na tak długim i ciężkim wyścigu!!!


14 maja: Piąty etap tak jak po cichu podejrzewałem nadawał się na skuteczny odjazd. Niemniej wydawało mi się, że nie takie intencje miały drużyny Danilo Di Luki czy Paolo Bettiniego. Jednak pomyliły się one trochę w swoich obliczeniach i ostatecznie zabrakło im kilka kilometrów żeby dojść uciekinierów. Dla mnie był to spokojny etap. Znów było raczej zimno niż ciepło i jak już przywykłem opady deszczu, które po raz kolejny uczyniły końcówkę etapu niebezpieczną. Jutro będziemy mieli jednak 35 kilometrów mniej niż zapowiadano. Myślę, że znów pójdzie odjazd, bo ciężko kontrolować etap przez całe 230 kilometrów.


15 maja: No tak. Oprócz nóg to jeszcze i szczęście jest potrzebne. A dziś sam nie wiem czego bardziej uciekinierzy potrzebowali. Fakt faktem mamy zmianę lidera i zanim ktoś z prawdziwych faworytów ubierze różowy koszul to jak myślę minie dużo etapów.

Po 90 kilometrach etapu, gdzie nie było ani metra płaskiego i po jednej premii górskiej mieliśmy średnią prędkość 49,3 km/h czyli ostra jazda od samego startu. Później uważam, że ani Liquigas ani też LPR nie miały już dość sił żeby ten odjazd skasować i osobiście nie wierzę w wypowiedzi Pellizottiego ze oddali koszul lidera. Tak to od środka bynajmniej nie wyglądało.

W końcówce tzn. na 500 metrów przed metą znalazłem się w grupce ludzi zatrzymanych przez motor. Doszedłem koniec wcześniejszej grupy, ale ktoś odpuścił na ostatnich metrach i nie udało mi się już przejść do liderów. Te parę sekund od jutra i tak nie będą miały już większego znaczenia.

Nie czuje się jakby znakomicie, ale wierzę że jak się zaczną długie podjazdy to odżyję. Będę chciał spróbować zabrać się jutro w odjazd od startu. Jeśli będzie ciężko pod górę, a na to wygląda że tak może być to nie sądzę aby Quick Step był w stanie kontrolować pierwsze odjazdy pod górę. Najważniejsze dla mnie to nie zgubić koła "Purito" (Joaquina Rodrigueza) i będzie dobrze.


16 maja: Dzisiaj zgodnie z planem od początku, ale nie do końca. Na odprawie zadanie dla Spilaka i dla mnie było takie, że jeśli pojedzie odjazd więcej niż 12-15 ludzi to mamy się do niego zabrać. Pojechało aż 38 ludzi i wtedy "zaczęły się schody" czyli skoki, skoki i jeszcze raz skoki aż odjechał najpierw czterech, a potem jeszcze trzech. Trzeba było mieć szczęście żeby być w tej "7" i byłoby lepiej na mecie.

Noga nie była zła, ale niestety współpraca się nie układała i gdy zostało nas sześciu po przedostatnim podjeździe to peleton czy raczej to co z niego zostało (około 40 ludzi) naszedł nas na 20 kilometrów do mety. Potem już tylko musiałem się jak najlepiej wybronić, a noga do najświeższych nie należała. Wkurza mnie to, że znów znalazłem ludzi co bardziej ściemniali niż ciągnęli, bo inaczej nie stracilibyśmy na 25 kilometrach płaskiego do tej czołowej piątki prawie dwóch minut, prawda? No ale nic. Giro d'Italia się nie kończy, a ja mam zamiar do wtorku odpocząć na ile się da.


17 maja: Niestety dziś spokojnie nie było. Nie dali mi odpocząć. Znów start z siodełkiem wiadomo gdzie i tak przez cały etap. Trochę odczuwałem wczorajszy odjazd, ale nie było tak tragicznie. Jak zawsze nie udało mi się wziąć podjazdu z przodu i zrobiłem sobie prawie 5-kilometrwoy finisz przechodząc wszystkich, którzy "strzelali" i starałem się utrzymać na końcu grupki. Na 700 metrów "przed kreską" i mi sił zabrakło, ale spokojnie nie o to chodzi. Pewnie jak miałbym się liczyć w "generalce" to inaczej bym do tematu podszedł, ale zbyt dużo jest tu kraks i boje się żeby gdzieś tam głupio na asfalcie nie zostać. Jak dla przykładu Contador, który dziś wywrócił się w połowie etapu i to obok mnie, tak że sam nie wiem jak sam tego uniknąłem.

Jutro znów nerwowa koncówka. Chociaż może na wykresie tego nie widać, ale znam te drogi bo jeździmy tam na zgrupowania. A potem odpoczynek, w sumie dwa dni bo na czas nie mam zamiaru się wypruwać. Uważam, że nie ma to sensu przed tym co nas czeka w trzecim tygodniu. Ekipa z Saronnim na czele była zadowolona z mojej wczorajszej postawy. O to im właśnie im chodzi, żebym Giro w ten właśnie sposób jechał czyli ryzykował, próbował, odjeżdżał gdzie tylko będzie cięższy teren i cień szansy na sukces.


20 maja: Tak jak można było przypuszczać...una tappa di merda! Od startu mnóstwo skoków, odjazd, później ulewa, mgła, zimno, niebezpieczne zjazdy, dużo upadków..., a ja sam często nie wiedziałem, gdzie jestem. Czułem się dobrze, ale jakoś sobie ciężko radziłem na tej trasie, a poza tym byłem spokojny, że i tak mniejsza grupka niż 30-40 nie przyjedzie na metę, a tam powinienem być. Kątem oka na ostatnich sztywnych hopkach szukałem zawsze Jensa Voigta, tylko jak wypłaszczalo, to chłopak dociągał tych co mu na kole byli w stanie usiedzieć. Zgubilem się tylko pod Monte Carpegna wziętą całkiem z tyłu, troche z zimna, trochę przez to, żeby nie odpuścić worka z jedzeniem na bufecie.

Leo mówił mi, że myślał, że już nie wstanie i obawia się, że odbije się ta kraksa na przyszłych etapach. Ale on ma to do siebie, że wciąż marudzi i płacze, a potem i tak jest mocny. Tak więc bez obawy. Wierzę w dwa dni odpoczynku, a potem góry do nieba.


22 maja: Aktywny dzień odpoczynku, dosłownie i do końca dzięki rozsądkowi sędziego głównego i organizatora, którzy zatrzymali czas na 3 km do mety. Coś o czym w grupie od lat się mówi, że powinno być tak zawsze na etapach stricte dla sprinterów; bezpieczniej, a pewnie i ciekawiej, bo sami sprinterzy i ich grupy rozgrywają finisz.

A jak zawsze ścigając się nie zapominam o wielu kibicach, którzy mnie wspierają, niektórzy piszą, i wszystkim bardzo dziekuję. A dziś w szczególności jednemu z nich z Kielc, który po raz kolejny pojawił się na trasie Wielkiego Touru z flaga biało czerwoną zapowiadając, że jak pojadę TdF w tym roku, to też tam będzie! Miło zawsze spotkać rodaków na trasie Giro. Lorenzetto na szczęście tylko poobdzierany, mocno, ale bez złamań. Benna już trzeci jak przeczuwałem, a jak będzie czwarty, to też pewnie nic się nie stanie.


24 maja: Dzisiaj czułem się znakomicie, choć wynik ostatecznie nie wyszedł jakiś rewelacyjny. Od startu próbowałem się zabrać w odjazd. Kilka razy skakałem, ale musiałem w pewnym momencie odpuścić by złapać oddech i wtedy uformowała się ucieczka. Niestety nie znałem wcześniej podjazdu pod Cerro Veronese (góry Damiano), na której miały miejsce te wszystkie skoki. Potem jechałem już cały czas obok Marzio. Czułem się świetnie, oddychałem spokojnie. Marzio nawet pół żartem-pół serio na ostatnim wzniesieniu powiedział do mnie, że się chyba czuję się lepiej od niego.

Niestety w samej końcówce sił mi zabrakło. Nie chodzi o brak wytrzymałości czy nawet siły, lecz o fakt iż na takiej stromiźnie musiałem już przepychać najlżejsze przełożenie i wypadłem ze swojego rytmu tzn. właściwej kadencji. Niestety w naszej ekipie na skutek wpadki Campagnolo, kompakt ma tylko Bruseghin, ja zaś jechałem na przełożeniu 39x26 czy potem nawet sztywniej - przyznam, że nie sprawdzałem co mi dali po defekcie na 5 km przed szczytem Manghen. Tymczasem jestem zaś pośród górali chyba jednym z najbardziej miękko kręcących kolarzy.

