OSTATNIA LEKCJA "BOSSA"

Przed tegorocznym Tour de France więcej niż zazwyczaj było wątpliwości co do tego czy Lance Armstrong będzie w stanie po raz kolejny wygrać największych z trzech Wielkich Tourów. Sceptycy twierdzili, iż Teksańczyk może być niedostatecznie zmotywowany do postarania się o kolejne zwycięstwo w "Wielkiej Pętli" bowiem rekord pod względem liczby zwycięstw w tej imprezie pobił już przed rokiem. Dodawali też oni przy tym, iż Amerykanin wystartuje w 92. edycji Touru bardziej z poczucia obowiązku wobec nowego sponsora swej drużyny (Discovery Channel) niż z potrzeby własnej duszy. Okazje do podsycania tego typu spekulacji dawał też początkowo sam Armstrong po tym jak w marcu przyjechał do Europy słabo przygotowany i szybko wycofał się z mroźnego Paryż-Nicea. Następnie ledwie przeciętnie spisał się na trasach kilku wiosennych jednodniówek jak i rodzimego wyścigu etapowego Tour of Georgia. Pierwszym i jedynym przed TdF sygnałem, iż przygotowania do Touru wróciły na właściwy tor było czwarte (takie same jak w sezonie 2004) miejsce "Jankesa" w czerwcowym Criterium du Dauphine Libere. Miesiąc później dał "Boss" dał swym rywalom jeszcze jedną, ostatnią już lekcję jak należy zwyciężać w wyścigu Dookoła Francji.

Armstrong spokojnie wypunktowywał swych najgroźniejszych rywali Ivana Basso z Team CSC oraz Jana Ullricha z T-Mobile na "odcinkach specjalnych" tegorocznego TdF. Nad Włochem nadrobił w sumie 3:18 podczas dwóch "etapów prawdy" (pierwszego i dwudziestego) pomimo, że Basso od ubiegłego sezonu zrobił spore postępy w jeździe na czas. Do tego dorzucił mu jeszcze 1:20 w górach, z czego sporą część na pierwszym alpejskim odcinku do Courchevel podczas którego kolarz CSC przeżywał drobny kryzys. Z kolei Niemiec najwięcej do Armstronga stracił w górach, w sumie aż 4:22 na etapach: dziesiątym, czternastym i piętnastym. Na czasówkach też nie dorównywał Amerykaninowi gubiąc dalszą 1:29. Zresztą już na starcie wyścigu "Kaiser" poniósł wielce prestiżową porażkę w bezpośredniej konfrontacji z odchodzącym mistrzem. Do historii wyścigu przejdzie zapewne wydarzenie z ledwie 19-kilometrowej czasówki otwarcia z Formentine do Noirmoutier-en-l'Ile gdzie Armstrong odrobił minutę do było nie było dwukrotnego mistrza świata w tej specjalności i minął zaskoczonego Ullricha z prędkością pociągu TGV już po kilkunastu kilometrach tej próby! Dyrektor sportowy Discovery Channel Belg Johan Bruyneel z upływem dni stał się tak pewny dyspozycji swego lidera, iż w drugiej części wyścigu (inaczej niż w poprzednich latach) pozwolił na zabieranie się w ucieczki pomocnikom Armstronga. Ta zmiana taktyki przyniosła mu zresztą dodatkową korzyść w postaci zwycięstw etapowych: George'a Hincapiego na królewskim odcinku piętnastym z metą na górze Pla d'Adet (tej samej gdzie w 1993 roku triumfował Zenon Jaskuła) oraz Paolo Savoldelliego na mecie etapu siedemnastego w Revel.

