|
DOOKOŁA
FRANKOFOŃSKICH
KANTONÓW
Czwarta w chronologii szosowego sezonu etapówka najwyższej kategorii Tour de Romandie to w istocie wyścig dookoła zachodnich i południowych kantonów Szwajcarii tj. regionów gdzie miejscowa ludność włada językiem francuskim. Wyścig ten rozgrywany jest na malowniczych terenach pośród wielkich szwajcarskich jezior: Lac Leman (Genewskim) i Lac de Neuchatel oraz rzecz jasna na górskich zboczach podjazdów w Jurze i Alpach. W tym roku kolarze będą mieli do przejechania trasę o długości 701,7 kilometra podzieloną na prolog i pięć etapów. Jak przystało na imprezę etapową z prawdziwego zdarzenia "scena" tych zmagań będzie bardzo urozmaicona. Na początek zaserwowano uczestnikom krótki, lecz trudny technicznie prolog w Genewie na dystansie zaledwie 3,2 km. Pierwszy etap prowadził będzie po wzniesieniach Jury wzdłuż granicy z Francją do miejscowości Fleurier. Na ostatnich 60 km tego odcinka znajdą się trzy premie górskie, najpierw dwie drugiej i jedna trzeciej kategorii (na 8 km przed metą). Etap drugi do Lucens po drugiej stronie jeziora Neuchatel zapowiada się jako najłatwiejszy w całym wyścigu. Dwa podjazdy: trzeciej i czwartej kategorii nie powinny pomieszać szyków nawet sprinterom. Od półmetka imprezy będzie jednak co raz trudniej, więc tok wydarzeń powinien rozwijać się jak w dobrym thrillerze. Piątkowy trzeci etap zawiera również tylko dwie góry, lecz jedną z nich będzie podjazd do Loeche-les-Bains (po niemiecku Leukerbad) na południowym pograniczu Romandii w Alpach Berneńskich. Wierzchołek tej góry (na wysokości 1474 metrów n.p.m.) będzie się znajdował zaledwie na 1,5 km przed finałem po wspinaczce o długości 16,9 km oraz przewyższeniu 765 metrów, a więc przy niezbyt stromym średnim nachyleniu 4,5%. Etap czwarty będzie jeszcze trudniejszy w ogólnym rozrachunku, choć z lżejszą końcówką. Na trasie tego odcinka trzeba będzie przejechać trzy premie górskie pierwszej kategorii: Col de Mosses (1445 m. n.p.m., na 31,4 km); Col du Pillon (1546 m. n.p.m., na 77,7 km) i Vallon de Villard (990 m. n.p.m., na 125,6 km). Te trzy góry to w sumie blisko 2000 metrów przewyższeń, a na końcu (tj. 900 metrów przed metą) czekał będzie jeszcze 5,2-kilometrowy podjazd do Les Paccots (1060 m. n.p.m.) nieopodal miasteczka Chatel-St.Denis w Alpach Fryburskich. Cały wyścig zakończy się podobnie jak przed rokiem niedzielną czasówką po ulicach Lozanny, miasta będącego siedzibą MKOl i UCI. Samotną walkę z czasem kolarze zaczną na poziomie 730 metrów n.p.m., stopniowo zjadą na poziom jeziora Genewskiego (376 m. n.p.m.) pomiędzy 14 a 15,5 km, by ostatecznie wspiąć się ponownie na wysokość 608 m. n.p.m. do mety w bezpośrednim sąsiedztwie Stadionu Olimpijskiego.
