TOUR - FAKTY I KOMENTARZE


ARMSTRONG CZŁOWIEK Z KSIĘŻYCA

3 lipca: Liege (prolog): Wstęp do "Wielkiej Pętli" padł łupem 23-letniego Szwajcara rodem ze stołecznego Berna Fabiana Cancellary. Były dwukrotny mistrz świata juniorów w jeździe indywidualnej na czas (z lat 1998-99) wykręcił czas 6:50 co oznaczało średnią prędkość 53,560 km/h. Jedynym zawodnikiem, który zbliżył się do wyniku młodego Helweta był wielki faworyt Lance Armstrong gorszy o zaledwie dwie sekundy. Trzeci wynik, lecz już o osiem sekund gorszy od Cancellary uzyskał z kolei inny ex-mistrz rodem z Werony (czyli 1999 roku), choć z kategorii do lat 23 Hiszpan Jose Ivan Gutierrez. Dopiero czwarty był zwycięzca ubiegłorocznego prologu TdF i tegorocznego podczas GdI Australijczyk Bradley McGee. Pod kątem klasyfikacji generalnej interesującym wydarzeniem były spore straty jakie w stosunku do Teksańczyka na tak krótkim dystansie ponieśli jego (wedle powszechnych oczekiwań) najgroźniejsi rywale. Rodak Tyler Hamilton stracił 0:16, górale: Bask Iban Mayo i Hiszpan Roberto Heras odpowiednio: 0:19 i 0:35. Jednak największy zawód swym kibicom sprawił Niemiec Jan Ullrich wszak znamienity czasowiec, który pojechał aż o 0:15 wolniej od Armstronga!

4 lipca: Charleroi (I etap): Pierwsza ucieczka tegorocznego Touru ukonstytułowała się na 16 kilometrze tego etapu w 5-osobowym składzie. Wzięli w niej udział: Włoch Paolo Bettini, Austriak Bernhard Eisel, Francuz Franck Renier, Estończyk Janek Tombak oraz Niemiec Jens Voigt. Uzyskali oni maksymalną przewagę tylko 3:45 na 55 kilometrze, więc dość szybko tj. na 132 kilometrze (70 km przed metą) zostali złapani. Drugą próbę podjęli 20 kilometrów dalej Duńczyk Jakob Piil i Belg Marc Wauters. Ten duet miał z kolei 1:45 przewagi na 177 kilometrze, lecz mimo dzielnej postawy ich odjazd również został "skasowany", choć zaledwie półtora kilometra przed linią mety. Na ostatniej prostej przy wyraźnie przeciwnym wietrze triumfowała siła blisko 35-letniego Estończyka Jaana Kirsipuu, który z pomocą swego młodszego kolegi z zespołu Ag2R Francuza Jeana-Patricka Nazona pokonał Australijczyka Robbie McEwena i Norwega Thora Hushovda. Liderem wyścigu pozostał Cancellara.

5 lipca: Namur (II etap): Drugi z walońskich etapów (jeśli pominiemy prolog) co ciekawe przez ponad 50 kilometrów wiódł szosami Francji (między 67 a 119 kilometrem). Dość wcześnie utworzyła się 6-osobowa ucieczka, w której wzięli udział trzej Francuzi: Christophe Edelaine, Christophe Mengin i Jerome Pineau, Niemiec Sebastian Lang, Duńczyk Jakob Piil oraz Irlandczyk Mark Scanlon. Peleton pozwolił im odjechać jedynie na bezpieczną odległość 5:00 (na 48 kilometrze) i potem już odjazd ten był cały czas pod kontrolą grup sprinterskich. Ostatecznie ucieczka ta zakończyła się na 174 kilometrze (czyli 23 km przed metą) i w końcówce doszło zgodnie z oczekiwaniami do finiszu z dużej grupy. Z ostatniego łuku pierwszy zdecydowanie wyskoczył Robbie McEwen i gładko wygrał przed Norwegiem Thorem Hushovdem i Jean-Patrickiem Nazonem. Dzięki dwunastu sekundom bonifikaty na mecie Hushovd został pierwszym w historii TdF liderem rodem z Krainy Fiordów.

6 lipca: Wasquehal (III etap): Zanim kolarze wyjechali z Belgii złożyli wizytę w Geraadsbergen, mieście dobrze znanym z klasyku Ronde van Vlaanderen. Na Tourze peleton ominął jednak słynny podjazd Kapelmur, choć i tak nie zabrakło tu premii górskiej, którą wygrał Holender Bram de Groot. Kolarz Rabobanku już na 3 kilometrze odjechał od grupy zasadniczej w towarzystwie silnego i aktywnego Niemca Jensa Voigta. Dwójka ta uzyskała maksymalną przewagę 6:30 nad peletonem na 105 kilometrze. Już po francuskiej stronie granicy czekały na uczestników dwa zdradliwe odcinki bruku rodem z Paris-Roubaix. Tuż przed pierwszym z nich doszło do kraksy, w której ucierpiał Iban Mayo szybko tracąc 2:00 do czołówki. Wkrótce na skutek bocznego wiatru, bruku, lecz przede wszystkim silnego tempa narzuconego przez ekipy: Phonak, T-Mobile i US Postal peleton pękł na kilka części. Rozpędzona pierwsza grupa na 170 kilometrze (czyli 40 km przed metą) "połknęła" duet śmiałków. Ostatecznie razem do mety dotarło tylko 91 zawodników, spośród których na finiszu (w samej końcówce prowadzącym nieco pod górę) najszybszy tym razem okazał się Jean-Patrick Nazon przed Niemcem Erikiem Zabelem i słabnącym na ostatnich metrach Robbie'm McEwenem. Australijczyk dzięki ośmiu sekundom bonifikaty za trzecie miejsce został kolejnym liderem, a zadanie to ułatwił mu sam Hushovd, który został w drugiej części grupy zasadniczej, która ciągnięta przez kolarzy Euskaltel przyjechała ze stratą 3:53 do zwycięzcy. Wśród pechowców i przegranych znaleźli się nietylko wspomniany już Iban Mayo, ale także: Rosjanin Denis Mienszow, Francuz Christophe Moreau, Australijczyk Michael Rogers czy Bask Haimar Zubeldia. Najwięcej wśród dobrych górali stracił zaś Hiszpan Juan Miguel Mercado - aż 15:13!

7 lipca: Arras (IV etap): Mimo spokojnego początku (zaledwie piąty wynik na pierwszym punkcie pomiaru czasu) "drużynówkę" podobnie jak przed rokiem wygrała ekipa Lance'a Armstronga - US Postal Service. Zdecydowane zwycięstwo amerykańskich "pocztowców" z przewagą ponad minuty nad drugim zespołem nie miało precedensu w najnowszej historii TdF (tj. od roku 2000 gdy przywrócono ten rodzaj czasówki na trasę "Wielkiej Pętli"). Kolarze US Postal w ósemkę (bez niedoświadczonego Hiszpana Benjamina Novala) zdystansowali szwajcarską ekipę Phonak (z Tylerem Hamiltonem) o 1:07, hiszpańską Illes Balears (z Francisco Mancebo) o 1:15, niemiecką T-Mobile (z Janem Ullrichem) o 1:19, duńską Team CSC (z Włochem Ivanem Basso) o 1:46 oraz holenderską Rabobank (z Amerykaninem Levi'm Leipheimer'em) o 1:53. Dopiero siódmy czas (+ 2:25) uzyskała grupa Dariusza Baranowskiego i Roberto Herasa czyli Liberty Seguros. Podopieczni Manolo Sainza nie nawiązali więc do tradycji drużyny ONCE, która wygrała drużynówkę w latach 2000 i 2002 oraz zajęła drugie miejsca w latach 2001 i 2003. Na skutek zawiłego regulaminu Armstrong (apropos nowy, czwarty już lider) zyskał jednak tylko 0:20 nad Hamiltonem, 0:30 nad Mancebo, 0:40 nad Ullrichem. Herasowi do straty względem Armstronga doliczono 1:10, zaś Ibanowi Mayo 1:20 (zespół Euskaltel spisał się bowiem bardzo dzielnie zajmując ósmą pozycję). Wypaczenia nowych zasad ujawniły się w dwóch przypadkach. Lider włoskiej ekipy Saeco Gilberto Simoni upadł na śliskiej trasie tuż przed metą i na metę przyjechał o sześć sekund za kolegami (odpowiednio z realną stratą 2:36 i 2:42 do UPS). W tej sytuacji dziewiątej ekipie Saeco przypisano stratę 1:30, zaś biednemu "Gibo" rzeczywiste 2:42 co dało mu miejsce gorsze od wielu drużyn realnie od niego wolniejszych! Niewiele większy decyfit do klasyfikacji łącznej (tzn. 3:00) zapisano kolarzom najsłabszej tego dnia formacji FdJeux.com, która jadąc "na pół gwizdka" faktycznie była aż o 7:33 wolniejsza od US Postal!