Jutro mam wolną rękę i od startu spróbuję zabrać się w odjazd. Mam nadzieję, że tym razem będę miał więcej szczęścia. Biorąc pod uwagę stromiznę podjazdów pod Giau i Marmoladę zakładam kasetę z 27 zębami. Z przodu niestety nadal będę skazany na małą tarczę 39. Dwa górskie etapy za nami i przyznam, że chyba nigdy się tak na Giro dobrze nie czułem jak w tym roku..., inaczej, tak dobrze mi się nie jechało. Wczoraj super do 3 km przed metą, a jak się zrobiło ciężej i nie mogłem utrzymać już wysokiej kadencji, to i nie utrzymałem pierwszej grupki. Mój odwieczny problem na wyścigu to, że jak idzie mocno, jak jest sztywno, to mam problemy. Podobnie i dzisiaj, pod Giau wjechałem praktycznie z nimi, później dużo pracy dla Marzio i stąd może i w końcówce trochę zabrakło, ale spokój! Widoczny byłem, wszyscy zadowoleni, a i ja w sumie w 100% wykonuję pracę dla której zostałem na Giro zabrany.

Nie tylko jestem tu pomocnikiem przyklejonym do lidera, bo mam wolną rekę od startu. Wczoraj kilka skoków i zabrakło mi w tym właściwym momencie, dzisiaj, pomijając parę z sella-baliani, pozostali odjechali ze zjazdu, a to już nie jest mój najmocniejszy punkt. Jutro również będzie ciężko ale i ciekawie.


26 maja: Powiem, że założylem sobie przed startem jako satysfakcjonujące miejsce w 15-tce, no i przyznam, że i tak jestem bardzo zadowolony. Większe straty od najlepszych na tegorocznym Giro, ale już blisko, albo lepiej od wielu dobrych kolarzy, górali. Po dzisiejszym etapie, jak po Col delle Finestre, Zoncolan, mogę powiedzieć, że też tu byłem.

Spektakl niesamowity, tłumy ludzi i coś więcej. Dzięki Marzio, no i mojej z nim jeździe w górach. Przy Marzio setki jego kibiców dzisiaj i mi kibicowało na trasie - bardzo miło. Zresztą i Polaków też nie zabrakło. Rano Saronni powiedział mi, że na dzień dzisiejszy jestem w składzie na TdF i że to się już nie powinno zmienić. Mała satysfakcja jest!


27 maja: Analizując wczorajszą czasówkę, widzę że pojechałem zdecydowanie lepiej pierwsze 8 kilometrów, bo po nim byłem trzynasty. Kiepsko za to 5-kilometrowy kawałek szutrowy miałem przejechany dopiero z 26-tym czasem. A po nim właśnie mi się pozornie super jechało. I tu problem. Myślę, że w błąd mnie wprowadziły opowieści o tym jak jest sztywno i niemożliwie przez co założyliśmy małą tarczę z przodu 30 zębów! Marzio i ja używaliśmy bowiem korby z 3 tarczami. Uważam, że zdecydowanie za miękka była moja jazda, kręciłem nogami lecz szybkości przy tym nie było. To tak na przyszłość. Szkoda że jej wcześniej nie mogłem zobaczyć.

Rozmawiałem z Leo. Ma złamany palec i złamanie w nadgarstku. Lekarz uważa, że może Piepoli może mieć też pęknięte któreś z żeber, ale bez przemieszczeń bo tego na zdjęciu nie widać. Z nadgarstkiem musi poczekać co do ostatecznej diagnozy. Jakby były problemy po 10-12 dniach to może będzie trzeba włożyć dłoń śruby żeby nie było powikłań. Na razie dla niego nici z myśli o Tour de Suisse i tym bardziej Tour de France, który też miał w swych planach.


29 maja: Są etapy takie jak dzisiejszy kiedy wiadomo kto i kiedy odjedzie. W autobusie przed startem widząc, że pada i znając przekrój trasy jednoznacznie przyznaliśmy ten etap Voigtowi! Takie rzeczy się wie. Wiadomo było że odjada też Bettini i "Purito". A ja pomyślałem jadę z nimi. Czyli doppio espresso na starcie, pierwsza linia i koncentracja. Nikt nie skoczył pod pierwszy podjazd. Potem niebezpieczny kręty zjazd w deszczu i ja automatycznie znalazłem się w połowie grupy, Dalej "wyciągąra" pod drugi podjazd na rundzie z Mistrzostw Świata 2009 i od razu grupka z przodu.

Ach można się teraz ugryźć. Może zabrakło determinacji, a może po prostu dwa kolejne etapy jakie nas czekają przekonują mnie do oszczędzania sił. Swoją drogą tak wczoraj jak i dziś cholernie ciężko mi się oddychało. Mam nadzieje, że jutro w górach będzie już łatwiej. Co do tras Mistrzostw na rok 2008 i 2009 to powiem jedno, że będzie ciężko. Ale lepie żeby nie padało bo wtedy będzie się działo. Szczególnie na trasie w Mendrisio.

30 maja: A Giro wciąż otwarte. Nawet podium dla Marzio jest jeszcze możliwe. Swoją drogą kto by się spodziewał, że tak korby odbiją "Gibo"? Jutro wszystko się jeszcze może zdarzyć. Pod Vivione byłem z najlepszymi, ale pod koniec zjazdu na jednym z zakrętów czując, że uchodzi mi przednie koło, skontrowałem i tym samym prosto w stojący przy drodze dom centralnie uderzyłem.

Trochę boli mnie tylko głowa. Na szczęście obyło się bez złamań i innych poważnych problemów. Chociaż przyznam, że o całym świecie nic nie wiedział w chwili gdy dyrektor na rower z powrotem mnie wsadził i kazał dalej jechać przy okazji ubierając w grubą kurtkę. Dobrze, że tak to się skończyło. Zdrowie najważniejsze. Leżąc na asfalcie z boląca szczęka myślałem tylko żeby mi jej drutować nie musieli.

Na jutro mam jedno zadanie. Być z Marzio na podjeździe pod Aprikę, nic więcej. Wcześniej pod Mortirolo. Na pewno będzie się działo, ale dla nas najważniejsze żeby nigdy do zgody nie doszli na przykład Ricco z Di Luką czy Contadorem na dokładkę.


1 czerwca: Moje Giro mogę uznać za zakończone. Jeszcze tylko samotna przejażdżka do Mediolanu i koniec. To Giro na myśl o którym w grudniu zeszłego roku cieszyłem się, że będę je oglądać w TV. Okazało się najcięższe i najsilniej obsadzone ze wszystkich, które dotąd jechałem. No i nie było złe w moim wykonaniu, no może poza ostatnim dwoma górskimi etapami.

Kraksa na pewno nie była potrzebna. Wczoraj jeszcze jadąc pod Gavię tak mnie bolała głowa, że chciałem się wycofać, ale po zjeździe wszystko minęło. Znowu deszcz i zimno, jak dzień wcześniej. Z 25 stopni zrobiło się 6-8 na górze do tego na mokro. Właśnie, jedyne co mi się nie podobało to brzydka pogoda, która nas prześladowała od samego Palermo.

Pod Mortirolo chciałem być z przodu, próbowałem, ale noga "nie odpowiadała". Siły nie było, nie potrafiłem dać z siebie wszystkiego. Najważniejsze że Marzio się wybronił. Raz jeszcze potwierdziło się to co wcześniej mówiłem. "Nigdy nie wiadomo kiedy komuś korby odbiją". Rewelacyjny dzień wcześniej Di Luca tu akurat nie dał rady i tym samym ustąpił miejsca na podium naszemu Marzio.


8 czerwca: Czas na Dauphine Libere - zabrali mi Mont Ventoux! A tak na poważnie to startuje bez żadnych założeń czyli nie tak jak ładnie jak napisano na naszej stronie chcąc mnie zrobić liderem. Właściwie to mnie nie chcą w tej roli, ale muszą coś napisać. Po rozmowie z Saronnim i z dyrektorem sportowym uzgodniliśmy, że wystartuje żeby dobrze potrenować przez ten tydzień na wyścigu, a nie w domu. a Jeśli samopoczucie i kondycja będzie to i na którymś etapie spróbuje zawalczyć.

Przez ostatnie sześć dni robiłem same przejażdżki, więc będzie mi ciężko pierwsze dwa-trzy dni. Później się zobaczy, gór jest dużo. Pojadę jednak bez specjalnego podcinania sobie nóg, bo najważniejsze by stanąć na starcie TdF w jak najlepszej formie. Lepiej być na starcie "Wielkiej Pętli" wypoczętym i świeżym niż już podmęczony czy nawet już w 100% kondycji. Nie też mogę zapominać że jadę na Dauphine praktycznie czwarty wyścig z rzędu nie mając miedzy nimi nigdy więcej sześć dni odpoczynku.

Fizycznie czuje się okej, ale psychicznie zaczyna mi ciążyć. No i głowa. Wrócił mi ból w miejscu uderzenia, ale odzywa się tylko przy wysiłku. Lekarz powiedział po takim czasie to nie może być nic poważnego. Prawdopodobnie membrana otaczająca mózg jest w stanie zapalnym czy opuchnięta. Nic strasznego, ale dokuczliwe bardzo. Jak dalej tak będzie to chyba będę musiał jechać zrobić prześwietlenie.