Copyright: www.letourderomandie.ch
Historia wyścigu Dookoła Romandii sięga roku 1947, gdy podczas czterodniowych zawodów podzielonych aż na siedem etapów najlepszy okazał się Belg Desire Keteleer. Trzeba przyznać, iż Helweci byli jak dotąd bardzo gościnnymi gospodarzami, jako że wygrali jedynie 12 z 56 rozegranych edycji TdR. Co więcej dopiero w latach 90-tych pierwsze trzy triumfy odnieśli kolarze frankofońscy: Pascal Richard (1993-94) i jeżdżący do dziś Laurent Dufaux (1998). Co ciekawe najwięcej sukcesów na drogach Romandii święcił kolarz nie należący bynajmniej do żadnej z wielkich kolarskich nacji tzn. Irlandczyk Stephen Roche, który zwyciężył w latach 1983-84 i w sezonie 1987 tuż przed pierwszym ze swoich wielkoszlemowych zwycięstw (Giro-Tour-MŚ). Dwukrotnie wygrywali ten wyścig Szwajcarzy: Ferdi Kubler (1948, 1951); Toni Rominger (1991, 1995) oraz wspomniany już Richard. Natomiast spośród kolarzy zagranicznych: Francuzi - Jean Forestier (1954, 1957) i Louis Rostollan (1960-61) oraz Włosi - Vittorio Adorni (1965, 1967); Gianni Motta (1966, 1971) i jeden z tegorocznych faworytów Dario Frigo (2001-02). W annałach TdR wyróżnia się również nazwisko największego po Kublerze (przynajmniej do czasów Romingera) asa rodem ze Szwajcarii tj. Hugo Kobleta, który w latach 1950-57 aż sześć razy stawał na podium (wygrał w sezonie 1953), lecz aż cztery razy na drugim jego stopniu. Na liście triumfatorów wręcz roi się od nazwisk wielkich mistrzów, są więc na niej: Włoch Gino Bartali (1949), Belg Eddy Merckx (1968), Włoch Felice Gimondi (1969), Francuz Bernard Thevenet (1972), Holender Joop Zoetemelk (1974), Włoch Giuseppe Saronni (1979), Francuz Bernard Hinault (1980), Australijczyk Phil Anderson (1989), Francuz Charly Mottet (1990), Bask Abraham Olano (1996) i Francuz Laurent Jalabert (1999), a także obecny lider drużyny CCC-Polsat Rosjanin Paweł Tonkow najlepszy w 1997 roku. Nasze drobne sukcesy na tym tle to: wygrany prolog przez Czesława Langa w sezonie 1987 oraz siódme i dziewiąte miejsce w klasyfikacji generalnej wyścigu Zenona Jaskuły w latach 1991-92.
TdR w normalnych okolicznościach stanowiła jak dotąd próbę generalną przed Giro d'Italia. Tym razem jednak największe gwiazdy włoskiego kolarstwa swą aktualną formę sprawdziły już na innych wyścigach: Francesco Casagrande (Lampre) podczas klasyków w Ardenach, zaś Stefano Garzelli (Vini Caldirola) i Gilberto Simoni na etapówce Giro del Trentino. Wszyscy trzej uznali następnie, iż nie potrzebują kolejnego, tak trudnego sprawdzianu w górach i przed 10 maja pojadą co najwyżej w serii włoskich jednodniówek: Giro dell'Appennino, GP Industria e Artigianato i Giro del Toscana. Tylko wspomnianemu już Frigo z Fassa Bortolo nie wypadało oddać tytułu, który dzierży od dwóch sezonów walkowerem. W jego starej-nowej ekipie (Frigo wrócił do Fassy po roku "na wygnaniu" w Tacconi Sport) pojedzie też ubiegłoroczny triumfator Vuelta a Espana i jeden z faworytów Giro Hiszpan Aitor Gonzalez. Kandydatów do zwycięstwa w 57. TdR można upatrywać także w składach drużyn, które nie pojawią się w Lecce na starcie włoskiego touru. W znakomitej dyspozycji znajduje się obecnie Amerykanin Tyler Hamilton (Team CSC) zwycięzca niedzielnego klasyku o Puchar Świata Liege-Bastogne-Liege. U jego boku pojedzie też piąty w ubiegłorocznej edycji TdR hiszpański góral Carlos Sastre. Swój nalepszy skład wystawi jedyna szwajcarska grupa I dywizji Phonak. Obok Alexa Zulle drugiego w latach 1998 i 2002 oraz aktualnego mistrza Szwajcarii Alexandra Moosa pojadą utalentowani Hiszpanie: Oscar Pereiro i czwarty przed rokiem Santi Perez. Mocnych liderów przysyłają również ekipy rywalizujące o "dzikie karty" na 90. Tour de France. Baskowie z Euskaltel przyjechali z Jose Alberto Martinezem i Haimarem Zubeldią, zaś portugalska Milaneza wystawi Szwajcara Fabiana Jekera i Duńczyka Clausa-Michaela Mollera. Udziału w "Wielkiej Pętli" pewna jest francuska drużyna Cofidis, która przyjechała do Romandii w składzie ledwie 6-osobowym, ale z Davidem Moncoutie'm. Natomiast wśród grup ostro trenujących przed Giro zobaczymy: wspomnianego już Dufaux (Alessio), młodych Francuzów: Sandy Casara i Nicolasa Fritscha (FdJeux.com), Austriaka Georga Totschniga (Gerolsteiner), Włochów Wladimira Belliego (Lampre) i Eddy Mazzoleniego (Vini Caldirola), Kazacha Aleksandra Szefera (Saeco) oraz najlepszych kolarzy w kategorii do lat 23 w dwóch ostatnich sezonach: Ukraińca Jarosława Popowicza i Rosjanina Michaiła Timoszina obu z belgijskiej ekipy Landbouwkrediet. Może młodzi pokażą się z dobrej strony przynajmniej w klasyfikacji górskiej, której mecenasem jest ich drugi sponsor czyli fabryka rowerów signore Ernesto Colnago.