8 lipca: Chartres (V etap): Zaraz po wspólnym z kolegami triumfie na czwartym etapie Lance Armstrong zasugerował, iż nie zmartwi się zbytnio ewentualną stratą koszulki lidera podczas płaskiej fazy wyścigu. Mając takie "przyzwolenie" szefa całego peletonu do boju od 16 kilometra kolejnego odcinka ruszyła piątka śmiałków tzn. młodzi Francuzi: Sandy Casar i Thomas Voeckler, Szwed Magnus Backstedt, Australijczyk Stuart O'Grady oraz niezmordowany Duńczyk Jakob Piil. Ponieważ z tej piątki tylko Voeckler nie poniósł minutowych strat na dramatycznym etapie trzecim stało się jasne, iż w razie powodzenia ich akcji to młody mistrz Francji zostanie nowym liderem. Kwintet ten wypracował sobie na 135 kilometrze przewagę aż 17:20 nad grupą zasadniczą, w czym pomogła nieco wielka kraksa jak wydarzyła się w pierwszych szeregach peletonu na 104 km. Wzięli w niej udział trzej "górale" Armstronga: Portugalczyk Jose Azevedo oraz Hiszpanie Manuel Beltran i Jose Luis Rubiera, a także Holender Michael Boogerd, włoski supersprinter Alessandro Petacchi czy Hiszpan Angel Vicioso. Uciekinierzy niemal do końca zgodnie współpracowali i niewiele uronili ze swego zapasu, który ostatecznie wyniósł 12:33! Dopiero na 4 kilometry przed metą zaatakował O'Grady, którego jednak dogonili Piil i Voeckler. Kilometr przed metą czołówka zjechała się, lecz wyraźnie było widać, iż najwięcej sił kosztowało to Backstedta. Na finiszu szybki zazwyczaj Szwed nie liczył się, zaś sprint zdecydowanie wygrał główny faworyt tej rozgrywki O'Grady. Nowym liderem został Voeckler z bezpieczną (na czas jakiś) przewagą 3:13 nad O'Gradym, 4:06 nad Casarem i aż 9:35 nad Armstrongiem, który spadł na szóstą pozycję.

9 lipca: Angers (VI etap): Do szóstego odcinka nie przystąpili obaj włoscy herosi sprintu Mario Cipollini i Alessandro Petacchi. Od 21 kilometra uciekała szóstka zawodników tzn. Francuzi Carlos Da Cruz i Jimmy Engoulvent, Norweg Kurt-Asle Arvesen, Włoch Alessandro Bertolini, Hiszpan Juan Antonio Flecha oraz Holender Marc Lotz. Zmagając się z silnym przeciwnym wiatrem zdołali oni wypracować sobie tylko 4:00 przewagi (na 132 kilometrze) co nie wróżyło im najlepiej w perspektywie prawdziwej pogonii peletonu. Grupa zasadnicza na ostatnich kilkunastu kilometrach stopniowo wyłapała śmiałków: najpierw Arvesena i Bertoliniego, potem Da Cruza, Engoulvent i Lotza by na kilometr przed metą dopaść też najbardziej wytrwałego Flechę. Dokładnie w tym miejscu (praktycznie pod banerem oznaczającym 1000 metrów do mety) wydarzyła się na zwężeniu drogi największa z dotychczasowych kraks w tegorocznym wyścigu. Uniknęła jej w zasadzie tylko czołowa grupa około 25 kolarzy, która na krętym i prowadzącym lekko pod górkę finiszu rozegrała między sobą walkę o zwycięstwo. Tym razem triumfował zawodzący dotąd Belg Tom Boonen wyraźnie wyprzedzając Stuarta O'Grady i Erika Zabela. Z tyłu pechowcy przyjeżdżali do mety na przestrzeni pięciu minut! W kraksie najbardziej ucierpiał Austriak Rene Haselbacher, jednak obrażeń nie uniknęli też Tyler Hamilton, Robbie McEwen czy Gilberto Simoni.

10 lipca: Saint-Brieuc (VII etap): Tego dnia sprawdziło się przysłowie "do trzech razy sztuka". Pierwszy atak (od 55 kilometra) przeprowadzili Holender Erik Dekker i Belg Thierry Marichal. Ich szanse na dojechanie do mety w tak skromnym składzie były jednak znikome i to mimo przewagi 8:30 na pewnym etapie tej eskapady. Po dogonieniu wspomnianej dwójki kolejną próbę podjął wydawałoby się doborowy do takiej akcji kwartet czyli świetni, młodzi czasowcy: Fabian Cancellara i Rosjanin Jewgienij Pietrow oraz specjaliści od ucieczek (jak zwykle) Jakob Piil oraz Hiszpan Vicente Garcia Acosta. Im jednak adekwatnie do sytuacji (większa grupa i bliżej mety) pozwolono na znacznie mniej tj. max 0:30 i ostatecznie dogoniono ich na 8 kilometrów przed metą. Wkrótce po tym decydujący atak zainicjował Paolo Bettini, do którego doskoczyli rodacy: Filippo Pozzato (zwolniony z pracy dla Petacchiego) i Michele Scarponi, a także Francuzi: Laurent Brochard i Sebastien Hinault, Bask Iker Flores i Hiszpan Francisco Mancebo. Na ostatnim kilometrze od swych kompanów odjechali: Flores, Mancebo i Pozzato. Ten ostatni znany ze sporej szybkości nie miał w końcówce problemów z kolarzami zza Pireneji i to pomimo wyczerpującego (znów wyznaczonego pod górę) sprintu. "Pippo" łatwo ograł Floresa i Mancebo, zaś pozostała czwórka straciła 0:10 i na kresce niemal dogonił ją peleton przyprowadzony przez Thora Hushovda.

11 lipca: Quimper (VIII etap): Kolejny pagórkowaty odcinek w Bretanii w zimnie, z deszczem i wiatrem. Tradycyjnie już wszystko zaczęło się od ucieczki paru kolarzy i tym razem nie zabrakło wśród nich Jakoba Piila - w sumie przejechał około 550 km przed peletonem w ciągu pierwszych siedmiu odcinków ze startu wspólnego! W jego towarzystwie tym razem pojawili się Niemiec Ronny Scholz i Włoch Matteo Tosatto. Przewaga tej trójki wyniosła około półmetka 5:52 i ten zapas pozwolił wytrwać im na czele do 158 kilometra tj. do chwili gdy do mety brakło jeszcze 10 kilometrów. Również na zakończenie pierwszej fazy wyścigu kolarzy czekał ciężki (bezprzecznie najtrudniejszy z dotychczasowych) finisz prowadzący pod górę już na ponad kilometr przed metą! Tam pierwszy zdecydowanie zaatakował Paolo Bettini, lecz gdy tylko Włoch zdał sobie sprawę iż na kole wjezie tej klasy sprintera co Robbie McEwen pozowolił dojść się pozostałym konkurentom. Na 500 metrów przed finałem zdecydowany atak rozpoczął kolarz z Luksemburga Kim Kirchen zyskał nieco przewagi i jego szanse na wygranie etapu przez moment wyglądały obiecująco. Do czasu gdy na czoło peletonu nie wyszedł Thor Hushovd zdecydowanie gubiąc pozostałych sprinterów. Norweg na ostatniej prostej łatwo minął Kirchena, który niezagrożony dotarł na metę na drugiej pozycji, zaś trzecią zajął jak zwykle regularny Erik Zabel.

KOMENTARZ :

Podczas pierwszej tercji wyścigu uczestnicy pokonali 1449 kilometrów z Walonii przez północną i północno-zachodnią Francję do Bretanii. Pomimo tego, iż choć jak zwykle na Tour de France pierwszy tydzień stanowi tylko preludium do kluczowych dla losów całej imprezy wydarzeń w Alpach i Pirenejach nie mogliśmy narzekać na brak emocji nawet w kontekście klasyfikacji generalnej. W przeciągu dziewięciu dni aż pięciu zawodników dostąpiło zaszytu przywdziania żółtej koszulki lidera. Nikomu nie udało się wygrać dwóch etapów, zaś z podejmowanych codziennie prób ataków powiodły się już dwie ucieczki. Na skutek charakterystycznej dla początku wyścigu nerwowości w peletonie, w tej edycji dodatkowo potęgowanej wyjątkowo kiepską aurą nie obyło się bez dramatów w postaci kontuzji i strat czasowych paru prominentnych zawodników. Jednak głównymi aktorami pierwszego tygodnia Tour de France tradycyjnie są sprinterzy, w tym czasie najszybsi ludzie w peletonie mogą nie tylko powalczyć o etapowe zwycięstwa, lecz zdobyć choćby na chwilę bezcenną w kolarskim świecie "maillot jaune" czyli żółtą koszulkę lidera TdF. Tegoroczna rywalizacja sprinterów jest bardzo ciekawa i zacięta, bowiem między Charleroi a Quimper gdzie pięć z siedmiu etapów ze startu wspólnego zakończyło się finiszami z dużej grupy (co ciekawe bodaj wszystkie poza belgijskimi prowadziły mniej lub bardziej pod górkę) każdy z nich wygrał inny as sprintu!