12 czerwca: Zacznę od dziś..., rano dzwonił Saronni i prosił żebym za wszelką cenę się nie zaginał aby pod góre być wśród najlepszych. Pod górę, ostatni ciężki podjazd przy równym tempie leciałem spokojnie, a jak zaczęli skakać, to odpuściłem, żeby nogi nie wykończyć. Na premii górskiej 100 m i na mecie też praktycznie 100 m. Gdyby była możliwość walki o zwyciestwo to bym się zagiął, bo wtedy jest zawsze szansa na skok na ostatnich kilometrach, a dziś widząc, że był odjazd, nie było już o co walczyć. Podobna taktyka na jutro, póki bedę w miarę spokojnie jechać, jadę. Jakbym musiał zbyt dużo wysiłku w to wlożyć, odpuszczam. TdF najważniejsze.

Wczoraj czasówka, 9-ty międzyczas pod górę, resztę straciłem na trudnym zjeździe, w ulewie. Tak bywa, ale ogólnie bardzo jestem zadowolony z mojej czasowki, no i dyspozycji. Teraz najtrudniejsze utrzymać formę, ale się nie wypalić. Nie żebym był mało ambitny, ale zdaję sobie sprawę, że po przejechaniu Giro, chcąc utrzymać dobrą formę, muszę być bardzo inteligentny w tym co robię.


13 czerwca: Od dwóch dni czuję, że noga jest niesamowita..., mamma mia, nie wiem co trzeba zrobić, żeby tak zasuwać. Aż sam sobie się spodobałem, pełna koncentracja i najmniejszych oznak zmęczenia, czy trudności przez cały etap. Oby tak i jutro, czekam do ostatniego podjazdu, bo wiem, że jest o co walczyć.

Dziękuję wszystkim za smsy, kibicowanie, maile. Cieszę się, że niektórym dostarczyłem nawet więcej emocji niż nas piłkarze dzień wcześniej.


14 czerwca: Dłuuuugi i ciężki etap, wszyscy w odjazd chcą pójść i mamy gonitwę psów przez pierwsze prawie 2 godziny wyścigu. Czapka z głowy dziś dla Sorensena, po tym co się z tyłu działo musiał mieć super nogę, że odjechał. No właśnie, z tyłu znów byłem wśród najlepszych. Ciężej mi szło niż wczoraj, ale rozglądając się wkoło nie widziałem nikogo swobodnie kręcącego. Zaczynam przyzwyczajać się do kręcenia wśród ludzi, którzy cały rok szykują się do wyścigu, który wystartuje już za 3 tygodnie. Niemała satysfakcja osobista, bardzo ważne dla mnie jakby nie było po tylu latach wśród pro.

Były i błędy. Dziś się nie podobałem Leo, który mówi, że nie miałem ciągnąć z Alehandro, a ja mu mówię, że chciałem być drugi, a z Cadelem i Levim przed nami bym już nie był. No i dalej, że nie pogoniłem za Fedrigo; zgadza się, chwila słabości, może nieuwagi.

Jutro będzie ciężko, mam nadzieję, że będę czuć się lepiej niż dzisiaj, bo do połowy Croix de Fer ledwo kręciłem, ale jutro tylko 130 km.


8 czerwca: Długo nie pisałem. Trenowałem spokojnie w górach do startu Tour de France.. Nawiązując do ostatnich wydarzeń to w moim odczuciu - tak jak mi zależy na starcie w reprezentacji Polski tak samo mocno i PZKol-owi powinno zależeć na tym abym w Pekinie startował. Wadek mówi, że to jego decyzja. Prezes mówi, że się nie miesza. Ja oczywiście w to nie wierze bo historia pokazała, że za każdym razem było inaczej. Ale jeśli tak by miało być to gorzej przecież dla Piotra ... no i zastanawiam się jak pozbawieni pasji i ambicji muszą być zatem ludzie stojący za sterami PZKolu, że tak wielką odpowiedzialność dają jednemu człowiekowi i nie chcą się mieszać do najważniejszych dla Związku i jego dobrej twarzy decyzji. Dla mnie to jest tak jakby ktoś mnie jutro uczynił Prezesem Polskiego Związku Zbieraczy Motyli i miałbym nagle kierować jakąś organizacją nie rozumiejąc wcale pasji i zamiłowania owych zbieraczy. Pewnie bym zrezygnował ... a może nie, może lepiej mieć stołek pod tyłkiem bo to zawsze fajna sprawa.

Od kilku miesięcy zresztą słyszałem dobre rady od ludzi mniej lub bardziej z PZKol-em związanych, że nie mam więcej już nic pisać na temat polskiego kolarstwa i układu w nim panującego bo tu cytuje "nigdy już nigdzie nie pojadę" No cóż. Majka i tak mi wyśle kartkę z Pekinu! I na zakończenie żeby nikt nie miał wątpliwości ani problemów z interpretacja mojego tekstu. Chciałbym podziękować imiennie Prezesowi PZKol Wojciechowi Walkiewiczowi oraz Selekcjonerowi Kadry Narodowej i Olimpijskiej Piotowi Wadeckiemu za uznanie okazane dla moich sportowych osiągnięć w rozmowach telefonicznych jakie z nimi w zeszłym tygodniu przeprowadziłem. Na kilka dni przed MP. Za to że w ich oczach jestem najlepszym polskim kolarzem odbiegającym od poziomu w Polsce. Jednym z głównych faworytów (prezesa) do startu na IO, a także za to że Piotrek bardzo mocno o mnie walczył i "stal murem za mną" cały czas .... Znaczy to dla mnie wiele, bo nie często od ważnych głów słyszy się takie słowa. To jak "good job" rzucone mi przez Contadora po Mont Ventoux rok temu czy gratulacje od Leo za jazdę przez cały wyścig jak sam powiedział z najlepszymi ludźmi na świecie pod górę. Ja naprawdę nie lubię jak się o mnie dobrze mówi ... za dużo tego.


4 lipca: Wielu kibiców i znajomych pytało się mnie ostatnio czy nie mogłem jednak wystartować na Mistrzostwach Polski. Właściwie mogłem i do paru dni przed zawodami chciałem. Jasne, że większość peletonu TdF startowała w Mistrzostwach Narodowych, ale był to dla nich etap przygotowań po okresie odpoczynku jak np. u moich kolegów Cunego, Ballan, Tiralongo, Marzano (owszem jechali Tour de Suisse, ale nie Giro). Myślę, że nie znajdzie się wielu ludzi którzy jechali najpierw Giro d'Italia, a potem Dauphine Libere lub Tour de Suisse, a teraz staną na starcie Tour de France. Nawet Marzio, który będzie reprezentować Italię na Igrzyskach Olimpijskich w dwóch wyścigach nie startował w ogóle od zakończenia Giro, a tym bardziej nie jechał w Mistrzostwach Krajowych, ani na czas ani ze startu wspólnego. Tak jak pozostali AZZURRI dostał wolną rękę co do przygotowań wiedząc o starcie dużo szybciej. Patrzmy na najlepszych.

Mój wybór był stricte taktyczny. Nie jestem motocyklem, nie ścigam się w Formule 1. Nie wybieram startów zależnie od humoru. Musiałem odpocząć po Dauphine Libere, a wcześniej jechałem przecież Trentino, Romanię i Giro mając maksymalnie 5dni odpoczynku między tymi wyścigami. Później postanowiłem spokojnie realizować prace według zadanego planu. Trzy dni w górach nie byłyby możliwe ze startem na MP, a w moim odczuciu były konieczne. Nie zostawiam nigdy nic przypadkowi. Nie szukam przez to wymówek. Jak jestem mocny to dlatego, że pracuje dobrze. Jak slaby mówię, że mi nie szło lub analizuje gdzie popełniłem błąd. Nie byłbym spokojny na starcie Touru gdybym od Dauphine nie pojeździł trochę w górach. Zrobiłem w sumie 9.000 metrów przewyższenia w trzy dni. Wykonałem dobrą pracę, jednego dnia dochodząc do blisko 60 powtórzeń zmiany rytmu i intensywności jak zwykłem pracować z Leo przed ważnymi startami. To ważna praca której kolejny start na trasie w Złotoryi by mi nie zapewnił.

Słowo do kibiców. Nie ignoruje ich i obiecuję co postawiłem sobie za punkt honoru, iż postaram się kiedyś wygrać wyścig o MP, ale tylko wtedy jak trasa i warunki przygotowań na to pozwolą. Zbyt ważnym dla mnie wyścigiem jest Tour de France żebym sobie odpuścił chociaż jeden dzień pracy po to żeby stanąć na starcie wyścigu o MP. Bez domysłów proszę. W rozmowie ani Prezes ani "Wadek" nie powiedzieli mi że jak nie przyjadę na MP to nie pojadę na Igrzyska Olimpijskie czy Mistrzostwa Świata. Raczej nawet wykazali zrozumienie dla podjętej przeze mnie decyzji, a sam Piotr też przyznał że podobnie zrobił parę lat temu sam szykując się do Touru. Basta o tym .. jutro jest TdF i na tym starcie chcę się teraz skupić. Pierwsze etapy nie dla mnie. Chcę je spokojnie przejechać. Nic na siłę. Dyrektor powiedział Damiano, że o Marzio i o mnie może zapomnieć do pierwszej mety pod gorę. W dwójkę wychodząc z Giro musimy odnaleźć dobrą kondycję, a na to potrzeba kilku dni.