OLIMPIJSKI
SPOKÓJ
HAMILTONA
Amerykanin Tyler Hamilton z duńskiej drużyny Team CSC z olimpijskim spokojem wywiązał się z roli głównego faworyta Tour de Romandie. Hamilton tydzień po niespodziewanym sukcesie w klasyku Pucharu Świata Liege-Bastogne-Liege okazał się najlepszy również na trasie dookoła Romandii. Kolarz rodem z Marblehead na wschodnim wybrzeżu USA szalę zwycięstwa na swą stronę przechylił jednak dopiero dzięki fantastycznej jeździe podczas finałowej czasówki na ulicach Lozanny. Zanim jednak to nastąpiło liderzy tegorocznej, wielce interesującej TdR zmieniali się niemal codziennie. Wtorkowy prolog na krętych uliczkach Genewy wygrał 22-letni Szwajcar Fabian Cancellara (Fassa Bortolo). Były dwukrotny mistrz świata juniorów w jeździe indywidualnej na czas (1998-99) oraz srebrny medalista w gronie zawodników do lat 23 (w sezonie 2000) wyprzedził swych znacznie bardziej doświadczonych rodaków: o 0:02 Alexandra Moos'a (Phonak) i o 0:03 Laurenta Dufaux (Alessio). Hamilton był siódmy ze stratą 0:07, a tuż za nim uplasował się kolejny Szwajcar Alex Zulle (Phonak). Niespodzianką "in minus" była postawa zwycięzcy dwóch poprzednich edycji wyścigu Włocha Dario Frigo (Fassa Bortolo), który zajął dopiero 42 miejsce ze stratą 0:15. Bohaterem środowego etapu, przeprowadzonego w uciążliwym deszczu na zalesionych i pofałdowanych drogach szajcarskiej Jury został Włoch z ekipy Lampre Simone Bertoletti. Zaatakował on już na 20 kilometrze i jak sam później przyznał bardziej "dla hecy" niż z nadziejami na odniesienie zwycięstwa. Jednak przy biernej postawie peletonu zdołał uzyskać nawet 15 minut przewagi i w tych okolicznościach postanowił wytrwać w swej śmiałej akcji do samej mety. Mimo pościgu grupy zasadniczej i nie łatwego terenu dotarł on do miejscowości Fleurier z zapasem 1:09 nad peletonem, który na skutek profilu trasy i kiepskiej aury "odchudzony" został do zaledwie 48 zawodników. Tym samym robotnik z Lampre odniósł swoje życiowe, a drugie w ogóle zwycięstwo w zawodowej karierze (pierwsze wywalczył w Cieszynie podczas Tour de Pologne 1997) i został nowym liderem TdR.