Na początku popisywali się kolarze Ag2R - w Charleroi wygrał Jaan Kirsipuu, zaś w Wasquehal Jean-Patrick Nazon. Nawiązywał z nimi od początku walkę Robbie McEwen (najlepszy sprinter TdF przed dwoma laty), który odniósł bezdyskusyjne zwycięstwo w Namur. Najlepszym nie ustępował Thor Hushovd, który najpierw został jednodniowym liderem (z koszulki lidera "rozebrał go" zresztą McEwen), a potem w Bretanii miał bodaj największy dynamit w nogach, bowiem wygrał zarówno finisz z peletonu tylko po ósme miejsce w Saint-Brieuc jak i sam etap z najtrudniejszym dotąd finiszem wyznaczony dzień później w Quimper. Swój dzień miał także młody Belg Tom Boonen, który najszybciej finiszował z peletonu przetrzebionego przez wielką kraksę na ulicach Angers. Klęskę ponieśli dwaj włoscy mistrzowie sprintu. Alessandro Petacchi choć przed rokiem wygrał cztery odcinki jubileuszowego Touru tym razem przekonał się boleśnie, że stawka rywali na TdF jest znacznie silniejsza niż na domowym GdI gdzie w tym roku panował niepodzielnie wygrywając aż dziewięciokrotnie! Na domiar złego "Aleksander Wielki" potłukł się mocno na piątym etapie, złamał żebro i nie wystartował już do kolejnego dnia zmagań. Największy sprinter minionej dekady, a chyba i wszechczasów 37-letni Mario Cipollini niestety jest już raczej "melodią przeszłości" i zastanawiać może jedynie dlaczego dopiero teraz organizatorzy TdF dali mu szansę ponownego startu w tym wyścigu, a nie w latach 2000-02 czy może nawet przed rokiem gdy znacznie więcej mógł wnieść do dramaturgii sprinterskich potyczek. Niemniej jak już wspomniałem i bez fajerwerków ze strony Włochów batalie sprinterów mamy najciekawszą od lat, a najlepszym potwierdzeniem tej tezy jest fakt, iż po dziewięciu dniach walki w klasyfikacji punktowej pierwszego zawodnika od piątego dzieli zaledwie 19 punktów. Prowadzi McEwen - 159, przed O'Gradym - 149, Zabelem - 148, Hushovdem - 147 i Hondo - 139.

W zmaganiach o generalne zaszczyty na razie sytuacja jak z przysłowia: "wilk syty i owca cała". W roli zadowolonego drapieżnika widzę Lance'a Armstronga, który wygrał obie dotychczasowe potyczki ze swymi rywalami rozegrane na trasach prologu i jazdy drużynowej na czas. Rywale Amerykanina potracili już sekundy (co najistotniejsze Jan Ullrich + 0:55), a pechowcy jak np. Ibanem Mayo nawet minuty (+ 5:27). Jednocześnie "Boss" bez żalu (strategicznie) oddał koszulkę lidera już na drugi dzień po drużynówce. Pomysł Armstronga możnaby zamknąć w jednym zdaniu: "niech na razie inni (niegroźni rywale) bronią prowadzenia, gdyż ja wolę mieć wypoczęty zespół przed górami by z jego pomocą dopiero tam zrobić to co do mnie należy". Wobec takiej taktycznej zagrywki głównego faworyta 5-osobowa ucieczka na etapie do Chartres osiągnęła aż 12:33 przewagi nad grupą zasadniczą i choć etap wygrał Stuart O'Grady nowym liderem z przewagą aż 9:35 nad Armstrongiem został mistrz z francuskiego podwórka Thomas Voeckler. Francuzi już blisko 20 lat czekają na kolejny triumf swojego kolarza w "Wielkiej Pętli" (ostatnim w 1985 roku był Bernard Hinault), lecz rok po roku ich pupile okazują się niemal bezbronni (niczym owieczki) wobec górskich i czasówkowych popisów kolarzy z: Hiszpanii (Delgado i Indurain), Włoch (Pantani), północy Europy (Roche, Riis, Ullrich) czy nawet zza Atlantyku (Lemond, Armstrong).

W tej sytuacji wedle przysłowia "jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma" gospodarze będą trzymać kciuki za młodego Voecklera by jak najdłużej wiózł koszulkę lidera tj. przejechał w niej Masyw Centralny, a może nawet Pireneje. Conajmniej czterodniowe prowadzenie 25-letniego Voecklera, etapowe sukcesy 23-latków Cancellary (prolog w Liege) i Pozzato (najszybszego z ucieczki na ostatnich kilometrach w Saint-Brieuc) czy nawet zwycięstwa 26-letniego Hushovda i 27-letniego młodszego z braci Nazonów są też dowodem na to, iż w zawodowym peletonie u progu Pro Touru coraz żwawiej następuje zmiana warty skoro nawet podczas największego i najtrudniejszego wyścigu w sezonie młodzi potrafią pokazać plecy uznanym mistrzom. Łatwiej o tego typu rewolucje oczywiście przy szybkiej walce na płaskim terenie, ale i w górach gdzie większe znaczenie ogrywa nabyte latami doświadczenie i wypracowana wytrzymałość tego typu niespodzianki są mile widziane. Nas nierozpieszczanych przez swoich "mistrzów dwóch kółek" kibiców znad Wisły umiarkowanie cieszyć może natomiast dobra jazda Dariusza Baranowskiego, który będąc czujnym szczęśliwie dojechał do Quimper na 33 miejscu ze stratą 11:15 do Voecklera, lecz zarazem tylko 1:40 do Armstronga. "Ryba" jest obok swych liderów czyli Roberto Herasa i Igora Gonzaleza de Galdeano jedynym kolarzem Liberty Seguros, który dokonał tej niełatwej w pierwszym, nerwowym tygodniu sztuki.



13 lipca: Gueret (IX etap): Drugą fazę wyścigu kolarze rozpoczęli w Saint-Leonard-de-Noblat rodzinnym mieście legendy francuskiego kolarstwa Raymonda Poulidora. Na 38 kilometrze od peletonu udało się oderwać Baskowi Inigo Landaluze i Włochowi Filippo Simeoniemu, których bez powodzenia próbował gonić Holender Karsten Kroon. Na 92 kilometrze duet uciekinierów osiągnął maksymalną przewagę 10:00 nad grupą zasadniczą i w tym momencie prawdziwą pogoń rozpoczęły sprinterskie ekipy: Credit Agricole, Gerolsteiner i Quick Step. Mimo tego szanse dwójki na dojechanie do mety przed dużą grupą niemal do końca wyglądały poważnie. Landaluze i Simeoni na 15 km przed metą mieli bowiem jeszcze 2:12 przewagi, zaś 5 kilometrów dalej wciąż 1:25. Jednak na skutek zbyt długiego oglądania się na siebie podczas ostatniego kilometra spotkała ich przykra niespodzianka. Peleton dopadł ich na ostatniej prostej, Landaluze dokładnie na 60 metrów przed kreską! Tym sposobem niebezpieczny finisz na krętej, wąskiej i prowadzącej pod górę koncówce wygrał największy specjalista od tego typu rozgrywek czyli Robbie McEwen nieznacznie wyprzedzając Thora Hushovda i swego rodaka Stuarta O'Grady.

14 lipca: Saint-Flour (X etap): To można było przewidzieć, choć Francuz Richard Virenque najlepsze lata ma za sobą wciąż stać go na wygranie jednego górskiego etapu we właściwym dla siebie spektakularnym stylu czyli po maratońskiej ucieczce. Ulubieniec francuskich kibiców przydobał im się ponownie w najwłaściwszym momencie tzn. wygrywając podobnie jak przed rokiem w Morzine podczas dnia święta narodowego Republiki Francuskiej. Virenque rozpoczął swój przeszło 200-kilometrowy rajd już na 35 kilometrze w towarzystwie Belga Axela Merckxa. Dwójka niezłych górali osiągnęła wspólnie maksymalną przewagę 11:00 zanim Francuz zgubił swego kompana w końcówce najtrudniejszego tego dnia podjazdu pod Col du Pays de Peyrol (na 65 kilometrów przed metą). Peleton dogonił Merckxa na 30 kilometrów przed Saint-Flour, zaś Virenque niezagrożony dotarł do mety z przewagą 5:19 nad faworytami całego wyścigu. Mocno rozciągnięty, 71-osobowy peleton (z liderem) rozpadł się na krótkiej wspinaczce do mety. Linię mety zawodnicy przekraczali w kilku grupkach na przestrzeni 64 sekund, zaś najszybciej w tym gronie finiszowali Niemcy z T-Mobile: Andreas Kloden i Erik Zabel. Niestety nie było wśród nich Dariusza Baranowskiego, który już podczas pierwszego górskiego testu stracił 19:05 do największych asów (24:24 do Virenque'a) i rozwiał nasze skromne nadzieje na udanym występ w Tourze polskiego "rodzynka". Tymczasem Francuz z Quick Stepu wygrywając wszystkie dziewięć premii na etapie zrealizował swój główny plan tzn. objął zdecydowane prowadzenie w klasyfikacji górskiej wyścigu.