6 lipca: Tour de France stał się dla mnie faktem i pewnie jest coś w sms-ie, który wczoraj dostałem od kolegi z Włoch. Napisał on "dziś staje się twoim udziałem marzenie tysięcy młodych kolarzy, które zresztą swego czasu było i moim ... a tutta i nigdy nie odpuszczaj". Duży stres, nerwówka, etapy same w sobie nerwowe, tłumy ludzi na ulicach i niesamowity poziom zawodników. Jak od początku mówiłem, niby ci sami ludzie a jednak większość przygotowana tylko pod ten wyścig.

Na razie idzie mi ciężko. Dziś lepiej niż wczoraj. Jazda po tyle i wczoraj zostałem za kraksą. A i dzisiaj straciłem. O'k, muszę być spokojny, bo potrzebuje trochę czasu. Analogiczna sytuacja była na początku Giro d'Italia, gdzie tak się męczyłem, że aż bałem się co to będzie jak prawdziwe góry nadejdą. Pozostaje mi wierzyć tylko, że przez te kilka dni dojdę do swojego poziomu i na góry będę gotowy.


8 lipca: Całkiem zaskakujące wyniki czasówki, może nie samej czołówki etapu, ale jej zwycięzcy i to z taką przewagą! Wczoraj identyczny dzień co poprzednie czyli wiatr i deszcz, który co chwilę popadywał no i kraksy. Ta na 25 kilometrów przed metą porwała grupę. Szkoda mi "Litu" Gomeza, który wcześniej połamał się na Flandrii i nawet cieszył się w sumie że tak wyszło bo przez to nie pojechał Giro i mógł za to wystartować w Tourze. A tu wczoraj zostawił na asfalcie miednice.

Ja wciąż nie mogę zrozumieć jak z to jest z moją kondycją. Jedno jest pewne, jeśli będzie tak jakbym chciał to obecnie tracąc w zasadzie zyskuje jak słusznie Leo mi wczoraj powiedział gdy grupa pękła "Silver grają naszą grę". Oby, oby bo i dziś kłóciłem się z rowerem i nie mogłem się odnaleźć na trasie. Generalnie bez większego stresu, nawet jeśli jest dużo nerwówki w grupie. Wszyscy są na tyle mocni, że jak widać ciężko aby grupa się porwała na wietrze.


11 lipca: Aaaaaaaale jazda. Szkoda, że w telewizji tak dobrze tego nie widać. Nieporozumienie czyli od samego startu, silny wiatr, góra - dół, teren odkryty i "a tutta", non-stop, głowa w kierownicy! Normalnie jak na karuzeli. W pewnym momencie przez kraksę z Damiano z przodu została grupka około 25 ludzi i w niej wszyscy faworyci oprócz Devoldera, Zubeldii i oczywiście Damiano. No i zaczęła się gonitwa, która podcięła mnie jeszcze bardziej. Doszliśmy przed pierwszym z dwóch podjazdów 2 kategorii i to chyba był jedyny moment, w którym się na chwile zatrzymaliśmy.

Pod ostatni hopek nóg już nie miałem żeby zostać wśród najlepszych. Wczoraj gdzie mieliśmy dłuższe podjazdy było ze mną dużo, dużo lepiej. Miałem dobre i prawidłowe odczucia. Jestem teraz spokojniejszy i wierzę, że będzie dobrze, chociaż jak tak mi będzie grupa dojeżdzać do gór czyli "wyciągara" cały dzień to ja do nich zawsze dojadę bez nóg. Ale zobaczymy. Spokojnie. Damiano coś nie kreci na razie, ale może jeszcze się pozbiera. Prawdziwe góry wciąż jeszcze przed nami.

Dziękuje mojemu kibicowi za zrobienie stronki. To blog o mnie jakby nie było. http://sylwesterszmyd.blogspot.com/ Całkiem miła i sympatyczna sprawa. Polecam bardzo kibicom i pasjonatom. Niekoniecznie tym, którzy znają się na kolarstwie lepiej ode mnie!


13 lipca: W końcu można było górskim powietrzem pooddychać! Nie spodziewałem się aż tak dobrej takiej nogi, tym lepiej. Cholernie miło gdy w drużynie każdy zawodnik, mechanik czy masażysta mówią ci "complimenti, sei andato come una moto". No ale wierze że to dopiero początek. Damiano nie czuł się dobrze na pierwszym podjeździe, ale później już zdecydowanie lepiej. Ja zacząłem skakać skoro widziałem, że mam możliwość uprzedzić ewentualne ataki najlepszych w końcówce podjazdu.

W pewnym momencie Leo powiedział mi, że mam odjechać, ale się zawahałem kilkanaście sekund. On wkurzony mi to potem wykrzyczał jeszcze raz gdy skoczył Jefimkin no i się ruszyłem. Mój błąd polegał na tym, że jak skoczył Ricco to ja byłem za blisko grupy faworytów i nie miałem szansy złapać koła Riccardo. Leonardowi chodziło o to żebym miał do tego czasu większą przewagę bo wtedy bym nie zastał Rico aż tak rozpędzonego, siadł mu na koło i jazda. Leo doskonale wiedział co szykują. O tym właśnie dyskutowaliśmy w końcówce.

Na jutro już zostałem przybity do Damiano na ostatni podjazd. Zobaczymy co się będzie działo pod Hautacam. Jestem spokojny, noga jest, ale niewiele mogę zrobić. Pytałem dyrektora czy jak skoczy Leo mogę za nim, a on że raczej nie. Nadzieja w tym, że Damiano będzie mocniejszy od innych, a ja nie słabszy niż dzisiaj.

Życzę każdemu młodemu kolarzowi, aby miał okazję przeżyć te emocje z Tour de France, będąc pod gorę z przodu wśród najlepszych, jadąc w rozchodzącym się tuż przed kolarzami tłumie ludzi. No chyba, że zostanie powołany do kadry i będzie musiał zrezygnować z Touru albo dobrego przygotowania do tej imprezy. Wtedy siła wyższa. Przecież ONI znają się lepiej.


14 lipca: I co mam powiedzieć? Super się czułem pod Tourmalet to na pewno. A dalej wszyscy widzieli jak poszło. Dużo gonienia pod wiatr, co mnie trochę kosztowało, a poza tym pod Hautacam w tej sytuacji lepiej mi było już odpuścić i oszczędzić nogę na kolejne dni. Damiano słaby, że aż dziwne i niepodobne to do niego. A mi w końcu za to płacą żeby na lidera pracować i po to mnie ostatecznie na Tour zabrali tak więc musze być spokojny.

Zauważyłem, ze mam mnóstwo kibiców hiszpańskich. Jak były koło drogi grupy przeważnie Basków to prawie wszyscy wołali mi po imieniu, że aż miło. Moje myśli są teraz skoncentrowane na kolejnych etapach górskich. Jaka będzie nasza dalsza taktyka dziś jeszcze nie wiem, ale podejrzewam że w zaistniałej sytuacji będę miał więcej luzu.


15 lipca: Pielgrzymka do Lourdes to był punkt główny mojego dnia odpoczynku. Spośród kolarzy tylko ja pojechałem, a później wróciłem do hotelu rowerem za samochodem. Czuje się dobrze i bez większych oznak zmęczenia.

Z pierwszych komentarzy dotyczących nie występowania grup zawodowych o licencje Pro Tour słyszę tylko jedną opinię i bardzo dobrze. Fakt, że niewiele dobrego nam przyniosła ta reforma. Zresztą wiemy doskonale, że nie zawsze działacze muszą wiedzieć co jest najlepsze dla środowiska, którym kierują. A swoja drogą, jak już tu jesteśmy przy takim temacie i ktoś chciałby mi zarzucić brak dyplomatycznego podejścia do tych spraw to dodam tylko, że to co inni nazywają dyplomacja ja nazywam fałszem i obłudą. Mówię to co się innym nie podoba, ale robię to mając nadzieję, że nie obrażam nikogo, bo nie chciałbym a by tak było. Zresztą jak ktoś ma czyste sumienie nie powinien czuć się poruszony.

Dzwonił do mnie rano Leo i sam mi przyznał, że jak mnie widział pod Tourmalet to od razu spostrzegł, że kręcę łatwo i czuje się super. Jak powiedział "bo po tych wszystkich latach wiem doskonale kiedy ci idzie lekko, a kiedy nie." Oczywiście Tour się nie kończy. Piepoli mówił tylko żebym teraz jak będę miał nogę i okazję to po prostu atakował pewnie i zdecydowanie. A kiedy on mi to mówi - mi nie pozostaje nic innego jak mieć nadzieje, że forma nie ucieknie.


16 lipca: No i zaczęły się etapy na odjazdy. Po 20 kilometrach zaczęło się góra-dół, lewa-prawa po wioskach i mieliśmy średnią 57,8km/h. Po 45 kilometrach jak poszedł odjazd wciąż 53 km/h. Chyba pierwszy raz w życiu rozkręcałem po zakrętach do 68km/h i to nie raz! Fajna zabawa. Ballan jest u nas jednym z tych co czekają na te dni i szkoda tylko, że nie udało mu się znów wygrać. Co roku jest blisko i wciąż mu się tu etapu do domu zabrać nie udaje.