Czwartkowy etap do Lucens był w zasadzie jedyna okazją do wykazania się dla typowych sprinterów. Niemniej na ich nieszczęście potoczył się wedle ogranego już dzień wcześniej scenariusza. Również i tym razem po około 20 kilometrach zainicjowano akcję, która rozstrzygnęła o losach etapu. Tym razem w długą podróż ze szczęśliwym finałem wybrało się dwóch śmiałków: Szwajcar Martin Elmiger (Phonak) i Ukrainiec Jurij Kriwcow (Jean Delatour). Obaj mieli przed startem do drugiego etapu około 13-minutowe straty do lidera, więc drużyna Lampre podeszła do ich ucieczki z dużą dozą wyrozumiałości. Dwójka ta osiągnęła maksymalną przewagę 10:37 na bufecie około setnego kilometra, zaś na 50 km przed metą wciąż utrzymywała zysk blisko 9 minut nad kontrolowanym przez ekipę lidera peletonem. Dopiero od tego momentu grupa zasadnicza znacznie przyśpieszyła, lecz pościg był mocno spóźniony wobec czego Szwajcar z Ukraińcem mogli sobie na ostatnich 250 metrach etapu spokojnie wyjaśnić komu należy się zwycięstwo. Ostatecznie Kriwcow wykorzystał swą dogodną (drugą) pozycję na finiszu i nie dał większych szans Elmigerowi. Natomiast cały peleton ze stratą 1:23 przyprowadził młody, włoski sprinter Angelo Furlan (Alessio). Czemu jego koledzy mocniej nie popracowali na trasie? Być może oszczędzali siły przed górskimi odcinkami, na których zgodnie z planem mieli pomagać swemu liderowi Dufaux. Właśnie tenże 34-letni franko-Szwajcar urodzony w Montreux nad jeziorem Genewskim wygrał pierwszy z górskim etapów 57. TdR z metą Loeche-les-Bains (Leukerbad), aczkolwiek stało się to w rzadko współcześnie spotykanych okolicznościach. Piątkowy etap miał rozstrzygnąć się na finałowym, blisko 17-kilometrowym podjeździe do uzdrowiska ponad miasteczkiem Leuk. Początkowo zaatakowało na nim dwóch kolarzy z portugalskiej grupy Milaneza: Hiszpan David Bernabeu i Szwajcar Fabian Jeker. Gdy dzięki wysiłkom kolarzy z ekip: Fassa Bortolo, Phonak i Team CSC zostali oni doścignięci, na 8 kilometrów przed metą skontrował ich młodszy kolega 25-letni Hiszpan Francisco Perez. Na szczycie wzniesienia powyżej Leukerbad miał on blisko 0:20 przewagi nad szóstką: Dufaux, Hamilton, Jeker, Moos, Jarosław Popowicz (Ukraina, Landbouwkrediet) i Carlos Sastre (Hiszpania, Team CSC). Wydawało się, iż takiego zysku nie można roztrwonić na ledwie 2-kilometrowym, choć karkołomnym zjeździe do mety. Stało się jednak coś czego nikt chyba nie oczekiwał. Na ostatnim kilometrze zdezorientowany szlakiem wybranym przez prowadzący motocykl jak i sygnalizacją osób odpowiedzialnych za zabezpieczenie trasy Perez pomylił drogę, zamiast w lewo skręcił w prawo tracąc wszelkie szanse na odniesienie etapowego sukcesu! Goniącej szóstce szansa na walkę o zwycięstwo spadła w ostatniej chwili niczym z niebios, a najlepiej okazję tą wykorzystał "szczwany lis" Dufaux finiszując najszybciej na prowadzących lekko pod górę ostatnich 300 metrach. Lider drużyny Alessio został nowym liderem wyścigu, jako że jadący dotąd w żółtej koszulce Bertoletti do mety przyjechał ze stratą aż 8:08. Z powstałego zamieszania jury wyścigu wyszło "obroną ręką" przyznając zwycięstwo etapowe oraz należne bonifikaty po 0:10 dwóm zawodnikom tj. temu, który teoretycznie pownien był wygrać czyli Perezowi oraz temu, który w praktyce najszybciej przekroczył linię finiszu czyli Dufaux. Przed weekendem krąg kandydatów do zwycięstwa zawęził się nam do siedmiu nazwisk. Dufaux prowadził, Moos tracił do niego tylko 0:06, Perez 0:14, Hamilton 0:15, Jeker 0:19, Sastre 0:26, zaś Popowicz 0:31.