15 lipca: Figeac (XI etap): Na pierwszych kilometrach, w rozmaitych konfiguracjach próbowało uciekać kilkunastu kolarzy. Ostatecznie (na 48 kilometrze) ta sztuka udała się trzem spośród nich: Hiszpanowi Juanowi-Antonio Flechy, Baskowi Egoi Martinezowi oraz Francuzowi Davidowi Moncoutie. Na pagórkowatej trasie w regionie Lot wypracowali oni sobie przewagę 8:00 na 124 kilometrze (40 km przed metą) dzięki czemu mogli rozstrzygnąć o losach etapu we własnym, wąskim gronie. Na 9 kilometrów przed metą podczas lekkiego podjazdu (4,5 km przy średnim nachyleniu 3,3 % lecz bez premii górskiej) pierwszy z czołówki zaatakował Flecha, którego pozostała dwójka szybko dogoniła za sprawą Martineza. Natychmiast mocno skontrował znający bardzo dobrze owe strony (mieszkał tu czas jakiś) Moncoutie i kolarze zza Pireneji praktycznie bez walki skapitulowali. Francuz osiągnął metę o 2:15 przed Flechą i 2:17 przed Martinezem. Grupę zasadniczą (nomen omen kolejny raz nieźle porwaną) przyprowadził Thor Hushovd przed Erikiem Zabelem i Robbiem McEwen'em. Trzy odcinki w Masywie Centralnym nie zmogły (w żadnym stopniu) Thomasa Voecklera. Młody Francuz miał więc wjechać w Pireneje z zapasem 3:00 nad O'Gradym i co istotniejsze 9:35 nad pierwszym z faworytów czyli Lancem Armstrongiem.

16 lipca: La Mongie (XII etap): Ten dzień dać już miał dość klarowną odpowiedź na pytanie jak mocny jest w tym roku Lance Armstrong i czy kolarze wymieniani wśród jego najpoważniejszych rywali będą w stanie rzeczywiście mu zagrozić. Tuż po starcie zaatakowała czwórka: Francuz Frederic Finot, Luksemburczyk Kim Kirchen, Szwed Marcus Ljungqvist i Belg Wim Vansevenant. W strefie bufetu (na 97 kilometrze) osiągnęli oni maksymalny zysk 4:00 po czym zostali złapani jeszcze przed miasteczkiem Arreau (160 km), które w tym roku stanowiło bramę wjazdową w Pireneje. Na podjeździe pod Col d'Aspin ulewny deszcz zastąpił wcześniej lejący się z nieba żar. Nieśmiały atak jako pierwszy podjął Filippo Simeoni, zaś po nim szczęścia spróbowali Francuzi: Christophe Moreau i Richard Virenque. Jednak dopiero Duńczyk Michaela Rasmussena przetrwał na czele nieco dłuższy czas, bowiem został złapany już na finałowym podjeździe (7 kilometrów przed metą). W coraz skromniejszej grupie faworytów jako pierwszy spośród potencjalnie najgroźniejszych rywali "Bossa z Teksasu" kłopoty zaczął przeżywać poturbowany w końcówce etapu szóstego Amerykanin Tyler Hamilton. Niedługo po nim przyszedł czas na Hiszpana Roberto Herasa i Niemca Jana Ullricha. Po dogonieniu Rasmussena z czołówki atakował Hiszpan Carlos Sastre. W odpowiedzi na drugi atak górala z Team CSC przyśpieszył jego rodak, lecz z Illes Balears Francisco Mancebo i wtedy właśnie do akcji przystąpił Lance Armstrong. Jedynym zawodnikiem, który był w stanie (i to bynajmniej nie ostatkiem sił) utrzymać jego tempo był Włoch Ivan Basso. Zgodnie współpracując Armstrong i Basso przegonili Sastre i metę osiągnęli z przewagą 0:20 nad Niemcem Andreasem Klodenem (który okazał się znacznie mocniejszy od swego lidera - Ullricha), 0:24 nad Mancebo i 0:33 nad Sastre. Etap wygrał Basso, ale bez większego oporu (jakby za przyzwoleniem) lidera US Postal Service. Spodziewani oponenci Armstronga okazali się "papierowymi tygrysami": Iban Mayo stracił 1:03, Gilberto Simoni 1:32, Aitor Gonzalez 1:39, Jan Ullrich 2:30, Roberto Heras 2:57, zaś Tyler Hamilton 3:27 - wszystko na jednej górze, lecz najgorsze dla większości z nich miało dopiero nadejść. Voeckler pojechał na miarę oczekiwań tzn. zajął 41 miejsce ze stratą 3:59. Dodając 12 sekund bonifikaty dla Amerykanina (za drugą lokatę na mecie) dzielnemu Francuzowi z Brioches la Boulangere z przewagi nad Armstrongiem zostało już tylko 5:24.

17 lipca: Plateau de Beille (XIII etap): Przez większą część tego skrajnie wyczerpującego odcinka na czele znajdowała się trójka śmiałków. Akcję rozpoczęli na 26 kilometrze Francuz Sylvain Chavanel i znany nam dobrze z tego typu prób Niemiec Jens Voigt. Po upartej pogoni dogonił ich tuż przed szczytem Col du Portet d'Aspet przegrany dzień wcześniej Duńczyk Michael Rasmussen. Tymczasem na zapleczu peletonu z wyścigiem pożegnało się kilku kolarzy, wśród nich tak prominentni jak kontuzjowani: Tyler Hamilton (plecy) i Rosjanin Denis Mienszow (kolano) oraz będący bez formy Bask Haimar Zubeldia. Peleton prowadzony "żelazną ręką" przez zmieniających się na czele pomocników Lance'a Armstronga pozwolił odjechać trójce uciekinierów najwyżej na 5:30. Mocne tempo kolarzy US Postal eliminowało jednocześnie kolejnych rywali "Bossa". Pod Col de Latrape od grupy zasadniczej odpadł Iban Mayo, na kolejnym podjeździe był nawet bliski wycofania się, zaś ostatecznie stracił 37:40! Podczas wspinaczki pod Col d'Agnes ten sam los spotkał Roberto Herasa, który na mecie zameldował się 21:35 po najlepszych. Po heroicznej walce przetrwał jednak w czołówce posiadacz żółtej koszulki Thomas Voeckler. W międzyczasie tj. na piątej premii górskiej tempa Rasmussena i Voigta nie wytrzymał Chavanel - co nie przeszkodziło mu następnie dotrzeć do mety przed dwójką współtowarzyszy ucieczki. Duńczyk i Niemiec dojechali do podnóża finałowego wzniesienia z przewagą 3:00 nad peletonikiem prowadzonym przez czterech robotników Armstronga. W tym miejscu George'a Hincapiego i Floyda Landisa na prowadzeniu zmienił Hiszpan Jose-Luis Rubiera, zaś gdy na czele znalazł się Portugalczyk Jose Azevedo dokonało się dzieło zniszczenia. Tempo dwóch panów "A" z US Postal wytrzymał tylko Ivan Basso, którego nie zmogło nawet podkręcenie prędkości przez samego Tekańczyka. Za nimi najlepiej kręcił Austriak Georg Totschnig. Finisz tym razem "wygrał" Amerykanin, a biorąc pod uwagę fakt, iż w Plateau de Beille wygrywali dotąd tylko późniejsi triumfatorzy całego Touru (w 1998 roku Włoch Marco Pantani, w 2002 roku sam Armstrong) jest to najlepszy prognostyk dla Lance'a przed trzecim tygodniem 91. Tour de France. Owej sądnej soboty duet Armstrong & Basso wyprzedził Totschniga o 1:05, Klodena i Mancebo o 1:27, Ullricha o 2:42, zaś Azevedo o 2:50. Tymczasem Voeckler przeszedł samego siebie finiszując na trzynastym miejscu ze stratą tylko 4:42 - co pozwoliło mu zachować pozycję lidera ze skromnym zapasem 22 sekund nad Armstrongiem.

18 lipca: Nimes (XIV etap): Kolejny przejściowy odcinek, tym razem prowadzący od Pireneji w stronę Alp zgodnie z oczekiwaniami zakończył się udaną ucieczką kolarzy z drugiego-trzeciego szeregu. Po przeszło dwóch godzinach nerwowej atmsofery w peletonie (tj. niezliczonych akcjach zaczepnych) około setnego kilometra zawiązał się odjazd dziesięciu kolarzy. Znaleźli się w nim Francuzi: Pierrick Fedrigo, Nicolas Jalabert, Christophe Mengin, Baskowie: Igor Gonzalez de Galdeano, Inigo Landaluze i Egoi Martinez (dwaj ostatni z Euskaltel), Kolumbijczyk Santiago Botero, Hiszpan Aitor Gonzalez, Holender Markus Lotz i Austriak Peter Wrolich. Nie niepokojeni przez peleton prowadzony w spokojnym tempie przez ekipę lidera Brioches La Boulangere uciekinierzy (z których najwyżej klasyfikowany Martinez tracił do Voecklera 37:39) szybko zyskali znaczną przewagę tzn. 4:20 na 124 kilometrze, 10:50 na 135 km i 13:00 na 167 km (25 kilometrów przed metą). Wewnętrzną walkę o zwycięstwo etapowe rozpoczął na 9,5 km przed finałem Gonzalez de Galdeano. Po kilku dalszych akcjach i kontrakcjach decydujący atak na 6 kilometrów przed metą przeprowadził jednak inny Gonzalez - Aitor. Znakomity czasowiec bezwzględnie wykorzystał niezdecydowanie swych rywali i dotarł do mety z przewagą 0:25 nad Francuzami: Jalabertem i Menginem. Zaciętą walkę o jedenastą pozycję (jakieś + 14 minut później) stoczyła czołowa piątka z klasyfikacji punktowej. Swój status najszybszego kolarza w peletonie potwierdził Robbie McEwen, który wyprzedził Thora Hushovda, Danilo Hondo, Stuarta O'Grady i w końcu Erika Zabela.