Niemniej na etapowy sukces samego lidera Discovery Channel przyszło jego fanom czekać podobnie jak w roku 2000 aż do przedostatniego dnia zawodów i etapu jazdy indywidualnej na czas wokół Saint-Etienne. Amerykanin nie dbał jednak tym razem o potwierdzanie swej wyższości nad rywalami kolejnymi zwycięstwami etapowymi, lecz skupił się wyłącznie na obronie prowadzenia. Miał przy sobie oczywiście bardzo mocną (po raz trzeci z rzędu Armstrong i spółka wygrali jazdę drużynową na czas) i wielce doświadczoną w realizacji tego celu drużynę, a gdy nawet ta miała kłopoty z powstrzymaniem ataków konkurentów z T-Mobile tak jak na etapach: ósmym do Gerardmer czy czternastym Ax-3 Domaines to na wysokości zadania stawał sam Armstrong. Zresztą na ogół "Disco boys" spisywali się bez zarzutu by wspomnieć choćby pracę "duetu": Manuel Beltran i Jose Luis Rubiera na Col du Telegraphe oraz "kwartetu": Jose Azevedo, Hincapie, Jarosław Popowicz i Savoldelli na Col du Galibier. Pokaz siły jaki zaprezentowali oni podczas najtrudniejszego z alpejskich odcinków tj. etapu jedenastego do Briancon skutecznie zniechęcił wszystkich najgroźniejszych rywali Armstronga do podejmowania prób jakichkolwiek ataków i można rzec, że już tego dnia pogodzili się oni z faktem, iż po raz kolejny stoczą między sobą walkę o niższe stopnia podium.


Copyright: www.uci.ch

Wśród rywali "Bossa" znów w głównych rolach wystąpili wspomniani już Basso i Ullrich. Basso z roku na rok awansuje w hierachii TdF. Jego pierwszym znaczącym wynikiem była jedenasta lokata oraz zwycięstwo w klasyfikacji młodzieżowej w sezonie 2002. Następnie był kolejno: siódmy, trzeci i w tym roku drugi, więc wstępnie wydaje się najpoważniejszym kandydatem do zwycięstwa w 93. Tour de France. Z kolei Ullrich już po raz siódmy stanął na generalnym podium "Wielkiej Pętli" i tylko przed rokiem nie udała mu się ta sztuka gdyż zajął czwarte miejsce. W Tourze zadebiutował w 1996 roku (w sezonach 1999 i 2002 nie startował) i za rok jeśli znów wejdzie w Paryżu na "pudło" wyrówna rekord ośmiu takich wizyt należący do wiecznie drugiego-trzeciego Francuza Raymonda Poulidora. Drugi przed rokiem Niemiec Andreas Kloden jechał nieźle (był jedenasty po szesnastu etapach), ale musiał się wycofać na skutek kontuzji nadgarstka. Wiele ożywienia do rywalizacji wniósł nieobecny przed rokiem (z powodu kontuzji po upadku na Tour de Suisse) Aleksander Winokurow. Kazach jakkolwiek nie tak mocny jak w sezonie 2003 gdy "Wielką Pętlę" ukończył na trzecim miejscu był jeszcze bardziej niż wówczas waleczny co przyniosło mu dwa etapowe sukcesy: w alpejskim Briancon i na Polach Elizejskich w Paryżu gdzie sprzątnął sprzed nosa sprinterom ich tradycyjne "danie główne".

Po raz piąty (a czwarty z rzędu) w czołowej "10" Touru zameldował się cichy Hiszpan Francisco Mancebo, który może nie jest materiałem na przyszłego triumfatora tej imprezy lecz już wkrótce zagości pewnie na generalnym podium TdF. Można powiedzieć, że skrada się do "paryskiego pudła" w niczym przed laty jego rodak Fernando Escartin, którego zresztą "Paco" pod względem stylu jazdy w górach wyraźnie przypomina. Większe nadzieje szefowie Illes Balears pokładać będą jednak zapewne w o cztery lata młodszym i bardzo wszechstronnym Alejandro Valverde. Młodzieniec z Murcii już na tym Tourze wygrał alpejski etap do Courchevel gdzie na finiszu ograł samego Armstronga. Niestety całego wyścigu nie skończył na skutek kontuzji lewego kolana. Biała koszulka (dla najlepszego kolarza do lat 25) przeszła już do końca wyścigu na barki Ukraińca Jarosława Popowicza z Discovery Channel, który jest największą nadzieją Bruyneela na podtrzymanie złotej serii jego drużyny na trasach TdF. Tym samym już po raz trzeci z rzędu najlepszym młodym kolarzem Touru został zawodnik zza naszej wschodniej granicy, bowiem "Popo" poszedł w ślady Rosjan: Denisa Mienszowa i Wladimira Karpieca. Jak by tego było mało w tym roku dodatkowo drugie i czwarte miejsce w rankingu młodych zajęli rodacy Winokurowa czyli Andrei Kaszeczkin z Credit Agricole oraz Maksim Igliński z Domina Vacanze przedzieleni tylko niespełna 23-letnim Hiszpanem Alberto Contadorem z Liberty Seguros, któremu z kolei Manolo Sainz "wróży" wygranie TdF ... za lat kilka.