Mi dzisiaj ciężko szło, jak przeważnie po pierwszym dniu odpoczynku. Rozmawiałem z Leo o taktyce na najbliższe etapy górskie. Jakiś pomysł mamy, ale o tym powiem jak będzie czas. Wciąż mam dobre odczucia. W "La Gazzetta" przy faworytach typu Vandevelde, Ricco, Nibali podsumowując ich jazdę i szanse na dobry wynik końcowy wśród argumentów na minus napisali "jechał Giro, spodziewany spadek formy". Ja jednak się tego nie spodziewam.


18 lipca: To był jeden z gorszych, cięższych dni w całym moim życiu kolarskim. Przykra i głupia sprawa. Na razie ciężko mi cokolwiek więcej na ten temat napisać. Rozmawiałem z Leo jeszcze wczoraj. Wiadomo był zdołowany ... i tyle.

Etapy "międzygórza" szybkie. Dziś bardzo nerwowo przez silny boczny wiatr od początku etapu, który na szczęście ucichł pod koniec. Ja wczoraj jechałem lepiej, dziś gorzej ale to pewnie głównie przez głowę. Do niedzieli będzie dobrze.

Udało mi się wcisnąć do Lampre jako stażystę Jarka Dąbrowskiego i z tego co mi mówił on i menadżer Saronni szanse na podpisanie z nim kontraltu są realne o ile dobrze się pokaże. Ja wierzę w niego, a on ma kręcić jak najlepiej. Ciężki wyścig przed nim bo Volta Portugal. Wcześniej pewnie pojedzie Camaiore. Fakt nie zazdroszczę mu debiutu wśród profich akurat w Portugalii. Jakkolwiek się nie skończy jego przygoda z Lampre to zawsze jest super scena żeby się pokazać przed innym drużynami z dobrej strony.


19 lipca: Kolejny bardzo szybki etap. Odczucia mam super. Noga spokojnie się kręciła i oby tak też było przez kolejne trzy etapy. Nic więcej nie potrzebuję. Chciałbym się czuć jak w Pirenejach i będzie bardzo dobrze. Mam wolną rękę pod ostatnim podjeździe w przypadku gdyby Damiano nie był w stanie utrzymać tempa najlepszych a ja tak.


20 lipca: No i wróciły góry. Oczywiście już TYLKO, a może i aż dwa etapy do końca "mojego" Tour de France. Dzisiaj jakoś ciężkawo mi szło od początku. Pod Col d'Agnello również, ale tym się juz nie martwię z reguły. Często tak bywa w moim przypadku od początku tego wyścigu. Później jeszcze ta mała kraksa i mocne uderzenie kością ogonową o asfalt. Ale jest o'k, nic mi nie jest. Jak pomyślę o Pereiro to dociera do mnie ile ryzykujemy na każdym wyścigu. Oscar przeleciał przez barierkę i spadł na asfalt z 6 metrów 20 cm jak podano później w TV. Miał dużo szczęścia, że skończyło się tylko na takich obrażeniach.

Jak niektórzy bardziej uważni kibice spostrzegli zacząłem podjazd z dalszej pozycji i zaraz od dołu jak pękło zostałem w drugiej grupce. Marzio się zebrał żeby zespawać, a tu Damiano przez radio krzyknął "piano", no i się wszystko rozjechało, a ja sam juz nie wiedziałem co zrobić i zostałem może jeszcze kilometr z nimi po czym pojechałem sobie, ale pierwszych już nigdy nie doszedłem. Mam potwierdzenie dobrej nogi. Cały podjazd na solo i mała strata do najlepszych, ale i trochę zaskoczenie. Właściwie niepotrzebnie zagubiłem się na początku podjazdu. Damiano? Nie ma go - nie ukrywajmy. Marzio też przy kolacji był podenerwowany, bo czul się znakomicie na tym etapie. Obaj mieliśmy świadomość, że można było z najlepszymi przyjechać.


22 lipca: Na odprawie dostaliśmy proste i zwykle zadania. Ktoś idzie w odjazd od startu, więc pod Lombardę tak się stało: Damiano i ja odjeżdżamy. Tak też było tyle, że już tam Damiano tracił koła i ciężko mu było nasze tempo wytrzymać. Jednak doszliśmy odjazd i zaczęliśmy Bonette z przodu. Równe i mocne tempo, a potem pierwszy skok, który niestety wprawił w "zakłopotanie" mojego lidera No i ja jak na gregario przystało, zresztą zgodnie z prośbą dyrektora z samochodu zostałem razem z nim. Na szczycie doszli nas najlepsi i powiem, że jestem z siebie dumny. Z tego, że praktycznie z góry im nie strzeliłem. Owszem powstała mała dziura, którą zrobił Mienszow to wszystko.

Przyznam od razu, że sprawia mi to ogromną satysfakcję być znowu po górach z przodu. Także te sms-y od ludzi, którzy piszą: że są ze mnie dumni, że moja narzeczona powinna być dumna i nasz kraj również. Po etapie dzwonili do mnie z jednej z najsilniejszych drużyn świata z propozycją kontraktu. Proszę na razie bez spekulacji, bo różne glosy chodzą. Jak będzie czarne na białym i odpowiedni moment to powiem gdzie będę jeździć. Chcę lidera! Widzę, że na Tour de France naprawdę jest super okazja na pokazanie ile się jest wartym.


23 lipca: W ten sposób "skończyłem"" Tour de France, ale ten mój górski, bo po prawdzie trzeba jeszcze do Paryża dojechać. Dziś królewski etap, przez wszystkich, w tym przeze mnie mocno oczekiwany. Ze mną wszystko było o'k, nawet jeszcze na szczycie Croix de Fer. Na zjeździe z tej góry spokój i pełna regeneracja i uśmiech na twarzy, że będzie dobrze. A jednak nie, bo od samego dołu poszedł gaz, było stromo i nogi jak i cały mój organizm powiedziały na dziś basta! Nie jechałem, ledwo kręciłem, trochę z głodu. Nie popełniłem żadnego szkoleniowego błędu, po prostu widać że organizm miał większe potrzeby, których samym jedzeniem nie dałem rady już uzupełnić.

Mam teraz małego kaca moralnego. Cały Tour de France czułem się super, wciąż byłem w górach obecny, a dziś wierzyłem że w 10-tkę na etapie wejdę, że stać mnie na to a tu nitki z tego. Tak bywa. Nie jestem motorem, za talent wielki też się nie uważam. Tak po prostu się zdarza. Szkoda i tyle. Ciężko dziś powiedzieć kto wygra. Sastre, Frank Schleck, Evans? Ciekawa sprawa i tylko szkoda że znów prawdopodobnie się wszystko rozstrzygnie na długiej czasówce.

Myślę i wierzę w to, że swym występem wielu kibicom sprawiłem sporo radości. Sam dobrze pamiętam jak szukałem kiedyś na etapach górskich "Rybę" gdzieś z przodu. Dziękuje wszystkim bardzo mocno za wsparcie i kibicowanie. Dziękuje kibicom których znalazłem na trasie, a dziś w szczególnie było ich wielu wzdłuż finałowego podjazdu z flagami biało-czerwonymi.


26 lipca: Bardzo ciężka czasówka jeśli chciało się ją pojechać mocno. Ileż myśli, zwątpienia, walki z sobą to może wiedzieć tylko ten kto nie jest specjalistą w tym fachu, a tak jak ja chciał pojechać możliwie jak najlepiej.

Już po Alpe d'Huez stawiałem na końcowe zwycięstwo Sastre i to wbrew osobistej sympatii do Cadela, z którym akurat się znam. Natomiast z Sastre zamieniłem raptem dwa słowa w dniu gdy się wywrócił Damiano. Wtedy to Carlos podjechał i się mnie zapytał jak się czuje Damiano mówiąc, że oni nie będę ciągnąć. Wygrał w sumie zasłużenie, to na pewno. Miał najsilniejszą drużynę. Jest jednym z lepszych górali na świecie, zwycięzcą królewskiego etapu a nie kimś kto się w górach broni a super na czas jedzie. Myślę, że taki triumfator jest lepszy tak dla Touru jak i kolarstwa.

Wracając do Damiano to czytałem dziś że ze startu w Igrzyskach Olimpijskich nie zrezygnuje. Ponadto, że Ballerini ma do niego pełne zaufanie i wie doskonale, że praca wykonana na TdF przyniesie znakomity owoc na jednodniowym wyścigu olimpijskim. Tak mi utkwiła w głowie ta wypowiedź mając w pamięci usprawiedliwienia innego znawcy kolarstwa dotyczące konsekwencji startu w Tourze. No ale "Ballero" jako selekcjoner poza trzema Mistrzostwami Świata i Igrzyskami Olimpijskimi w Atenach nic więcej w tej roli nie osiągnął.

Koniec Touru i nie czuje się źle. Pojadę w przyszłą niedzielę Giro dell'Appennino, rezygnując ze startu w San Sebastian. Chce trochę odpocząć, myślę o koncówce sezonu czyli klasyki: Emilia i Lombardia. W międzyczasie będę chyba musiał wystartować w Eneco Tour bo brakuje nam zawodników. Poza tym jeśli nie pojadę Vuelty to oczywiście pojawię się na starcie Tour de Pologne wiedząc jednak, że i ten wyścig słabo pasuje do mojej charakterystyki.