KOMENTARZ :

"Z dużej chmury mały deszcz" czyli zamiast przepowiadanego zmierzchu gwiazdy Lance'a Armstronga i zajadłych ataków godnych mistrza rywali podczas dwóch pirenejskich odcinków byliśmy świadkami szybkiego upadku wszystkich czterech pretendentów do objęcia tronu "króla Francji" po Amerykaninie. Zawód jest tym większy, iż Tyler Hamilton, Roberto Heras, Iban Mayo czy Jan Ullrich nie zostali w zasadzie pokonani przez samego Armstronga, lecz przez jego pomocników. Otóż wyżej wymienieni kolarze imponujący wysoką formą jeszcze w czerwcu w ubiegły piątek czy sobotę nie wytrzymywali tempa Portugalczyka Jose Azevedo, Hiszpana Jose-Luisa Rubiery czy nawet amerykańskiego "klasyka" George'a Hincapie! W rezultacie Hamilton już nie jedzie w wyścigu, Heras jest 35. (+ 27:35), Mayo dopiero 49. (+ 45:04) i w zasadzie tylko Ullrich aczkolwiek bezsilny na górskich końcówkach nie poddaje się walcząc już raczej nie z Armstrongiem, lecz z innymi kolarzami o być może generalne podium. Jedynym konkurentem godnym Teksańczyka okazał się być ex-zwycięzca klasyfikacji młodzieżowej Tour de France (z sezonu 2002) Włoch Ivan Basso. Podopieczny Bjarne Riisa (pogromcy Miguela Induraina!) dotrzymał kroku "Bossowi" zarówno podczas wspinaczki pod La Mongie jak i Plateau de Beille. Obaj godni siebie rywale sprawiedliwie podzieli się przy tym zwycięstwami etapowymi. Wykluczając nieprzewidziane wypadki Basso jest jedynym realnym zagrożeniem dla historycznego, szóstego zwycięstwa "Kowboja z Teksasu". Jednak mimo sporych postępów poczynionych przez Włocha w ciągu ostatnich 12 miesiący wciąż niemal wszystko przemawia za Armstrongiem tzn. przewaga 1:17, lepsze umiejętności w jeździe indywidualnej na czas, większe doświadczenie czy w końcu silniejsza i bardziej skupiona na realizacji wielkiego celu drużyna. Całe szczęścia jednak, iż w obliczu kleski innych asów opatrzność zesłała kogoś takiego jak Basso, bo bez niego ten wyścig byłby już praktycznie rozstrzygnięty po dwóch tygodniach!

Podczas gdy na oczach całego kolarskiego świata Basso będzie toczył nierówną walkę o zwycięstwo z Armstrongiem wspieranym przez pocztowy "Dream Team" nieco w cieniu zapowiada się nam bardzo ciekawa walka o trzecie miejsce na podium. Przewidując nieuniknioną porażkę dzielnego Voecklera można się spodziewać, iż walka o najniższy stopień podium roztrzygnie się pomiędzy mistrzem Niemiec Andreasem Klodenem (aktualnie 4. ze stratą + 2:56 do Armstronga) a mistrzem Hiszpanii Francisco Mancebo (5., + 3:06). Do rywalizacji tej wmieszać się jeszcze może rewelacyjny na Plateau de Beille Austriak Georg Totschnig (6., + 5:46), a nawet sam Jan Ullrich (8., + 6:39). Aktualny jeszcze (10-dniowy) lider Thomas Voeckler o ile po spodziewanej stracie koszulki lidera będzie jechał równie ambitnie jak dotąd może utrzymać się w czołowej "10". Jeszcze wyżej należy oceniać szanse Voecklera ma pozostanie najwyżej klasyfikowanym w "generalce" Francuzem czy też wygranie klasyfikacji młodzieżowej (kolarzy do lat 25). Najbardziej wartościowy pomocnik Armstronga Portugalczyk Jose Azevedo (aktualnie 7. ze stratą 6:21 do swego szefa) jeśli sytuacja nie będzie wymagała od niego zbyt wielkich poświęceń ma szanse powtórzyć wyczyn Roberto Herasa z edycji 2002 tj. pomimo wyczerpującej górskiej pracy na swego lidera przy okazji samemu zająć miejsce w czołowej "10". Na pozostałe dwa miejsca w tej ścisłej elicie liczą z pewnością równo jadący w tym wyścigu Włosi: Pietro Caucchioli (9., + 7:37) i Gilberto Simoni (11., + 9:28), choć zapewne każdy z nich jeszcze chętniej sięgnął po etapowy sukces w Villard-de-Lans czy Le Grand-Bornand. Wśród ostatnich kandydatów do końcowej "top-10" wymieniłbym jeszcze Hiszpanów: Carlosa Sastre, Oscara Pereiro i Oscara Sevillę oraz dobrych czasowców: Amerykanina Levi Leipheimera i Francuza Christophe'a Moreau.

W pozostałych klasyfikacjach brak większych niespodzianek, bo nie jest nią przecież prowadzenie szalenie umotywowanego Voecklera w gronie najmłodszych uczestników wyścigu. Wśród sprinterów najszybszy jest Australijczyk Robbie McEwen, który uzbierał już 225 punktów. Jego najgroźniejsi rywale tj. Niemcy: Erik Zabel (212) i Danilo Hondo (189), Norweg Thor Hushovd (209) czy inny kolarz z Antypodów Stuart O'Grady (198) jeżdżą co prawda lepiej od kolarza z Lotto-Domo w górach, ale zarazem nie na tyle dobrze by w tym terenie liczyć na coś więcej wygranie lotnych premii podczas ucieczki. W klasyfikacji górskiej prowadzi oczywiście niezawodny pod tym względem Francuz Richard Virenque (128 punktów), który zdaje się pewnie zmierzać po swój rekordowy, siódmy triumf w tej specjalności! Pomaga mu w tym tradycyjnie brak zainteresowania "możnych" walką na wczesnych premiach górskich, ale przydaje się też latami nabyte doświadczenie i odwaga w podejmowaniu długich, górskich eskapad takich jak tegoroczna do Saint-Flour. Zwycięstwo Virenque na etapie dziesiątym było jego siódmym w karierze na trasie TdF, z czego piątym odniesionym według takiego właśnie scenariusza. Daleko za Francuzem w tej rywalizacji są próbujący walczyć: Christophe Moreau (78), Francisco Mancebo (77) oraz Michael Rasmussen (72) jak również zdobywający swe punkty niejako przy okazji, bo na finałowych podjazdach: Lance Armstrong (76) i Ivan Basso (66). W klasyfikacji drużynowej dzięki udziałowi Santiago Botero w ucieczce na czternastym etapie na prowadzenie wysunął się zespół T-Mobile o 5:28 przed Team CSC, o 11:20 przed US Postal Service, o 15:01 przed Phonak i o 17:21 Brioches la Boulangere. Gdyby jednak odebrać czterem wyżej wymienionym ekipom zyski osiągnięte na etapach: szóstym (Piil z CSC oraz Voeckler z Brioches + 12:33) i czternastym (Botero z T-Mobile oraz Nicolas Jalabert z Phonaku + 14:12) okazałoby się, iż realnie najmocniejszą drużyną jest US Postal i co do tego nikt chyba nie ma wątpliwości. W klasyfikacji młodzieżowej prowadzi Thomas Voeckler z przewagą 8:29 nad swym rodakiem i kompanem z ucieczki do Chartres Sandy Casarem. Dalsi kolarze tracą już po kilkanaście minut: Rosjanin Wladimir Karpiec + 14:05, Włoch Michele Scarponi + 14:22, koledzy z drużyny lidera: Jerome Pineau + 14:48, zaś Sylvain Chavanel + 15:09, Australijczyk Michael Rogers + 18:08 i ostatni z liczących się tu Bask Iker Camano + 20:31 - oznacza to, iż Voeckler nawet bez "podarowanego zysku" z piątego etapu mógłby być liderem tych zmagań o ile tylko jechałby równie zawzięcie bez żółtego trykotu na plecach.