Niespodziewanym rozstrzygnięciem zakończyła się rywalizacja sprinterów o zieloną koszulkę. Ledwie pięć na bodaj osiem "przeznaczonych" dla nich odcinków zakończyło się finiszami z peletonu. Trzy z nich wygrał Australijczyk Robbie McEwen z Davitamon (w Montargis, niemieckim Karlsruhe i Montpellier) zaś dwa Belg Tom Boonen z Quick Stepu (w Les Essarts i Tours). Jednak na skutek dyskwalifikacji McEwena na mecie w Tours oraz kontuzji Boonena poniesionej po upadku w Alpach po zwycięstwo w klasyfikacji punktowej sięgnął Norweg z Credit Agricole Thor Hushovd. McEwen, któremu zabrakło punktów zabranych za niebezpieczny sprint na trzecim etapie musiał zadowolić się ledwie trzecią lokatą w tej klasyfikacji, bowiem drugą już po raz czwarty w swej karierze zajął inny Australijczyk Stuart O'Grady. Inny Skandynaw Duńczyk Michael Rasmussen zasłużenie zdobył koszulkę najlepszego górala przede wszystkich dzięki świetnej postawie w Wogezach i Alpach. Kolarz Rabobanku wygrał nawet etap do Miluzy w Wogezach i długo utrzymywał w pierwszej "trójce" klasyfikacji generalnej, ale na skutek fatalnej jazdy na czas (nie tylko zresztą podczas etapu wokół Saint-Etienne) spadł ostatecznie na siódme miejsce. Tuż za nim w "generalce" znalazł się jego kolega z zawodów MTB Australijczyk Cadel Evans, który dla odmiany najmocniejszy był w trzecim tygodniu imprezy czego dowód dał "dotrzymując kroku" wielkiej trójce: Armstrong-Basso-Ullrich na stromym podjeździe do lotniska ponad Mende. Bardzo udaną końcówkę wyścigu miał też uznany ostatecznie najwaleczniejszym kolarzem TdF Hiszpan Oscar Pereiro z Phonaku, który podobnie jak przed rokiem ukończył ściąganie na dziesiątym miejscu, lecz na dokładkę wygrał też pirenejski etap do Pau i próbował nawet od Pirenejów zagrozić pozycji Rasmussena na czele klasyfikacji górskiej. Niemieckiej ekipie T-Mobile tak jak w roku 2004 na pocieszenie zostało zwycięstwo w klasyfikacji drużynowej.

Zwraca uwagę świetna postawa Amerykanów. W sumie znalazło się ich aż pięciu w czołowej "20" wyścigu - poza Armstrongiem - szósty był Levi Leipheimer z Gerolsteiner, dziewiąty Floyd Landis z Phonaku, czternasty rewelacyjny Hincapie i sidemnasty Bobby Julich z Team CSC. Bardzo przyzwoity występ zaliczył też 34-letni debiutant w TdF Chris Horner z Saunier Duval, a co istotniejsze David Zabriskie z Team CSC wygrał pierwszy etap wyścigu i przez trzy dni przewodził "Wielkiej Pętli" do czasu gdy przewrócił się na ostatnim kilometrze jazdy drużynowej na czas. Co godne podkreślenia zwycięstwo z Noirmoutier-en-l'Ile pozwoliło Zabriskiemu szybko skompletować hat-trick zwycięstw etapowych w trzech Wielkich Tourach: Vuelta a Espana 2004, Giro d'Italia 2005 i teraz Tour. Boonen, Valverde czy Zabriskie właśnie to przyszłość światowego kolarstwa, ale zarazem zawodnicy o uznanej już przed tegorocznym TdF klasie. W ich ślady będą zapewne chcieli pójść Włoch Lorenzo Bernucci z Fassa Bortolo (przytomny zwycięzca z Dijon) i Holender Pieter Weening z Rabobanku (szczęśliwy triumfator z Gerardmer) dla których były to pierwsze sukcesy tak dużego kalibru. Poza zwycięstwami "młodzieży" mieliśmy też zasłużone sukcesy klasowych zawodników, którzy od lat pełnili w tym wyścigu role pomocników "de-luxe" dla swych liderów walczących o najwyższe lokaty w klasyfikacji generalnej. O triumfie Hincapiego już wspomniałem, a w ślady Nowojorczyka poszli jeszcze dzień po dniu Hiszpan Marcos Serrano z Liberty Seguros (w Mende) oraz Włoch Giuseppe Guerini z T-Mobile (w Le Puy-en-Velay).