3 sierpnia: Ciężki to był tydzień. Tak jest jak się intensywnie odpoczywa. Po czymś takim jest się zawsze zmęczonym. Dziwne, ale prawdziwe, Tak jest po Wielkim Tourze. W poniedziałek szczególnie. Człowiek cieszy się, że nie ma etapu. Bowiem jest tak zmęczony, że wydaje się że nie byłby w stanie przejechać nawet 10 kilometrów w tempie wyścigowym. To znaczy przynajmniej ja tak mam, ale to cieszy, bo oznacza że potrafię skoncentrować się dobrze na wyścigu, ale i dobrze odpocząć.

Jak tu nie wrócić do pewnego tematu. Czapki z głów dla znawców. Wadek mówił, że po Tour de France kolarze nie nadają się na klasyki, bo są zbyt zmęczeni aby walczyć. Wystarczy zaś spojrzeć na San Sebastian - tam czternastu ludzi z TdF było w pierwszej dwudziestce czy też na moją jazdę w Appenino. Chociaż istotnie szło mi ciężko.

Tydzień po zakończeniu Tour de France żałuje tylko, że nie dostałem szansy spróbowania, Otrzymania możliwości walki o swoje gdy czułem się naprawdę jak nigdy w życiu. Tylko tyle. Żałuje że nie udało mi się walczyć i może wygrać mimo, iż noga była. Zwycięstwo dla kibiców, rodziny, najbliższych ludzi, którzy szczerze i oddanie mi kibicują oraz doskonale rozumieją że poświęciłem cale życie kolarstwu i jak ciężka jest to praca. Miałem nadzieje, że wraz z takim zwycięstwem "polecą głowy" za prywatę i głupie gadanie, że ktoś osiwieje prędzej niż powinien, a ktoś inny bez diety cud straci parę kilogramów. Dobrze i tak. Żyję tym co mam. Cieszę się tym co życie przynosi. Lubię swoje kolarstwo i to ze będąc z najlepszymi w najwyższych górach czułem się wynagrodzony za ciężką prace z ostatnich lat.


10 sierpnia: No to został Tour de France chłopakom w nogach, a szczególnie Sanchez i Cancellara wydawali się jakoś zmuleni ;-)

A tak już na poważnie, super postawa Przemka. Pojechał na swoim poziomie i do top-10 zabrakło tylko umiejętności sprinterskich, a nie nóg, bo te jak było widać - były. Patrząc na trasę myślę, że ani Moraj ani Maniek nie spodziewali się więcej po sobie i nie oczekiwali dużo lepszej jazdy. Na Mistrzostwach Świata gdzie będzie więcej zmiany rytmu, pewnie będzie im zdecydowanie łatwiej zawalczyć. Mi jest trochę przykro, bo znając własne limity trudno by mi było wyrysować bardziej odpowiednią trasę pod siebie. Szerokie drogi, długi podjazd, bez zmian rytmu, brak technicznych zjazdów i selekcja od tyłu. Liczy się tylko prezentowany poziom. A do tego walczyli ludzie spisujący się lepiej na etapówkach i długich podjazdach, niż ci z klasyków, bo nawet Davide, któremu na koniec kibicowałem jeździ znakomicie długie góry na Paryż-Nicea. Szkoda, bo ostatni raz taka trasa na podobnej imprezie była w 1995 roku na MŚ w Kolumbii. Może teraz znowu przyjdzie czekać 15 lat, ale to już nie dla mnie. I pomyśleć, że ktoś widział tą trasę oraz zapowiadał wybranie optymalnego pod nią składu. Mamma mia, jak komuś zależy na dobru polskiego kolarstwa, a ma taką władzę, to już dawno powinien to wszystko rozpędzić. Ale cóż, każdy chce żyć.

Zapalenie oskrzeli troche mnie przyhamowało w ostatnich dniach. Parę dni w Polsce i wylot na Eneco Tour, z którego wycofam się po trzecim etapie. Stamtąd bezpośrednio 24-go sierpnia wrócę do Włoch, skąd parę dni później mam wylot na Deutschland Tour. Wszystkie te wyścigi wiadomo już na pół gazu, bo ile można się ścigać, a brakuje nam kolarzy w drużynie. Ja jednak nie chcę zbyt wcześnie sezonu kończyć myśląc o przygotowaniach do kolejnego. O ile jednak noga byłaby dobra, zależeć mi będzie na dobrym pojechaniu Giro dell'Emilia i Lombardii na sam koniec sezonu.


26 sierpnia: Przede wszystkim "chapeau" dla Majki. Mam pełen respekt dla ludzi stawiających sobie poprzeczkę wysoko i nie bojących się marzyć, a jednocześnie robiących wszystko aby te marzenia spełnić.

Eneco Tour czyli trzy etapy zgodnie z planem. Dla mnie straszne jest takie kolarstwo. Nie umiałbym czerpać z niego radości. Płasko, wiatr, czasem krótki hopek i takie rozgrywanie etapów. Niestety czeka mnie jeszcze jeden taki wyścig w tym roku. Ale pojadę go dla kibiców, choć sam wiem że będzie mi ciężko włączyć się do walki na naszym narodowym tourze.

Wcześniej od piątku czeka mnie Deutschland Tour z metą pod górę zaraz na "dzień dobry", bo w sobotę. Co będzie to będzie, sam nie wiem jak się noga będzie jeszcze kręciła. Jutro ostatni dzień mojego lata w Italii gdzie cały czas ponad 30 stopni. Ja tu wrócę dopiero po Tour de Pologne. Aż ciężko mi myśleć, że jutro ekipa leci na Vuelte, a mnie tam nie ma. Przyzwyczaiłem się do tego wyścigu, ale na pewno to już byłoby dla mnie za dużo, te kolejne 3 tygodnie ścigania non stop.

Mam nadzieje tylko, że w tym czasie coś się wyjaśni w sprawie ewentualnego angażu "Dąbra" w przyszłym roku do Lampre. Spisał się znakomicie w Portugalii. Prosiłem go żeby się skoncentrował na etapach górskich i tak zrobił. Dziś znów usłyszałem od dyrektora sportowego, że gdybym został w Lampre to Jarkowi byłoby łatwiej przejść do nas. A to sam wiem, bo Saronni śmiał się kiedyś przed Giro i mówił, że jeśli go wezmą a ich zawiedzie to całą jego pensję mi z kontraktu potrącą ;-)


30 sierpnia: No i zaczęła się Vuelta beze mnie. Ktoś się mnie wczoraj z ekipy pytał czy jestem pewien że wystartuje beze mnie, bo jak sam zauważył pewnie jestem jedynym kolarzem z włoskich ekip, który chce w tym wyścigu jeździć.

Dzisiaj miałem za to ostatni prawdziwy górski etap w tym roku. Mógł być powiem szczerze znając siebie gdzieś tak czwartego czy piątego dnia wyścigu to byłoby mi łatwiej. Poza tym na 25 kilometrów do mety leżałem i to na samym dnie wielkiej grupy kolarzy uczestniczących w kraksie. Obyło się bez poważniejszych obrażeń. Jestem jedynie potłuczony. Doszedłem grupę krótko przed podjazdem, ale tam już nie byłem w stanie walczyć. Kraksa i wysiłek żeby dojść czołówkę dały się odczuć. Swoją drogą jednak odczucie mam też, że noga już nie najlepsza.

Dużo lepiej więc pewnie by i tak nie było. Aczkolwiek ta kraksa nie była potrzebna.

Zostaje mi tylko teraz zabierać się w jakieś odjazdy, bo tak pewnie będą się kolejne etapy rozgrywać widząc, że ten najcięższy odcinek już za nami. Myślę, że Linus może się już czuć zwycięzca tego wyścigu. Mi zaś milo, że mam jedynkę na plecach w drużynie, co nigdy dotąd mi się na wyścigu Pro Tour nie zdarzyło. Miły gest ze strony dyrektora.


1 września: Przyznam że ciężko jest się ścigać widząc jak pod górę pół grupy odjeżdża. Do innych widoków byłem w tym roku przyzwyczajony. Tak żeby było bardziej obrazowo to czuje się jakby ktoś mi tyłek skopał, zaś nogi i plecy kijem zbił. W tym momencie nawet sam nie wiem jakby było gdyby nie kraksa. W końcu jak nie idzie to ciężko szukać tego powodów. Wiem jedno. Zależy mi na końcówce sezonu, ale jeśli nie dojdę do siebie w trakcie Tour de Pologne to dam sobie chyba spokój. O ile tylko dyrektorzy mi na to pozwolą, bo widząc że zmieniam ekipę to by najchętniej kazali mi się ścigać do samego Japan Cup. Na szczęście na koniec października mam już ciekawsze plany!