20 lipca: Villard-de-Lans (XV etap): Do pierwszego z alpejskich etapów nie przystąpił kolarz, który miał Lance'owi Armstrongowi sprawić największe problemy w terenie górskim czyli Bask Iban Mayo. Od początku tego odcinka miały miejsce liczne akcje zaczepne w wyniku, z których uformował się 14-osobowy odjazd. W czasie podjazdu pod Col des Limouches na czele znalazła się piątka najlepszych w tym gronie górali, Francuzi: Laurent Brochard i Richard Virenque, Hiszpan Santos Gonzalez, Duńczyk Michael Rasmussen oraz Niemiec Jens Voigt. Na zjeździe doszła ich szóstka rywali i do kontrataku przystąpił Australijczyk Stuart O'Grady, a za nim Norweg Thor Hushovd - obaj w pogoni za punktami do klasyfikacji sprinterskiej czekającymi na lotnej premii. U podnóża najtrudniejszego wzniesienia dnia - Col de l'Echarasson rozciągnięta czołówka miała 6:00 przewagi nad peletonem. Jednak podczas gdy w ucieczce przyśpieszyli Rasmussen i Virenque, z dużej grupy poważnie zaatakował Niemiec Jan Ullrich uzyskując w pewnym czasie nawet 1:10 przewagi nad topniejącą grupą zasadniczą z Armstrongiem. Jednak koalicyjna współpraca grup US Postal i Team CSC, a przede wszystkim Amerykanina Floyda Landisa i wycofanego z ucieczki Voigta doprowadziła do złapania Ullricha (na 28 km przed metą), zaś wkrótce potem tj. już na podjeździe pod Col de Chalimont również prowadzących Rasmussena i Virenque'a. Ostatecznie do finałowego, krótkiego (2,3 km) podjazdu w Villard-de-Lans dojechała dwunastka kolarzy, z których na ostatnim kilometrze liczyło się już tylko pięciu. Po tym jak 500 metrów przed metą osłabł Amerykanin Levi Leipheimer zostało ich czerech: Armstrong, Włoch Ivan Basso oraz Niemcy z T-Mobile: Andreas Kloden i Ullrich. Kloden chciał wyprowadzić do zwycięstwa swego nominalnego lidera Ullricha, lecz ten podmęczony ucieczką nie stanął na wysokości zadania. Basso zaczął sprint na 200 metrów przed finałem, lecz dość łatwo na technicznym (po zakrętach) finiszu minął go Armstrong, trzecią pozycję zajął Ullrich, któremu na pocieszenie pozostał awans na piąte miejsce w klasyfikacji generalnej. Z zawodników czołówki ponad dwie minuty stracili: Austriak Georg Totschnig, Hiszpan Francisco Mancebo i Włoch Pietro Caucchioli. Największe straty ponieśli jednak młodzi Francuzi: Sandy Casar + 8:42, zaś dotychczasowy lider (dobity przez atak Ullricha) Thomas Voeckler aż + 9:30 i spadł z pierwszej na ósmą lokatę.

21 lipca: L'Alpe d'Huez (XVI etap): Tego dnia Lance Armstrong pozbawił wszystkich rywali czy też obserwatorów złudzeń co do tego czy ktoś (np. Ivan Basso) może stanąć na drodze Teksańczyka do szóstego z rzędu zwycięstwa w "Wielkiej Pętli". Co prawda Amerykanin nie poprawił rekordu wspinaczki pod L'Alpe d'Huez ustanowionego w roku 1995 przez śp. Marco Pantaniego na poziomie 36:50, lecz i tak czas Armstronga - 39:41 (w tym 37:36 na samym podjeździe) był o przeszło minutę lepszy od nabliższego przeciwnika tzn. Jana Ullricha. "Wielka nadzieja Europejczyków" czyli Basso został złapany przez Jankesa na niespełna 3 kilometry przed szczytem, choć wystartował o dwie minuty wcześniej. Zresztą tego dnia tylko trzech kolarzy nie spotkałoby podobnego rodzaju upokorzenie: drugi Ullrich stracił 1:01, trzeci Andreas Kloden 1:41, zaś czwarty kolega z UPS Portugalczyk Jose Azevedo 1:45. Tymczasem Basso był dopiero ósmy (+ 2:23), choć i tak wypadł znacznie lepiej niż połowa zawodników z czołowej "10". Poniżej oczekiwań pojechali: Georg Totschnig (16., + 3:15); Francisco Mancebo (24., + 3:41); Pietro Caucchioli (27., + 3:58); Levi Leipheimer (29., + 4:06), a przede wszystkim słabnący z dnia na dzień w oczach ex-lider Thomas Voeckler, który wykręcił tylko 88. wynik o 6:36 gorszy od Armstronga i tym samym wypadł poza "10" na trzynastą lokatę.

22 lipca: Le Grand-Bornand (XVII etap): Ostatni dzień w Alpach też zaczął się nietypowo tj. od dezercji kolejnego górskiego asa, tym razem Hiszpana Roberto Herasa. Walka rozpoczęła się bardzo szybko tj. na 2 kilometrze gdy od peletonu odjechali, Włosi: Michele Bartoli, Filippo Simeoni i Gilberto Simoni, Niemiec Rolf Aldag oraz Francuz Ludovic Martin. Na szczycie Col du Glandon mieli oni 2:50 przewagi nad bezskutecznie goniącym Baskiem Mikelem Astarlozą oraz 5:00 nad peletonem. Na zjeździe z grupy zasadniczej skontrowali dwaj "liderzy francuskiego peletonu": Christophe Moreau i Richard Virenque. Na podjeździe pod Col de la Madeleine duet ten doszedł, a wkrótce potem zgubił Astarlozę by nieopodal szczytu dopaść prowadzącą czwórkę, bowiem z czołówki w międzyczasie odpadł Bartoli. Zacięty finisz pod tą najtrudniejszą i zarazem najwyższą na trasie tegorocznego wyścigu premię górską stoczyli Simoni i Virenque - "górski sęp" tym razem został poskromiony, bowiem Włoch okazał się nieznacznie szybszy. W dolinie po zjeździe z Madeleine prowadząca szóstka uzyskała maksymalną przewagę 7:50, lecz wtedy zdecydowany pościg rozpoczęła ekipa US Postal, okresowo wspomagana jeszcze przez Team CSC. Wraz z kolejnymi wzniesieniami topniała tak przewaga jak i skład osobowy ucieczki. Pod Col de Tamié tempa swych kompanów nie wytrzymali najpierw Simeoni, a potem Martin, natomiast na podjeździe pod Col de la Forclaz za czołówką pozostał Aldag. W obliczu bardzo solidnej pracy US Postal bezowocne okazały się kontry Baska Ikera Floresa i Belga Rika Verbrugghe. W końcu na Col de la Croix Fry przyszedł kres eskapady Moreau, Simoniego i Virenque'a, których najpierw dopadł kontratakujący Hiszpan Carlos Sastre, zaś zaraz po nim liderzy całego wyścigu, których prowadził rodak Armstronga - Floyd Landis. Tempo niezmordowanego w tym dniu Landisa było zabójcze prawie dla wszystkich rywali "Bossa", bowiem w towarzystwie dwóch kolarzy USPS utrzymali się tylko: Ivan Basso, Andreas Kloden i Jan Ullrich! Na zjeździe w "uznaniu zasług" Armstrong chciał podarować zwycięstwo swemu koledze (Landisowi), lecz Ullrich był zbyt czujny. Kilometr przed metą role się odwróciły, bowiem skontrował Kloden i gdy mistrz Niemiec "już witał się z gąską" do zdecydowanego i wielce precyzyjnego ataku przystąpił Armstrong. Amerykanin minął Niemca dosłownie "na kratach" (używając lekkoatletycznej terminologii) i sięgnął tym samym po nienotowany od roku 1948 "górski hat-trick" - po wojnie tego samego dokonał tylko Włoch Gino Bartali. Ponad minutę do czołowej piątki stracili: Levi Leipheimer, Carlos Sastre, Georg Totschnig i Jose Azevedo, zaś ponad dwie: Francisco Mancebo i Pietro Caucchioli. W czołówce zaszła tylko jedna korekta tzn. Leipheimer zepchnął z dziewiątej pozycji Caucchioliego.