Po raz kolejny niezadowoleni z występu swych kolarzy mogą być Francuzi. W tym roku upłynęło już dwadzieścia lat od ostatniej francuskiej wiktorii w "Wielkiej Pętli", którego autorem był Bernard Hinault. W tym czasie gospodarze musieli się zadowalać trzema drugimi (Hinault - 1986, Laurent Fignon - 1989, Richard Virenque - 1997) i dwoma trzecimi (Jean-Francois Bernard - 1987 i Virenque - 1996) miejscami w "generalce". Na pocieszenie dorzucając jeszcze dwa zwycięstwa w klasyfikacji punktowej (Laurent Jalabert - 1992 i 1995) oraz aż dwanaście w klasyfikacji górskiej (Hinault - 1986, Thierry Claveyrolat - 1990, Virenque - 1994, 1995, 1996, 1997, 1999, 2003 i 2004, Christophe Rinero - 1998, Jalabert - 2001 i 2002). Nadal nie widać nad Loarą zawodnika, który mógłby w najbliższej przyszłości powalczyć o podium w tym wyścigu. Trzeci rok z rzędu najlepszym z miejscowych okazał się być 34-letni już Christophe Moreau z Credit Agricole, który tym razem ukończył ściganie na jedenastym miejscu. Poza nim tylko jeszcze bardziej wiekowy bo 37-letni Laurent Brochard z Bouygues Telecom oraz Sandy Casar z Française des Jeux zmieścili się w czołowej "30" (odpowiednio na miejscach 28 i 29) tracąc mniej niż godzinę do Armstronga. Casar zabierał się w ucieczki by swój występ zaznaczyć zwycięstwem etapowym, ale w Digne-les-Bains ubiegł go David Moncoutié z Cofidisu, zaś w Le Puy-en-Velay wspomniany już Guerini. Co gorsza ów sukces Moncoutié na rozegranym w dniu święta narodowego 14 lipca dwunastym etapie był jedynym francuskim zwycięstwem etapowym w tegorocznej edycji Touru podczas gdy jeszcze przed rokiem gospodarze wygrali w sumie trzy odcinki.

Tradycyjnie już na Tour de France zabrakło emocji najgorętszego rodzaju tzn. związanych z walką o generalne zwycięstwo (wyjątkiem w ostatnich latach była tu tylko jubileuszowa edycja z sezonu 2003). Pomyłką organizatorów wydaje się być takie rozplanowanie trasy, iż ostatnie wielkie podjazdy kolarze pokonują na blisko tydzień przed końcem wyścigu. Podjazdy w Masywie Centralnym jakkolwiek dość wymagające nie były już w stanie zrobić większego zamieszania w klasyfikacji generalnej wyścigu. Owszem dyrektorzy Giro d'Italia czy Vuelta a Espana mają w tym względzie łatwiejsze zadanie, bowiem geografia ich krajów im sprzyja - bliżej jest wszak z wysokich gór do Mediolanu lub Madrytu niż do Paryża. Niemniej można sobie przecież wyobrazić ostatni górski etap przyszłorocznego Touru w piątek lub przynajmniej czwartek podczas trzeciego tygodnia wyścigu a po nim sobotni etap jazdy indywidualnej na czas wyznaczony nieopodal gór tj. w okolicach Lyonu (jeśli drugie w kolejce byłyby Alpy) bądź Pau czy Bordeaux (bezpośrednio po wizycie w Pirenejach) i po transferze pociągiem TGV w rejon Paryża już tylko jeden odcinek bez większego znaczenia dla "generalki", ów w teorii sprinterski z finiszem na Polach Elizejskich. Oczywiście do pełni szczęścia trzeba by jeszcze mieć w peletonie dwóch-trzech równorzędnych rywali do końcowego zwycięstwa tak jak zdarzyło się to podczas ostatnich edycji Giro i Vuelty. Jest pewna szansa, iż będzie tak za rok bowiem historia ostatniego 50-lecia uczy, iż po odejściu każdego wielkiego mistrza (Jacquesa Anquetila, Eddy Merckxa, Bernarda Hinaulta czy Miguela Induraina) nadchodził okres przejściowy, w którym niemal co roku następowała zmiana na kolarskim tronie Francji i trudniej było przewidzieć końcowy wynik Tour de France.

POWRÓT