Zapewne podrażniona piątkowymi wydarzeniami grupa Milaneza przystąpiła do zmasowanego ataku na pozycję lidera podczas królewskiego odcinka sobotniego. Już na podjeździe pod pierwszą tego dnia premię górską tj. Col de Mosses (31 km) wśród sześciu uciekinierów znalazło się dwóch zawodników w seledynowo-granatowych trykotach, Hiszpanie: Bernabeu i Joan Horrach. Ponieważ w odjeździe tym znalazł się również Włoch z ekipy Phonak Marco Fertonani 19. w klasyfikacji generalnej z niewielką stratą 1:29 do Dufaux, ekipa Alessio szybko zabrała się do pracy, utrzymując dystans do uciekających w granicach 1:15. Na 42 km przed metą defekt miał Bernabeu i wkrótce uciekająca grupka rozsypała się. Najdłużej bo do podnóża Vallon Villard uciekali jeszcze: Horrach i walczący o koszulkę najlepszego górala Bask z Euskaltel Egoi Martinez. Gdy ich także dogoniono Milaneza ponowiła atak i przez chwilę na czele znalazło się bez asysty innych kolarzy trzech reprezentantów portugalskiej grupy: Jeker, Claus-Michael Moller (Dania, Milaneza) i Perez! Dopiero po pewnym czasie dołączyli do nich Hamilton i Moos. Piątka ta osiągnęła szczyt wzniesienia o 0:20 przed trójką: Alberto Martinez (Hiszpania, Euskaltel); Eddy Mazzoleni (Włochy, Vini Caldirola) i Sastre oraz aż o 0:50 nad większą grupką z przegranym jak się wydawało liderem. Jednak na zjeździe niemożliwe stało się faktem trzy pierwsze grupy połączyły się i przed finałowym podjazdem Dufaux odzyskał kontakt ze swymi najgroźniejszymi rywalami. Na ostateczną rzogrywkę między asami nie zamierzał czekać nie liczący się w "generalce" (dopiero 33., + 3.26) Mazzoleni. Włoch zaatakował na pofałdowanym terenie 9 km przed metą i zyskał przewagę nad oszczędzającymi siły na ostatni podjazd faworytami. Na pościg pierwszy (około 6 km przed finałem) zdecydował się Perez, a w liczącym niespełna 20 kolarzy "peletoniku" wciąż trwało wahanie. Perez nie miał wątpliwości i postanowił powetować sobie niepowodzenie z dnia wczorajszego - na 2 km przed metą dogonił Mazzoleniego, a kilkaset metrów dalej jechał już sam. Tym razem na metę dotarł bez przygód i niezagrożony o 0:21 przed ambitnym Włochem oraz 0:31 przed "wielką czwórką": Jeker, Moos, Hamilton i Dufaux! Dzięki takiej przewadze i uzyskanej dodatkowo bonifikacie do ostatniego etapu przystąpił z zapasem: 0:29 nad Dufaux, 0:35 nad Moos'em, 0:43 nad Hamiltonem i 0:44 nad swym kolegą z drużyny Jekerem. Co prawda lidera Team CSC z uwagi na spore umiejętności w jeździe indywidualnej na czas nie spisywano jeszcze na straty, lecz zysk Pereza nad Amerykaninem wydawał się dość bezpieczny. Tymczasem Hamilton pojechał rewelacyjnie i już na pierwszych 15 km prowadzących najpierw w doł, a nastepnie po płaskim odrobił z nawiązką wszystkie straty uzyskując w tym miejscu czas o 0:48 lepszy od wysokiego Hiszpana. Co więcej na podjeździe do mety w okolicy Stadionu Olimpijskiego "Jankes" dołożył jeszcze dalsze 0:32 i tym samym zdystansował Pereza, który zajął na czasówce tylko 14 miejsce aż o 1:20. 25-latkowi z Milanezy niewiele można jednak zarzucić, wszak aby uratować się przed atakiem Hamiltona na swoją pozycję Perez musiałby wykręcić czas zbliżony do uzyskanego przez drugiego w tej próbie Zulle (+ 0:41). Niemniej przy odrobinie lepszej postawie Hiszpan mógł utrzymać choćby drugą lokatę, która ostatecznie padła łupem Dufaux, gdyż faworyt publiczności uzyskał trzeci czas dnia "tylko" o 0:47 słabszy od Amerykanina. Wobec zaprezentowanej w ostatnich ośmiu dniach dyspozycji Hamilton wyrasta niewątpliwie na jednego z głównych "challengerów" Lance'a Armstronga w jubileuszowym Tour de France. Przed Hamiltonem teraz cztery tygodnie odpoczynku (od startów), a w czerwcu już okres "bezpośredniego przygotowania startowego" czyli: Classique des Alpes, Tour de Luxembourg i Criterium du Dauphine Libere tj. wyścig, który wygrał on już w 2000 roku przy wydatnej pomocy ... Armstronga.
POWRÓT
|