23 lipca: Lons-le-Saunier (XVIII etap): Zgodnie z oczekiwaniami łącznikowy (między Alpami a długą czasówką) etap jurajski padł łupem ucieczki, która uzyskała sporą przewagę nad nie zainteresowanym jej postępami peletonem, w którym resztki swych sił przed sobotnim "etapem prawdy" zbierali czołowi kolarze wyścigu. Już na 9 kilometrze od grupy zsadniczej odjechała ósemka, Hiszpanie (trzej ex-koledzy z iBanesto.com): Juan Antonio Flecha, Jose Vicente Garcia Acosta, Juan Miguel Mercado; Francuzi: Nicolas Jalabert i Sebestien Joly; Kazach Dimitrij Fofonow; Holender Marc Lotz oraz Niemiec Ronny Scholz. Po defektach z tej grupki odpadli Jalabert i Scholz. Do ucieczki próbował dołączyć Filippo Simeoni, lecz na swe nieszczęście toczy on obecnie medialno-sądową wojnę z samym Lancem Armstrongiem. "Boss" dojechał do ucieczki na kole Włocha co mogło doprowadzić do skasowania odjazdu przez zaniepokojoną dwuminutową przewagą Armstronga ekipę T-Mobile. Mały szantaż ze strony Amerykanina i pozostali ucieczkowicze reprezentowani przez Garcię Acostę "poprosili" Włocha o wycofanie się do peletonu na co ten chcąc nie chcąc przystał. Od tego momentu przewaga ucieczki już tylko wzrastała do 11:29 na mecie. Na ostatniej premii górskiej (14 km przed metą) skutecznie zaatakował jedyny góral wśród typowych harcowników czyli Mercado, za którym był wstanie pognać tylko Garcia Acosta. Nieoczekiwanie podczas finiszu kolarzowi ekipy Quick Step udało się zaskoczyć swego starszego rodaka znanego z tego typu zwycięstw na trasach Vuelta a Espana i Tour de France. Jedenaście sekund za Mercado i Garcią Acostą najszybciej z pozostałej czwórki finiszował Fofonow. Natomiast peleton przyprowadzili ci sami kolarze co zwykle (czyli czołowa piątka klasyfikacji sprinterskiej): siódmy był Thor Hushovd, ósmy Robbie McEwen, dziewiąty Danilo Hondo, dziesiąty Australijczyk Stuart O'Grady, zaś dwunasty Erik Zabel.

24 lipca: Besancon (XIX etap): Raz jeszcze Lance Armstrong okazał się klasą sam dla siebie przy okazji ustanawiając swój prywatny rekord (pięciu) etapowych zwycięstw na drodze do kolejnego generalnego triumfu. Podobnie jak podczas wspinaczki pod L'Alpe d'Huez Amerykanin wyprzedził drugiego Jana Ullricha o 1:01, zaś ponownie trzeci Andreas Kloden stracił tym razem 1:27. Teksański "Boss" znokautował swych rywali przede wszystkim na pierwszej tercji 55-kilometrowej trasy, gdyż już po 18 kilometrach miał aż 0:43 przewagi nad Ullrichem oraz po 0:47 nad Klodenem i Ivanem Basso. Najciekawsze rzeczy działy się jednak bezpośrednio za plecami czy może raczej (z uwagi na chronologię startu zawodników) przed oczyma Jankesa. Włoch Basso mimo dzielnej postawy tj. uzyskania szóstego wyniku nie zdołał obronić się przed atakiem Niemca Klodena na drugą pozycję w klasyfikacji generalnej - mógł stracić 1:02, lecz mistrz Niemiec okazał się lepszy od niego aż o 1:23. Do czołowej "10" wskoczył też po dzisiejszej czasówce kosztem Włocha Pietro Caucchioliego Hiszpan Oscar Pereiro. Inne ważne roztrzygnięcie nastąpiło w zmaganiach młodzieżowców. Zgodnie z oczekiwaniami Rosjanin Wladimir Karpiec (uzyskując ósmy czas dnia) zdecydowanie pokonał obu Francuzów: Sandy Casara i ex-lidera Thomasa Voecklera i na dzień przed zakończeniem Touru po raz pierwszy w tym wyścigu założył białą koszulkę lidera tej klasyfikacji. Godna podkreślenia jest wspaniała jazda zawodników US Postal Service jak i w ogóle kolarzy amerykańskich na pagórkowatej trasie "etapu prawdy". W czołowej "16" oprócz Armstronga znalazło się jeszcze pięciu jego "robotników": czwarty Floyd Landis, dziewiąty Jose Luis Rubiera, dziesiąty Jose Azevedo, jedenasty George Hincapie oraz właśnie szesnasty Rosjanin Wiaczesław Jekimow! Jednocześnie aż pięciu Amerykanów uzyskało jeden z tuzina najlepszych rezultatów, bowiem oprócz Armstronga, Landisa i Hincapiego w czołówce etapu sklasyfikowani zostali jako piąty Bobby Julich z Team CSC i jako dwunasty Levi Leipheimer z Rabobanku.

25 lipca: Paryż, Champs-Elysees (XX etap): Ostatni etap Touru niespodziewanie zaczął się na dobre już na 2 kilometrze od ataku skłóconego z Lancem Armstrongiem Włocha Filippo Simeoniego. Po kilku kilometrach ożywienia wszystko wróciło jednak do normy owego "etapu przyjaźni" czyli koleżeńskich pogawędek, żartów i toastów odbywanych przy spokojnym tempie w granicach 35 km/h podczas pierwszych trzech godziny jazdy. Sielankowy nastrój ożywiały tylko kolejne zrywy Simeoniego oraz walka na pierwszej lotnej premii (po 86,6 km), którą wygrał Robbie McEwen przed Thorem Hushovdem i Erikiem Zabelem. Dopiero w okolicach wjazdu na rundy na Polach Elizejskich tempo znacznie wzrosło. Najpierw drugą lotną premię wygrał Hushovd przed McEwenem i swym kolegą z grupy Francuzem Pierrickiem Fedrigo - tym samym sytuacja w klasyfikacji punktowej przed głównym finiszem dnia wróciła do swej porannej postaci czyli 11 punktów przewagi Australijczyka z Lotto nad Norwegiem z Credit Agricole. Niedługo później, bowiem już na pierwszej z ośmiu 6,5-kilometrowych rund z peletonu uciekło dziesięciu kolarzy. Było wśród czterech kolarzy z Hiszpanii: Mikel Astarloza, Juan Antonio Flecha, Jose Ivan Gutierrez i Oscar Pereiro oraz dwóch Francuzów: Nicolas Jalabert i Thomas Voeckler. Skład ucieczki uzupełniali: Włoch Paolo Bettini, Holender Karsten Kroon, Belg Axel Merckx i Australijczyk Scott Sunderland. Dziesiątka ta uzyskała maksymalną przewagę 0:39 na 128 kilometrze (35 km przed metą) i zysk ten utrzymywał się niemal przez 20 kolejnych kilometrów. Od tego momentu peleton nieubłaganie zaczął niwelować swą stratę do uciekających i prawie dopiął swego celu na 6 kilometrów przed metą. Niemal, bowiem najwytrwalszy z dziesięciu śmiałków Flecha opierał się grupie zasadniczej przez dalsze 3 kilometry. Ostatecznie więc (tak jak zresztą w dziewięciu poprzednich edycjach) doszło do gromadnego finiszu na brukowanej i prowadzącej lekko pod górę alei. Aby wygrać klasyfikację punktową Hushovd w zasadzie musiał wygrać ten finisz i liczyć na co najwyżej czwarte miejsce McEwena. Co prawda Australijczyk zajął taką lokatę, lecz Norweg zupełnie się pogubił na ostatnich metrach i linię mety przekroczył dopiero na szesnastej pozycji. Tym samym Robbie McEwen odzyskał zieloną koszulkę dla najlepszego sprintera TdF wywalczoną już wcześniej w 2002 roku. Sam etap wygrał Belg Tom Boonen wyprzedzając ubiegłorocznego triumfatora z Paryża Francuza Jeana-Patricka Nazona i Niemca Danilo Hondo. Boonenowi wróży się karierę na miarę wielkiego Johana Museeuwa i niewątpliwie w swoim debiutanckim starcie w "Wielkiej Pętli" nawiązał on do sukcesów swego mistrza, który jeszcze przed pierwszymi klasycznymi zwycięstwami wygrał dwa etapy TdF, w tym jeden na Champs-Elysees, a było to w roku 1990. Największy bohater tegorocznego Touru Amerykanin Lance Armstrong bezpiecznie dotarł do mety w otoczeniu swych kolegów, w drugiej części pękniętego peletonu. Tym samym podobnie jak przed rokiem choć "liczy się dla niego każda sekunda" Armstrong na zakończenie wyścigu (gdy wszystko było już jasne) podarował swym rywalom ich aż kilkanaście.

KOMENTARZ :

Lance Armstrong dopiął swego i jako pierwszy kolarz w historii wygrał Tour de France po raz szósty! Zamiast spodziewanego (wobec czerwcowych wydarzeń) ataku groźnych oponentów i być może nawet pierwszej porażki Amerykanina na trasie Touru od czasu triumfalnego powrotu do życia i sportu byliśmy świadkami jego niepodzielnego panowania w tym wyścigu. Po ubiegłorocznych kłopotach tym razem Teksańczyk wygrał wyraźnie tj. z przewagą zbliżoną do notowanych w latach 1999-2002. "Boss" jak nigdy dotąd wygrał również aż pięć indywidualnych etapów (górskie do Plateau de Beille, Villard-de-Lans i Le Grand-Bornand oraz czasówki pod L'Alpe d'Huez oraz wokół Besancon). Na dodatek wraz ze swymi bardzo mocnymi pomocnikami odniósł też zdecydowane zwycięstwo na etapie drużynowej jazdy na czas z Cambrai do Arras. Oczywiście realizację historycznego wyczynu ułatwili mu pozornie najgroźniejsi rywale. Kontuzjowany rodak Tyler Hamilton nie był w stanie zwalczyć ograniczeń jakie stwarzały mu poobijane plecy i nie przejechał Pireneji wycofując się na etapie trzynastym. Bask Iban Mayo co prawda nieźle spisał się na pierwszym z pirenejskich odcinków (etapie dwunastym), lecz już następnego dnia chciał się wycofać by ostatecznie uczynić to przed startem do piętnastego etapu. Hiszpan Roberto Heras podobnie jak jego ekipa Liberty Seguros wyraźnie nie trafił z formą, przez cały czas jechał bezbarwie i z Tourem pożegnał się dwa dni po wyżej wspomnianym Mayo. Jedynie Niemiec Jan Ullrich jechał przez cały czas na wysokim poziomie, lecz słabsze występy w Pirenejach szybko pozbawiły go złudzeń co do tego czy również w tym roku będzie mógł poważnie powalczyć z Armstrongiem. Amerykanin choć w czerwcu prezentował się gorzej od każdego z czwórki wspomnianych rywali raz jeszcze okazał się perfekcyjnym mistrzem przygotowań do startu w "Wielkiej Pętli". W najwłaściwszym czasie uzyskał kosmiczną wręcz formę, pojechał mądrze taktycznie (przezornie "wypożyczył" koszulkę lidera na 10 dni) i wprost zmiażdżył wszelką opozycję.