29 września: Mistrzowski wyścig był trochę dziwny. Dość późno zaczęło się prawdziwe ściganie. Włosi postawili ostatecznie na swoim, zaś Hiszpanie mimo świetnej jazdy "Purito" Rodrigueza dali się zaskoczyć i ponieśli klęskę. Góra moja drużyna czyli Lampre, a ja cieszę że wygrał właśnie Aleksandro Ballan. Jeśli chodzi o naszą kadrę to co tu dużo mówić wypadliśmy słabiutko. Teraz zbliża się już koniec sezonu, ale będę się jeszcze trochę ścigał. Najpierw Giro del Lazio, potem Giro dell'Emilia i Coppa Sabatini - wszystkie pojadę razem z Jarkiem Dąbrowskim. Jeśli po nich wszystkich będę się dobrze czuł to wystartuje także w Lombardii. Jeśli nie to wakacje będę miał już po Emilii.


6 października: Po dwóch tygodniach od ostatniego wyścigu spodziewałem się większych trudności. A tu tymczasem w prowadzącej pod górę końcówce raczej ciężkiego Giro del Lazio byłem znów z przodu i nawet mogłem ciągnąć do ostatnich 2 kilometrów przed metą, w momencie kiedy zostało mi na kole max. dziesięciu ludzi. Do tego stopnia zadziwiłem chyba nie tylko siebie, że nawet włoscy komentatorzy się "przylizali" nazywając mnie "jednym z najlepszych gregario".

Damiano mówił, że na finiszu go tyci zamknęli, ale w sumie też nie czuł się tak dobrze jak na Mistrzostwach Świata. Właśnie a co do Mistrzostw to wciąż mnie koledzy w peletonie pytają dlaczego nie startowałem i śmieją się, że pewnie u nas na siłę zabierają ludzi, którzy raz w tygodniu jeżdżą na rowerze, dla przyjemności żeby tylko mnie nie zabrać. To przykre bo jeszcze bardziej świadczy o tym, że wokół ludzie też widzą, iż w naszym rodzimym Związku jest więcej prywaty niż zdrowego rozsądku.

Po ośmiu latach stać mnie wciąż na chwile wzruszeń. Fajnie móc uściskać starego kolegę z drużyny który nagle stał się mistrzem świata. Super sprawa startować z "Ale" na wyścigu gdy ten ma na sobie tęczową koszulę. Uczucie nie do opisania. Kolejne moje starty to Emilia i Lombardia.

A co najświeższych newsów to mogę tylko powiedzieć: Leo był Wielkim zawodowcem i proszę się powstrzymać od wszelkich komentarzy. Dzięki!


20 października: Na pewno nie można mieć wątpliwości, że Cunego jest niesamowitym talentem. Tym bardziej było mi cholernie miło jak wkurzony zapytał dlaczego odszedłem z jego ekipy i dodał po chwili, że i tak mnie od nich odbierze za dwa lata. Co do Damiano to ja jednak podtrzymuje to co zawsze mówiłem. Czyli będzie on jeszcze mistrzem świata, wygra wiele wyścigów ale o Wielkich Tourach nie powinien już tak bardzo myśleć. Aczkolwiek wszystko jest możliwe i dlatego kolarstwo jest tak piękne.

Tak jak cały mój sezon, mało skromnie przyznam. Pierwszy wyścig (Coppi e Bartali) od razu skończony w "10", zaś wczoraj po 95 dniach wyścigowych bez odpoczynku znów mogę przeczytać w "La Gazzetta", że główną selekcję pod atak Damiano przygotowałem właśnie ja. Wczoraj wszystko było tak jak chcieliśmy. Każdy z nas zrobił co miał jak tylko najlepiej mógł. Daliśmy ładny spektakl, choć to zwycięstwo życia zwycięzcy nie zmienia.

Niemniej kogoś tu czekają zmiany. To był mój ostatni wyścig w sezonie, ostatni w ekipie Lampre i w konsekwencji u boku mistrza świata i po pięciu latach jazdy jako "gregario" Damiano. Poza tym jeszcze ostatni jako kawaler. Dziś powiem jedno. To był niesamowity okres w moim życiu, super ludzie, w ciągu ostatnich 2 miesięcy sezonu usłyszałem chyba od wszystkich przez mechaników, masażystów, dyrektorów i samych kolarzy że będzie im mnie brakowało. Wczoraj zaś jeszcze uściski ze sponsorami, właścicielami Lampre i z Saronnim. Można się tym wszystkim wzruszyć.

Jednak jest tak jak powiedział mi właściciel Lampre. To znaczy on uważa, że czasem jeśli chce się więcej osiągnąć w życiu i nie zadowalać się tym co jest, to trzeba zmienić środowisko. Ja tak właśnie myślę. Zostać w Lampre byłoby zaakceptowaniem obecnego stanu rzeczy czyli tego kim w tej drużynie jestem i co robię. Jakkolwiek są tu ludzie, którzy to doceniają i więcej ode mnie nie wymagają. Będzie ciężej, ale o to chodzi, po to właśnie całe życie postawiłem na kolarstwo.


Sylwek na czele peletonu


5 listopada: Myślę, że wystartowałem w najważniejszym wyścigu mojego zycia. Wyścigu z którego nie można się wycofać aby go wygrać rok później, wyścigu który się nie kończy wraz z karierą kolarską. Zawsze bardzo poważnie patrzyłem na malżeństwo i wierzę że sił nam nie zabraknie. Dziękuje kibicom, którzy pamiętali o tym bardzo ważnym dla mnie dniu - za otrzymane życzenia mailami i telefonicznie. Szczegolnie jednak dziękuje tym którzy nie patrząc na daleką czasem drogę do Warszawy zechcieli być z nami w chwili wypowiadania sakramentalnego TAK tzn. Majce, Andrzejowi, Rybie, Danielo, Wojtkowi, Dąbrowi, Gołemu, Adamowi oraz Marcinowi z mamą ... to tak ze światka kolarskiego. Wiem że ta stabilizacja uczuciowa może mi wiele pomoc również w pracy.


Młoda para: Kasia i Sylwek


16 listopada: Podróż poślubna całkiem milo nam mija. Manhattan robi niesamowite wrażenie. Jutro zobaczymy jak nas Floryda przywita. Co do wydarzeń w kraju. Zastanawiam się nad postawą jednej osoby od której wiele zależy, a generalnie nie przejmuje się ona tym czym zarządzą. Ją mogę jeszcze jakoś zrozumieć, ale zachowanie kilkunastu innych osób od lat związanym z kolarstwem, które z założenia powinny być pasjonatami tego sportu nie bardzo. Te osoby dalej głosują na NIE dla polskiego kolarstwa czyli za dalszym jego upadkiem i zgadzają się patrzeć na to jak jedzie ono po równi pochyłej od około dziesięciu lat. Nie będzie lepiej, wszyscy to wiemy i wciąż się na to zgadzamy.


18 stycznia: Nowe barwy do których jeszcze ciężko mi się przyzwyczaić. Nowy rower, który lubię. Nowi koledzy w ekipie, których jednak dobrze znam od lat, ale zawsze byli jakby po drugiej stronie. Wiem, że ta zmiana była mi potrzebna. To dodatkowy impuls, zastrzyk motywacji. Będzie się ode mnie więcej wymagać, będę się ścigał z silniejszymi kolarzami, trudniej będzie się dostać do składu na ważne wyścigi.

No i początek roku. Znów czuje się starszy kolarsko a to przede wszystkim przez świadomość że nie będzie już obok Leo, który był od zawsze czyli odkąd przeszedłem na zawodowstwo. Teraz mam kolejne, czwarte już zgrupowanie w Liquigasie. Na nim tylko czternastu ludzi bo reszta się ściga w Australii i Argentynie. Dużo kilometrów, również praca na rowerach czasowych. Później kolejny obóz w Calpe od 2 lutego i tam nowy dla mnie początek sezonu. To znaczy Challenge Majorka od 8 lutego. Reszta planu powinna pozostać niezmieniona aż do Giro w porównaniu z zeszłym rokiem tzn. Coppi, Trentino, Romandia i Giro.


5 lutego: To już PIĄTE zgrupowanie w barwach Liquigasu. Z jednej strony można przez to nieźle w głowę dostać, ale z drugiej jest okazja spokojnie i dobrze potrenować. W Calpe mamy 18-20 stopni Celsjusza, zaś w Italii cały czas pada. A co dopiero wspominać o warunkach w Polsce. Ostatni weekend pojechałem trenować w okolicach Monte Carlo, do Leo. Ale o tym już trochę pisała moja żona na blogu. Lubię tamte okolice, można wjeżdżać już wyżej bo jest cieplej. Przy tym przejechać dużo więcej metrów w górę o tej porze roku niż w moich okolicach.

Za trzy dni zacznę sezon. Nawet się cieszę, bo myślę że przyda mi się trochę szybciej nogą poruszać tzn. w tempie wyścigowym, po dużej ilości treningów siłowych. Czuje się tak jak czuć się powinienem w tym okresie. Jeszcze trzy miesiące do Giro. Tak więc spokój.


25 marca: Zdecydowanie szczęście nam nie dopisało na wczorajszej "drużynie". Nie chcę by zabrzmiało to jak tłumaczenie się, więc powiem tylko, iż każdy z nas był zadowolony że szczęśliwie do mety dojechał do mety. Miholjevic został zdmuchnięty przy tym bocznym wietrze. Nikt nie myślał już o czasie jaki wykręciliśmy. Z tej lekcji ważne są decyzje dotyczące doboru sprzętu. Nawet w takich teamach jak nasz popełnia się błędy.