Drugie miejsce na podium w Paryżu zajął niejako w zastępstwie Ullricha jego młodszy kolega z zespołu i rodak Andreas Kloden. Brązowy medalista Igrzysk Olimpijskich z Sydney przejechał Pireneje o 3:25 szybciej od swego nominalnego lidera i ponieważ w Alpach również mu nie ustąpował, zaś na czasówkach był niewiele słabszy dostał od swego szefostwa "wolną rękę" w walce o jak najwyższe miejsce w klasyfikacji generalnej wyścigu. Przedostatniego dnia zmagań podczas długiej czasówki wokół Besancon Kloden wyprzedził ostatecznie Włocha Ivana Basso, który jako jedyny z rywali Armstronga był w stanie dotrzymać mu kroku na wszystkich etapach górskich, wygrywając przy tym pierwszy z nich do pirenejskiej stacji La Mongie. Na swe nieszczęście jednak Basso tylko nieznacznie poprawił jazdę indywidualną na czas - przed rokiem bowiem stracił na prologu i dwóch takich etapach aż 6:50, w tegorocznej edycji wciąż 5:40. Bez dalszych postępów na tym polu ciężko mu będzie sięgnąć po zwycięstwo w całym Tourze. Wspomniany już Jan Ullrich miał pewien dołek formy w Pirenejach gdzie w ciągu dwóch dni stracił do Armstronga aż 5:12 (+ 0:30 bonikat) i wyjechał z tych gór dopiero na ósmej pozycji w klasyfikacji łącznej. W Alpach "Kaiser" był już sobą, próbował nawet atakować na etapie piętnastym, dalsze straty tzn. dwa razy po 1:01 poniósł już tylko na etapach jazdy indywidualnej na czas i ostatecznie awansował na czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej. Tym samym po raz pierwszy od swego debiutu w "Wielkiej Pętli" (w 1996 roku) w swym siódmym starcie Ullrich zajął miejsce poza końcowym podium w klasyfikacji indywidualnej!

Piąte miejsce w klasyfikacji generalnej wyścigu zajął najmocniejszy z "robotników" Lance'a Armstronga Portugalczyk Jose Azevedo. Bardzo mocny w górach i równie dobry w samotnej walce z czasem (na Plateau de Beille jego koło utrzymali tylko Armstrong i Basso, zaś podczas wspinaczki pod L'Alpe d'Huez uzyskał czwarty czas) poprawił swe osiągnięcie z roku 2002 gdy jadąc w barwach ekipy ONCE i wspierając Josebę Belokiego zajął szóstą pozycję. Szóstą i siódmą lokatę zajęli Hiszpan Francisco Mancebo i Austriak Georg Totschnig. Obaj mieli na swej drodze do Paryża po jednym bardzo udanym występie: Mancebo w La Mongie, zaś Totschnig w Plateau de Beille, po których przez chwilę wydawało się, iż będą mogli oni powalczyć nawet o miejsce na generalnym podium. Alpy szybko rozwiały ich nadzieje i powrócili oni na znane sobie pozycje - dla Mancebo było to już czwarte i zarazem najwyższe dotąd miejsce w czołowej "10" TdF, zaś Totschnig zajmował już podobne pozycje w Giro d'Italia i Vuelta a Espana. Ósme miejsce przypadło Hiszpanowi Carlosowi Sastre (dziewiątemu w 2003 i dziesiątemu w 2002 roku), któremu mimo podejmowanych prób nie udało się wygrać żadnego z górskich odcinków, lecz wydatnie pomagał on na trasie swemu liderowi Ivanowi Basso. Jako dziewiąty dojechał do mety wyścigu solidny (lecz niezbyt efektowny) góral i czasowiec Amerykanin Levi Leipheimer, który był już w "Wielkiej Pętli" ósmy podczas swego debiutanckiego występu przed dwoma laty. Czołową dziesiątkę zamknął zaś Hiszpan Oscar Pereiro. Jako jedyny z kolarzy Phonaku przejechał on wszystkie istotne etapy na rónym, wysokim poziomie broniąc honoru swej "osieroconej" przez Tylera Hamiltona ekipy.

Wśród sprinterów po szybkiej dezercji włoskich mistrzów: Mario Cipolliniego i Alessandro Petacchiego w walce o zieloną koszulkę liczyło się pięciu zawodników: Australijczycy Robbie McEwen i Stuart O'Grady, Niemcy Danilo Hondo i Erik Zabel oraz Norweg Thor Hushovd. Ostatecznie rywalizację tą zasłużenie wygrał McEwen, który jako jedyny w tym towarzystwie wygrał dwa etapy: drugi do Namur i dziewiąty do Gueret. Dla sprintera z Brisbane było to już drugie zwycięstwo w klasyfikacji punktowej (sprinterskiej). Przed dwoma laty to on był kolarzem, który przerwał sześcioletnie panowanie Erika Zabela w tej specjalności. W klasyfikacji górskiej rekordowe siódme zwycięstwo stało się udziałem Francuza Richarda Virenque'a. Po drodze "Ryszard Lwie Serce" popisał się kolejnym typowym dla siebie górskim rajdem, tym razem ponad 200-kilometrowym na etapie do Saint-Flour! Virenque pobił zresztą nie tylko ten rekord Hiszpana Federico Bahamontesa i Belga Luciena Van Impe, przy okazji bowiem wyśróbował też rekord liczby wygranych premii (co najmniej drugiej kategorii) do 32. Niemniej niestety zgodzić się trzeba ze zdaniem "starego mistrza" Bahamontesa, iż prestiż tej klasyfikacji w ostatnich latach mocno podupadł. W tej sytuacji Virenque wygrywa ją rozkrocznie bez oporów ze strony najlepszych górali (zajętych walką o czołowe miejsca w "generalce"), ale to już nie problem Francuza.

Wśród młodych kolarzy (tj. do lat 25) liczyło się tylko ośmiu kolarzy, w tym do końca tylko trzech: Francuzi Sandy Casar i Thomas Voeckler oraz Rosjanin Wladimir Karpiec. Ten ostatni musiał odrobić stratę przeszło 12 minut poniesioną w stosunku do swych rywali w wyniku odpuszczonej przez peleton ucieczki do Chartres. Udało mu się to dzięki lepszej jeździe w Alpach i bardzo dobrym występom w obu czasówkach - długowłosy kolarz ze Wschodu był siódmy w L'Alpe d'Huez i ósmy w Besancon. 24-letni Władimir z Petersburga jeszcze za rok będzie mógł bronić swego tytułu, który rok wcześniej stać się udziałem jego rodaka i kolegi z drużyny Illes Balears Denisa Mienszowa. Na szczególne wyróżnienie wśród uczestników 91. Tour de France zasługuje mistrz Francji Thomas Voeckler. Alzatczyk w sumie przez 10 dni jechał w żółtej koszulce lidera, bohatersko przetrwał w niej nawet Pireneje choć niewielu dawało mu na to szansę. Voeckler poległ dopiero na pierwszym z alpejskich odcinków, po czym stracił miano najlepszego Francuza (na rzecz Christophe'a Moreau), zaś dzień przed zakończeniem całej imprezy również biały trykot, który miał nadzieję dowieść do Paryża, lecz z którego po czasówce wokół Besancon rozebrał go Karpiec. Pokonani przez Armstronga i zespół US Postal Service kolarze niemieckiego T-Mobile na pocieszenie wygrali po raz pierwszy od roku 1997 klasyfikację drużynową. Kluczem do tego sukcesu okazał się z pozoru nieistotny (przynajmniej w klasyfikacji indywidualnej) zysk blisko 14 minut, który przyniósł tej ekipie Kolumbijczyk Santiago Botero na płaskim etapie czternastym do Nimes. Jedynie w wyniku takiego "fortelu" na podium w Paryżu mógł w tym roku stanąć Jan Ullrich. Obiektywnie bowiem oceniając przebieg wydarzeń na trasie wyścigu trzeba stwierdzić, iż najmocniejszą drużyną był US Postal Service dowodzony przez Armstronga.

POWRÓT