A dzisiaj drużyna mi pomagała, bo od początku to ja miałem w "generalce" próbować. Jedno co mogę powiedzieć, to że za dużo wciąż myślę i kalkuluje. Ten sprint na ostatnich 150 metrach podjazdu. Wydawało mi się, że nie może nic już zmienić i zostaniemy w "9" jak przez większość podjazdu. A jednak Damiano okazał się mocny, jest wycieniowany jak rzadko kiedy i po raz kolejny uczę się i widzę, że ktoś teoretycznie najsilniejszy mogąc wygrać sprint mniejszym nakładem sił i tak ryzykuje nie kalkulując i to się opłaca.


29 marca: Patrząc całościowo to moje odczucia po tym wyścigu są zdecydowanie lepsze niż się spodziewałem, a nawet lepsze niż w poprzednich latach. Pomijając suchy wynik, na który w moim przypadku nie powinniśmy na razie patrzeć. Wczoraj mieliśmy sześć sztywnych podjazdów na dwóch różnych rundach. Odjazd poszedł pod pierwszą górę. Zabrałem się bez problemów, nawet jeśli szedł ostry gaz bo w grupie zostało 25 ludzi na szczycie. Jeśli chodzi o Lampre to wiem że by mnie nie skasowali, bo rozmawiałem w piątkowy wieczór z Cunego. Ale jak mieliśmy 2 minuty 30 sekund przewagi to wtrącił się Luca Scinto bo miał wizję, że może to jest etap, na którym jego Visconti mógłby wygrać. W sumie prawidłowo, bo każdy musi próbować jak się czuje dobrze i jechać swój wyścig. Niemniej Scinto zachowuje się czasem jakby grał w "cycling menagera". To jest powód, dla którego nikt o tej drużynie od początku sezonu nie mówi inaczej jak ... ignoranci. Ja do nich nic nie mam, to oni będą mieli problem jak tak dalej będą się ścigać.

Na końcowych rundach próbowałem jeszcze walczyć odjeżdżając pod gór z Fromme'm z Barlwordu. Ale ostatecznie zostałem skasowany na mniej niż 30 kilometrów do mety i pozostało mi spokojnie do niej dojechać. Jak na wstępie mówiłem odczucia mam pozytywne. Zdaje sobie sprawę, że do Giro juz niewiele czasu zostało. Po zgrupowaniu na Teneryfie (treningi wokół słynnej góry Teide) od razu pojadę Giro del Trentino, Tour de Romandie tzn. dwa wyścigi, które mają mi pomóc zamienić wszelką pracę w domu na rytm wyścigowy. A potem Giro ...


21 kwietnia: Dwa tygodnie zgrupowania na Teneryfie, wokół góry wokół Teide. Pobyt na wysokości ponad 2100 metrów n.p.m. W ten sposób zaczął się dla mnie ostatni okres przygotowań do Giro d'Italia. To były dobrze przepracowane dni, dużo podjazdów, tysiące metrów w górę i wiele godzin na rowerze w 6-osobowym gronie, wliczając naszych liderów na Giro czyli Basso i Pellizottiego.

Potem dwa dni w domu i wczoraj rano wyjazd na Trentino. Po drodze zatrzymaliśmy się w Lido di Venezia na pół dnia żeby przejechać kilkakrotnie trasę czasówki drużynowej, która rozpocznie tegoroczne Giro d'Italia. Trasa płaska, w miarę prosta i na pewno bardzo szybka.

Od jutra Giro del Trentino. Bardzo ciężkie z czasówką i dwoma metami etapów pod górę. Ivan finisz pod Alpe di Pampeago ma w głowie już od dawna. Dlatego jak się będzie dobrze czuł to czeka nas dużo pracy w czwartek. Sam jestem ciekaw jak się będę czuł na tym wyścigu. Teorie są różne na temat efektów bezpośrednich po zjechaniu z wysokości. Jednak i tak wszystko zależy od organizmu. Zobaczymy jak będzie. Wiem, że jak zawsze zrobiłem co mogłem żeby było w porządku.


23 kwietnia: Z jednej strony super, że wygrywa Polak - w dodatku pewnie i zdecydowanie. Z drugiej strony to dla mojej drużyny porażka. Ivan mówi, że "Niemek" zostawił go "jak młodego". Rano tłumaczyłem Przemkowi, że jak będzie czuł nogę to by nie robił głupich (wczesnych) skoków w swoim stylu, ale wyczekał do 1000-800 metrów przed metą. Na tej górze przez szeroką drogę nie widać jak ciężki to podjazd, a w nogach zostaje.

Tak zrobił, a tymczasem Ivan skakał i ciągał, brał na siebie wiatr. Tymczasem "Niemek grzecznie po kole". Mi natomiast dziś było cholernie ciężko po wczorajszej przyznam bardzo dobrej czasówce. Noga jest silna, ale nie kręci jak powinna. Mam nadzieje, że się rozkręci.


25 kwietnia: Aż miło pracować jak lider tak dobrze wykończa robotę. Zadanie było jedno. Dyrektor przez słuchawki nam powiedział 10 kilometrów przed metą, że od początku finałowego podjazdu dokładamy gazu aż do samej mety! Zostałem na sam koniec do pracy. Słyszałem tylko z tyłu Ivana, który powtarzał "Ale, ale ...". Poza tym kogoś mówiącego, że Brajković puszcza koło. Puścił i Przemek. Ku mojej małej satysfakcji jak odbiłem po skoku Pozzovivo na mniej niż 1500 metrów do mety to na kole było tylko już tylko czterech asów.

Super praca całej drużyny i świetny prognostyk przed wielkim Giro. Jutro Ivan startuje w Liege, a ja od wtorku ścigam się w Romandii. Widzę, że z formą coraz lepiej. W ekipie dyrektor nawet przed Alpe di Pampeago zostawił mnie na sam koniec dla Ivana lub jak bym miał się czuć lepiej to była opcja żebym swój wyścig jechał. Pełna powaga i respekt, a to ważne dla gregario!


30 kwietnia: Patrząc na ten wyścig bardziej ogólnie to myślę, iż jest bardziej otwarty niż zwykle. Potencjalni liderzy mają silne drużyny, a więc jutro na stosunkowo krótkiej jeździe drużynowej na czas nie powinno być dużych różnic czasowych. Poza tym brak w tym roku mety pod górę czy etapu takiego jak Sion - Sion w którejś z poprzednich edycji. To daje możliwość walki wielu niekoniecznie super radzącym sobie po górach kolarzom.

Dziś szło mi znów bardzo ciężko, ale pod koniec na szczęście zaczęła się noga kręcić pod górę jak trzeba. Dużo ataków, wysokie tempo wyścigu. Mi akurat jest to potrzebne przed Giro bo mam jeszcze mało wyścigów w nogach. Roman jak na moje odczucia podobnie jak to jak widzieliśmy na belgijskich klasykach zbyt wcześnie demonstruje swoją super kondycję, całkiem niepotrzebnie. Zobaczymy po drużynówce, Myślę, że ma szanse po super prologu aby skończyć ten wyścig w pierwszej trójce.


1 maja: Moim zdaniem drużynówka na takim wyścigu jak tegoroczna Romania czyli krótkim i bez mety pod górę może tylko sfałszować końcowy wynik. Ale to się okaże jutro, a nie wierze żeby zawodnicy pojedynczo przyjeżdżali na metę. Tak czy inaczej, my wypadliśmy nawet nieźle, szczególnie biorąc pod uwagę, ze juz po 3 kilometrach odpadło nam trzech zawodników i zostaliśmy w piątkę!

W top 10 na dziś jest dwóch Czechów. Żadna potęga kolarstwa, a jednak młodych ambitnych kolarzy im nie brakuje. Co do ambicji. Roman jutro chce atakować i dać z siebie wszystko żeby tylko osiągnąć pełny wynik. Lubię takich gości. Jesteśmy razem w pokoju i mówi, że jutro mam ciągnąć na maxa, a ja mu odpowiadam, że chcę słyszeć tylko "mocniej, mocniej ..." bo jak powie żeby zwolnić to go zleje! No żeby tak pięknie było, ale są jeszcze inni. Zobaczymy, grunt to dobre nastawienie!


2 maja: Super robota całej ekipy! zgodnie z planem i marzeniami! Ja swoją część pracy dobrze wykonałem. Widziałem, że niewielu rywali miało chęci do ataków, po tym jak odbiłem! Sam później starałem się nie stracić dużo, ale tym roku z uwagi na łatwą trasę bardzo ciasno w generalce. Dużo mi nie zabrakło żeby przyjechać na metę z grupką Valverde.

Ale w końcu nawet to dziewiąte czy ósme miejsce ogólnie to już wątpliwa satysfakcja, szczególnie po dobrze wykonanej pracy i zdobyciu koszulki lidera. Główny cel osiągnięty. Jestem teraz "gregario di lusso" i chce żeby każdy wiedział co się szykuje jak zaczynam ciągnąć.


POWRÓT